Hebr. 10, 32-36.39
Chrześcijanie są wspólnotą pielgrzymów. Żyjemy jak nomadowie, tylko w namiocie, który w każdej chwili może być zerwany przez wiatr. Oczekujemy i szukamy wiecznego miasta. W nim nie będzie już ani płaczu, ani łez ani bólu.
Oczekiwanie nie oznacza bierności. Dlatego Kościół wychodzi temu wiecznemu miastu naprzeciw, przygotowuje się na spotkanie ze swoim Panem. Wychwala Jego miłosierdzie, wyznaje swoją biedę i przyjmuje łaskę Chrystusa. Wykonuje piękne dzieło, które mu Pan powierzył.
Autor listu do Hebrajczyków używa zwrotu „przypomnijcie sobie dni poprzednie...”. Piękne są to rzeczy i dobrze jest, jeśli chrześcijanie przypominają sobie cenne dziedzictwo swoich przodków. Jest jednak ogromnym wyzwaniem abyśmy nie zostali zamknięci w swojej pięknej tradycji.
Nie możemy dać się zamknąć i oddzielić od środowiska, w którym teraz żyjemy.
Także tutaj stoi krzyż, on nam przypomina, że wszyscy i wszędzie mamy nieść poselstwo o Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym.
Ten, który opowiada o Chrystusie niekoniecznie będzie mile przyjmowany na świecie. Czytamy w dzisiejszym tekście, że chrześcijanie mogą być wystawiani na publiczne zniewagi i udręki. Zapewne już to wiemy, być może niejednokrotnie doświadczyliśmy tego na własnej skórze. Widzimy to bardzo dobrze w pasji Jezusa Chrystusa.
Pod wieloma względami łatwiej jest oprzeć się przeciwnościom aniżeli powodzeniu i dostatkowi. Czasem człowiek z godnością i samozaparciem przechodzi przez wielkie próby i doświadczenia, a gdy nastają chwile dobrobytu - traci wiarę.
Apel autora Listu do Hebrajczyków może być skierowany do każdego człowieka. Właściwie powiada on: „Bądźcie zawsze takimi, jakimi byliście w czasie próby". Gdybyśmy ciągle byli tacy, życie mogłoby być zupełnie inne. Tymczasem chrześcijaństwo nie wymaga czegoś niemożliwego. Do przemiany pamiętając o naszym celu potrzebujemy przede wszystkim: ufności i wytrwałości.
ZAUFANIE
W tym roku we wrześniu będziemy wspominać ataki terrorystyczne na World Trade Center i Pentagon w Stanach Zjednoczonych sprzed ośmiu laty. Dla wielu ludzi, jest to powód do utraty zaufania.
Nie raz zostaliśmy oszukani przez bliską nam osobę – jakże trudno było wtedy odbudować to zaufanie?
A jak się mają sprawy z ufnością do Boga? Ile razy traciliśmy wiarę, oskarżaliśmy Go? Ja sama mam kilku znajomych, którzy po tsunami na Oceanie Indyjskim z 2004 roku, stracili wiarę w Boga.
A teraz mamy przed oczyma list do Hebrajczyków i odważny werset, który mówi nam dzisiaj: Nie porzucajcie ufności waszej, która ma wielką zapłatę. Zapłatą tą jest udział w chwale Bożej. Mowa jest o tym, jako o czymś naturalnym. Jednoznacznie oddziela się ją od jakiejkolwiek myśli o zasłudze.
WYTRWAŁOŚĆ
Często nasze zaufanie zmienia się w rozczarowanie. Ważne jest, żebyśmy oddali nasze życie w ręce Boga. Byśmy w wytrwałości codziennie na nowo pytali o wolę Bożą tak, by czynić to, czego On od nas oczekuje. Wiedział to autor listu do Hebrajczyków: wytrwałości nam potrzeba, abyście, gdy wypełnicie wolę Bożą, dostąpili tego, co obiecał.
Czasem nasze życie może być jałowe: nabożeństwa zborowe nie mają nam nic do powiedzenia, nasz śpiew, nauczanie w szkole niedzielnej czy zasiadanie w radach parafialnych staje się pracą bez radości. W takich chwilach pojawia się alternatywa. Albo rezygnujemy z nabożeństw i służby, a wtedy jesteśmy zgubieni, albo wytrwale tkwimy w tej służbie, i dziwna rzecz, po pewnym czasie wraca lekkość, romantyka i radość naszego usługiwania. W okresie zastoju najlepszą rzeczą jest praktykowanie chrześcijańskich zwyczajów i kontynuowanie pracy na rzecz Kościoła.
Pozwolić się nieść Bogu, gdy nie mamy już siły iść.
Ja także uczę się wytrwałości. Decyzja pójścia na studia teologiczne była wynikiem długich przemyśleń, obliczania plusów i minusów. Moje lata studiów także nie były wolne od wątpliwości. Są chwile, kiedy kazania tworzę w pocie czoła. Gdy już nie mam sił. Gdy choroba przykuwa mnie do łóżka i zastanawiam się czy wyzdrowieję do niedzieli... Wtedy pozwalam się nieść Bogu.
Życie jest jak zdobywanie szczytu. Trudy wspinaczki to przechodzenie cierpień, ale gdy już się z nich wyjdzie, gdy jest się już na szczycie, jaka wtedy jest radość! Myśl o Jezusie, który to wszystko już przed nami przeszedł... Jego życie na ziemi, cierpienie i męka na krzyżu, a potem... Potem zmartwychwstanie, dzięki któremu możemy mieć pewność, że gdy znowu upadniemy, On nas podniesie, gdy będziemy tracić nadzieję, On się do nas uśmiechnie, doda otuchy.
Wytrwałość. To sprawdzian naszej jakości. Tego, czy jesteśmy w stanie dotrzymać naszych postanowień. W trakcie okresu pasyjnego wiele ludzi pości. Choć nie jest to w naszym Kościele regułą, czasem i my nakładamy na siebie pewne ograniczenia. Ja podczas tegorocznego okresu pasyjnego chciałam między innymi kłaść nacisk na Boże polecenie „nieustannie się módlcie”. Nie tylko poprzez modlitwę, ale także przez nieustanne szukanie Boga w moim życiu. Podam wam jeden przykład w jaki sposób to się u mnie odbywa.
Ponad tydzień temu kupiłam opiekacz do kanapek. Zapewne pierwsza wasza myśl to: co taki opiekacz może mieć wspólnego z okresem pasyjnym. Ale poczekajcie. Najpierw mała dygresja.
W sierpniu ubiegłego roku mówiłam wam z tego miejsca między innymi o Prawach Murphy'ego, czyli zbiorze popularnych, często humorystycznych powiedzeń. Niedawno poznałam dwa nowe prawa: „Jeśli wszystko inne zawiedzie – przeczytaj instrukcję”. Jest jeszcze jedno: „Jeśli i to nie pomoże – weź większy młotek”.
Teraz wracam do mojego przykładu. Ponieważ znam te Prawa Murphy'ego, przeczytałam instrukcję zanim zaczęłam użytkować opiekacz. I właśnie czytając ją zastanawiałam się, co ona może mi teraz powiedzieć o Bogu. Zwykłe wskazówki dotyczące jakiegoś sprzętu kuchennego... Otóż zobaczcie jak wiele można się nawet od nich dowiedzieć:
Pierwsza wskazówka to: „Przed użyciem przeczytaj dokładnie instrukcję obsługi”. Czy coś to wam przypomina? Mnie mówi to wyraźnie: „Codziennie rano rozpoczynaj dzień dokładną lekturą twojej instrukcji obsługi – tzn. Biblii”. Może to też znaczyć: „przed każdym zadaniem – pomódl się”.
Inna wskazówka: „Użycie akcesoriów nie polecanych przez producenta może spowodować uszkodzenie urządzenia, pożar lub obrażenia ciała”. Producentem w tym przypadku jest Bóg, a akcesoria nie polecane przez Niego, to ogólnie grzech, ale w szczególności także zasięganie porad u wróżki czy np. czytanie horoskopów.
Jeszcze inna wskazówka: „Nie stawiaj urządzenia w pobliżu kuchni elektrycznych i gazowych, palników, piekarników, itp”. To z kolei uczy, byśmy rozpoznawali zagrożenia, jakieś wybuchowe sytuacje i nie dopuszczali do nich. Włączali wtedy System Wczesnego Ostrzegania – byśmy, nieważne co się dzieje, zawsze kierowali swoje oczy i usta do Boga. Prosili Go o pomoc. Bo tak też mówi ostatnia wskazówka z tej instrukcji „Urządzenie powinno być podłączone do gniazdka sieciowego z bolcem uziemiającym”. Powinniśmy być podłączeni do gniazdka sieciowego, poprzez modlitwę podłączeni do społeczności z Bogiem. To połączenie będzie w nas napędzać zaufanie i wytrwałość.
CEL
A nadzieja jest największą siłą napędową wiary.
Jest skrzyżowaniem, gdzie rozchodzą się drogi wiary i niewiary, zbawienia i zguby, gdzie można podjąć decyzję pójścia jedną lub drugą drogą, ale tylko jedna z nich jest drogą życia i wiecznego zbawienia.
Apostoł wzywał wierzących, aby trzymali się wyznania nadziei oraz publicznie dawali świadectwo swej wiary przed światem. Teraz osobiście wyznaje przed nimi tę nadzieję, aby wzmocnić i utwierdzić ich wiarę: Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę. Ponownie utożsamia się z odbiorcami listu i zapewnia ich kolejny raz, że kto wierzy, ten pewny jest drogi i celu.
Nie da się naśladować Boga w każdy wtorek i czwartek, albo tylko w niedziele o godzinie 10:00, i jednocześnie oczekiwać Bożej mądrości. Nie da się kochać Boga w ten sposób. On nie pozwoli nam na podzielną lojalność – dla świata i dla Niego. Ten, kto się cofa – ginie. Jest to wyraźnie napisane w liście do Hebrajczyków. Bardzo podobna zasada jest również stosowana na przykład w narciarstwie klasycznym – wiem to dzięki postaci Justyny Kowalczyk, obecnie jednej z najlepszych narciarek na świecie. Jej trener zakazuje jej podczas zawodów oglądać się wstecz, szczególnie gdy jest już na finiszu. Nie tylko dla tego, że traci wtedy prędkość, ale też dlatego, że jest to znak dla rywalek, że jest już bardzo zmęczona a wtedy atakują one jeszcze mocniej. Diabeł czyni tak samo – on tylko czeka na choćby małą oznakę naszej słabości. A okres pasyjny daje nam szczególnie za wzór postawę Jezusa, który się nie poddał, nie oglądał wstecz.
Naśladowanie Jezusa Chrystusa w wymiarze pasyjnym, podczas cierpienia i bólu, gdy nie mamy sił ani ochoty do czynów, to także dziękowanie. Za wszystko.
Dziękować Bogu, że uczy nas wytrwałości, da się tylko wtedy, jeśli kurczowo chwyćmy się Go obiema rękami, tak, by świat nie miał na nas żadnego wpływu. A Bóg nas poprowadzi i będzie nas pocieszał i dochowa swoich obietnic.
Amen.
2009/03/15
2008/09/21
Jak nie ja, to kto? (Ef 5,15-21)
Ef 5,15-21
Czas nieubłaganie nam ucieka. Sekunda za sekundą, dzień za dniem. Zanim się obejrzymy rok szkolny, który dopiero się zaczął, będzie już tylko wspomnieniem. Pamiętam dobrze swój pierwszy dzień na uczelni, a teraz zaczynam już ostatni rok studiów. Przecież jeszcze niedawno uczyłam się do egzaminu konfirmacyjnego, a według daty na Świadectwie Konfirmacji niedługo minie już dziesięć lat od tego wydarzenia.
Nieubłaganie ucieka czas. Gdy jednak spojrzymy na klepsydrę, zrozumiemy, że czas nie płynie w nieskończoność. Dla każdego z nas, czas jest już odmierzony. Przyjdzie chwila, kiedy ostatnie ziarnko piasku się przesypie. Wtedy nie będzie mowy o „poszukiwaniu straconego czasu”. Dlatego apostoł Paweł nawołuje, byśmy mądrze wykorzystywali dany nam czas.
Baczcie więc pilnie, jak macie postępować, nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, gdyż dni są złe. Dlatego nie bądźcie nierozsądni, ale rozumiejcie, jaka jest wola Pańska.
Mądry człowiek według Pisma Świętego to nie przebiegły, cwany względem Boga. Mądrością jest życie z Nim. Trzymanie się słów Pisma, a według Przypowieści Salomona, mądrością jest bojaźń Boża. To nie jest wiedza, ale zamysł pochodzący od Boga i postępowanie zgodne z nim. Z powodu przytłaczających rozmiarów zła oraz małej ilości czasu, możemy ulec pokusie spędzenia reszty życia na nerwowej bieganinie, gorączkowej aktywności będącej wynikiem naszych pomysłów. Postępowanie takie nie przyniesie żadnych korzyści, a będzie jedynie marnowaniem energii. Dlatego tak istotne jest odkrywanie woli Bożej na każdy dzień i wykonywanie jej. To jedyny sposób aby naszemu życiu zapewnić skuteczność i wydajność. Ścieżka mądrości prowadzi przez szukanie Bożej woli, a następnie wypełnianie jej co do najmniejszego szczegółu.
Jak możemy zrozumieć wolą Bożą? Duch Święty oświeca nasze serca i pomaga nam ją zobaczyć poprzez Pismo Święte, Życie Pana Jezusa Chrystusa, i poprzez wiernych Bożych pracowników. Paweł w liście do Efezjan mówi o trzech środkach, dzięki których możemy postępować jako mądrzy chrześcijanie: bądźmy pełni Ducha, wdzięczni i ulegli.
I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu.
W naszej kulturze zakaz upijania się winem wydaje się szokujący. Nawet całkowita abstynencja jest życiową zasadą wielu chrześcijan. Pamiętajmy jednak, że Biblia została spisana dla wierzących wszystkich kultur, a w wielu krajach alkohol jest napojem zbyt często konsumowanym. Pismo Święte nie potępia używaniu wina, ale jest przeciwne jego nadużywaniu. Wykorzystywanie wina dla celów medycznych jest wręcz zalecane (Prz 31,6; 1 Tm 5,23), a Pan Jezus stworzył wino na weselu w Kanie Galilejskiej dla celów czysto konsumpcyjnych (J 2,1-11).
Używanie wina staje się nadużywaniem i jest zakazane wówczas, kiedy prowadzi do awantur (Prz 23,29-35), kiedy przeradza się w nawyk (1 Kor 6,12b), kiedy gorszy słabe sumienie innego wierzącego (Rz 14,13; 1 Kor 8,9); kiedy ma negatywny wpływ na świadectwo chrześcijańskie w danym kręgu i z tego względu na chwałę Bożą (1 Kor 10,31); lub w ogóle kiedy chrześcijanin ma co do tego jakiekolwiek wątpliwości (Rz 14,23).
Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że słowo „upijajcie” dosłownie znaczy tutaj być odurzonym, zatrutym i nie jest ograniczone wyłącznie do wina czy alkoholu. Z tego wniosek, że upijanie to synonim wielu innych rzeczy. Generalnie rzecz biorąc, chodzi jednak o to, że możemy być pod wpływem albo trucizny albo Ducha Świętego. Wino symbolizuje to, co cielesne, zewnętrzne. Duch określa to, co wewnętrzne. Paweł mówi Kościołowi, że ma być pełen tego, co wewnętrzne, pochodzące od Ducha Bożego.
Słowa „bądźcie pełni Ducha” mają inny wydźwięk po grecku niż po polsku. Dla nas są rozkazem, a po grecku, owszem, są imperatywem, ale w formie zwrotno-biernej: „pozwólcie się napełniać”, „poddajcie się napełnianiu”, „bądźcie napełniani”. To Duch ma za zadanie napełniać nas, a nam pozostawia jedynie poddanie się Jego kierownictwu.
I tak Paweł rysuje przed nami rzeczywistość człowieka, który żyje pełnią Ducha. Bo Bogu naprawdę chodzi o pełnię a nie o namiastkę. Pięć imiesłowów, które występują jeden po drugim – są praktycznym nauczaniem dotyczącym życia w pełni Ducha Świętego: rozmawiając, śpiewając i grając, dziękując, ulegając jedni drugim.
Świadczy to o tym, jak cenne są wspólne spotkania chrześcijan. Jak ważne jest również wzajemne nastawienie do siebie. Pierwsi chrześcijanie nie tylko śpiewali i tworzyli melodie dla Boga. Oni to robili przed Bogiem. Słowa te uczą mnie i zachęcają zarazem, bo pokazują, że czas spotkań chrześcijan to chwile szczególnego działania Ducha Świętego. Czas wspólnego nabożeństwa, kazania, modlitwy i pieśni to nie tylko słuchanie nauczania Pisma Świętego i śpiewanie Bogu. To czas wzajemnego zachęcania się, wspólnego opowiadania sobie o dziełach Bożych przez zwiastowanie Słowa, świadectwo i pieśni.
Dziękując zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
Drugą cechą mądrego chrześcijanina jest bycie wdzięcznym, ponieważ serce rośnie w dziękczynieniu, a nie w proszeniu. Kiedy jesteśmy pod wpływem działania Ducha Świętego, to efektem tego jest wdzięczność. Ale i odwrotnie. Dziękując za jedną rzecz, otrzymujemy cały stos nowych, za które możemy dziękować i serce otwiera się z wdzięcznością, gotowe na kolejne działanie Ducha Bożego. Przy czym ważna jest wdzięczność nie tylko za rzeczy przyjemne, ale za wszystko. Każdy może dziękować za słońce. Potrzeba mocy Ducha Świętego, by pojawiła się wdzięczność za występujące w naszym życiu burze.
Ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej.
Kolejnym sprawdzianem napełnienia Duchem jest uleganie, ustępowanie jedni drugim. Chodzi tu o synonim chrześcijańskiego szacunku. Chrystus jest zarówno przedmiotem, jak i źródłem tego świętego lęku. Mowa jest o tym także w kontekście przeczytanych przed chwilą przykazań. A przede wszystkim: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”.
Nie będzie pełni Ducha tam, gdzie ludzie są dumni, wywyższający się, gdzie są swary, kłótnie, nierówność, gdzie są lepsi i gorsi. Duch zamieszkuje w swojej pełni tam, gdzie są uległe, miłujące się i składające świadectwo dzieci Boże. Chętne do wspólnych spotkań, podczas których się budują, śpiewają, dzielą słowem, z serca dziękują Bogu. A potem idą w świat i postępują mądrze, wykorzystując każdą okazję dla Pana, bo dni są złe.
Postępować zgodnie z wolą Bożą. Tam, gdzie zostaliśmy posłani. Do ludzi, wśród których żyjemy. Tak, jakby dzisiaj był ostatni dzień naszego życia. A w chwilach zwątpienia, zadajmy sobie pomocnicze pytania: Bo jak nie ja, to kto? Jak nie tutaj, to gdzie? Jak nie teraz, to kiedy?
Amen.
Czas nieubłaganie nam ucieka. Sekunda za sekundą, dzień za dniem. Zanim się obejrzymy rok szkolny, który dopiero się zaczął, będzie już tylko wspomnieniem. Pamiętam dobrze swój pierwszy dzień na uczelni, a teraz zaczynam już ostatni rok studiów. Przecież jeszcze niedawno uczyłam się do egzaminu konfirmacyjnego, a według daty na Świadectwie Konfirmacji niedługo minie już dziesięć lat od tego wydarzenia.
Nieubłaganie ucieka czas. Gdy jednak spojrzymy na klepsydrę, zrozumiemy, że czas nie płynie w nieskończoność. Dla każdego z nas, czas jest już odmierzony. Przyjdzie chwila, kiedy ostatnie ziarnko piasku się przesypie. Wtedy nie będzie mowy o „poszukiwaniu straconego czasu”. Dlatego apostoł Paweł nawołuje, byśmy mądrze wykorzystywali dany nam czas.
Baczcie więc pilnie, jak macie postępować, nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, gdyż dni są złe. Dlatego nie bądźcie nierozsądni, ale rozumiejcie, jaka jest wola Pańska.
Mądry człowiek według Pisma Świętego to nie przebiegły, cwany względem Boga. Mądrością jest życie z Nim. Trzymanie się słów Pisma, a według Przypowieści Salomona, mądrością jest bojaźń Boża. To nie jest wiedza, ale zamysł pochodzący od Boga i postępowanie zgodne z nim. Z powodu przytłaczających rozmiarów zła oraz małej ilości czasu, możemy ulec pokusie spędzenia reszty życia na nerwowej bieganinie, gorączkowej aktywności będącej wynikiem naszych pomysłów. Postępowanie takie nie przyniesie żadnych korzyści, a będzie jedynie marnowaniem energii. Dlatego tak istotne jest odkrywanie woli Bożej na każdy dzień i wykonywanie jej. To jedyny sposób aby naszemu życiu zapewnić skuteczność i wydajność. Ścieżka mądrości prowadzi przez szukanie Bożej woli, a następnie wypełnianie jej co do najmniejszego szczegółu.
Jak możemy zrozumieć wolą Bożą? Duch Święty oświeca nasze serca i pomaga nam ją zobaczyć poprzez Pismo Święte, Życie Pana Jezusa Chrystusa, i poprzez wiernych Bożych pracowników. Paweł w liście do Efezjan mówi o trzech środkach, dzięki których możemy postępować jako mądrzy chrześcijanie: bądźmy pełni Ducha, wdzięczni i ulegli.
I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu.
W naszej kulturze zakaz upijania się winem wydaje się szokujący. Nawet całkowita abstynencja jest życiową zasadą wielu chrześcijan. Pamiętajmy jednak, że Biblia została spisana dla wierzących wszystkich kultur, a w wielu krajach alkohol jest napojem zbyt często konsumowanym. Pismo Święte nie potępia używaniu wina, ale jest przeciwne jego nadużywaniu. Wykorzystywanie wina dla celów medycznych jest wręcz zalecane (Prz 31,6; 1 Tm 5,23), a Pan Jezus stworzył wino na weselu w Kanie Galilejskiej dla celów czysto konsumpcyjnych (J 2,1-11).
Używanie wina staje się nadużywaniem i jest zakazane wówczas, kiedy prowadzi do awantur (Prz 23,29-35), kiedy przeradza się w nawyk (1 Kor 6,12b), kiedy gorszy słabe sumienie innego wierzącego (Rz 14,13; 1 Kor 8,9); kiedy ma negatywny wpływ na świadectwo chrześcijańskie w danym kręgu i z tego względu na chwałę Bożą (1 Kor 10,31); lub w ogóle kiedy chrześcijanin ma co do tego jakiekolwiek wątpliwości (Rz 14,23).
Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że słowo „upijajcie” dosłownie znaczy tutaj być odurzonym, zatrutym i nie jest ograniczone wyłącznie do wina czy alkoholu. Z tego wniosek, że upijanie to synonim wielu innych rzeczy. Generalnie rzecz biorąc, chodzi jednak o to, że możemy być pod wpływem albo trucizny albo Ducha Świętego. Wino symbolizuje to, co cielesne, zewnętrzne. Duch określa to, co wewnętrzne. Paweł mówi Kościołowi, że ma być pełen tego, co wewnętrzne, pochodzące od Ducha Bożego.
Słowa „bądźcie pełni Ducha” mają inny wydźwięk po grecku niż po polsku. Dla nas są rozkazem, a po grecku, owszem, są imperatywem, ale w formie zwrotno-biernej: „pozwólcie się napełniać”, „poddajcie się napełnianiu”, „bądźcie napełniani”. To Duch ma za zadanie napełniać nas, a nam pozostawia jedynie poddanie się Jego kierownictwu.
I tak Paweł rysuje przed nami rzeczywistość człowieka, który żyje pełnią Ducha. Bo Bogu naprawdę chodzi o pełnię a nie o namiastkę. Pięć imiesłowów, które występują jeden po drugim – są praktycznym nauczaniem dotyczącym życia w pełni Ducha Świętego: rozmawiając, śpiewając i grając, dziękując, ulegając jedni drugim.
Świadczy to o tym, jak cenne są wspólne spotkania chrześcijan. Jak ważne jest również wzajemne nastawienie do siebie. Pierwsi chrześcijanie nie tylko śpiewali i tworzyli melodie dla Boga. Oni to robili przed Bogiem. Słowa te uczą mnie i zachęcają zarazem, bo pokazują, że czas spotkań chrześcijan to chwile szczególnego działania Ducha Świętego. Czas wspólnego nabożeństwa, kazania, modlitwy i pieśni to nie tylko słuchanie nauczania Pisma Świętego i śpiewanie Bogu. To czas wzajemnego zachęcania się, wspólnego opowiadania sobie o dziełach Bożych przez zwiastowanie Słowa, świadectwo i pieśni.
Dziękując zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
Drugą cechą mądrego chrześcijanina jest bycie wdzięcznym, ponieważ serce rośnie w dziękczynieniu, a nie w proszeniu. Kiedy jesteśmy pod wpływem działania Ducha Świętego, to efektem tego jest wdzięczność. Ale i odwrotnie. Dziękując za jedną rzecz, otrzymujemy cały stos nowych, za które możemy dziękować i serce otwiera się z wdzięcznością, gotowe na kolejne działanie Ducha Bożego. Przy czym ważna jest wdzięczność nie tylko za rzeczy przyjemne, ale za wszystko. Każdy może dziękować za słońce. Potrzeba mocy Ducha Świętego, by pojawiła się wdzięczność za występujące w naszym życiu burze.
Ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej.
Kolejnym sprawdzianem napełnienia Duchem jest uleganie, ustępowanie jedni drugim. Chodzi tu o synonim chrześcijańskiego szacunku. Chrystus jest zarówno przedmiotem, jak i źródłem tego świętego lęku. Mowa jest o tym także w kontekście przeczytanych przed chwilą przykazań. A przede wszystkim: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”.
Nie będzie pełni Ducha tam, gdzie ludzie są dumni, wywyższający się, gdzie są swary, kłótnie, nierówność, gdzie są lepsi i gorsi. Duch zamieszkuje w swojej pełni tam, gdzie są uległe, miłujące się i składające świadectwo dzieci Boże. Chętne do wspólnych spotkań, podczas których się budują, śpiewają, dzielą słowem, z serca dziękują Bogu. A potem idą w świat i postępują mądrze, wykorzystując każdą okazję dla Pana, bo dni są złe.
Postępować zgodnie z wolą Bożą. Tam, gdzie zostaliśmy posłani. Do ludzi, wśród których żyjemy. Tak, jakby dzisiaj był ostatni dzień naszego życia. A w chwilach zwątpienia, zadajmy sobie pomocnicze pytania: Bo jak nie ja, to kto? Jak nie tutaj, to gdzie? Jak nie teraz, to kiedy?
Amen.
2008/09/14
Jedność (Ef 4,1-6)
Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Ef 4,1-6
Apostoł Paweł wzywa nas dziś do jedności. Nie mówi o jednomyślności, bo zdaje sobie sprawę, że nie jest to możliwe. Nie jesteśmy identyczni pod względem temperamentu, osobowości, czy zdolności. Prawdziwa jedność jest jednak możliwa. Darowana nam przez Boga w Duchu chce się realizować i dochodzić do głosu nie tylko w trakcie ekumenicznych nabożeństw, wspólnych modlitw, ale także na co dzień – w naszych domach, relacjach między małżonkami, relacjach międzypokoleniowych, w miejscu pracy, w społeczeństwie. A tu, jak wiemy, nic nie da wywieszenie na lodówce manifestu jedności w rodzinie. By zrozumieć jak zachowywać jedność, uchwycić jej definicję, poznajmy najpierw jej części składowe: pokorę, łagodność, cierpliwość, miłość i wreszcie pokój.
Nauka pokory wielu ludziom przychodzi bardzo trudno. Na mojej piramidzie cnót, których muszę się jeszcze nauczyć, pokora jest chyba na samym szczycie. Gdy myślałam, że już mi się udało, wyczytałam historię o pewnym człowieku, który przed zaśnięciem miał dziwne sny na jawie. Wyobrażał sobie, że jest głównym bohaterem dramatycznej akcji ratowniczej na morzu lub w płomieniach, albo mówcą trzymającym w napięciu ogromną widownię, lub piłkarzem olśniewającym swym kunsztem gry. Człowiek ten zawsze widział się w centrum wydarzeń jako ich główny bohater. Wtedy zrozumiałam, że jeszcze daleko mi do pokory, ja także za bardzo lubiłam tworzyć właśnie takie fikcje przed snem. Pokora polega na stawieniu czoła prawdzie o sobie: naszej słabości, egoizmowi, niepowodzeniom w kontaktach z drugim człowiekiem, fiasku naszych usiłowań i działań. Pokora zależy od uczciwości i odwagi spojrzenia na siebie gołym okiem. Bez różowych okularów samouwielbienia, miłości własnej i egocentryzmu.
Drugą cechą chrześcijan jest łagodność. Człowiek łagodny, to taki, którego instynktowne odruchy, uczucia i pasje, podlegają doskonałej kontroli. Który gniewa się wtedy, kiedy spotyka się z cierpieniem i krzywdą innych, natomiast, kiedy musi znosić krzywdę i obrazę, czyni to bez gniewu. O cierpliwości, razem z wytrwałością, mówiliśmy już przed tygodniem. Chrześcijanin cierpliwy nie kapituluje przed najtrudniejszym zadaniem, nie załamuje się nieszczęściem, rozczarowaniem, lecz trwa do końca, pozostaje wierny swoim decyzjom. Chrześcijańska miłość, agape, to taka miłość, którą Bóg żywi do nas. Bezgraniczna łaskawość, życzliwość, pragnienie najwyższego dobra dla drugiej osoby. Wskazuje to jasno na fakt, że agape, miłość chrześcijańska, to nie tylko sprawa emocji ale także sprawa woli. Jest to zdolność zachowania niczym niezwyciężonej dobrej woli i życzliwości w stosunku do ludzi nie dających się kochać, ludzi niemiłych, do tych, którzy nas nie kochają, a nawet do tych, których nie darzymy sympatią.
To są cztery wielkie cechy charakterystyczne chrześcijaństwa. Ich sumą i wynikiem jest piąta: pokój. Tylko niektóre słowiańskie języki, włącznie z naszym, mają ten sam wyraz na pokój w znaczeniu mir, spokój oraz pokój jako izba czy pomieszczenie. Słowo pokój brzmi tak pięknie dla tych słowiańskich narodów, że tym oto słowem nazwali nie tylko mir, dobre stosunki międzyludzkie, ale i swoje miejsce prywatne, przestrzeń życia intymnego.
W języku hebrajskim odpowiednikiem słowa pokój jest SZALOM. Liczba słów w języku hebrajskim jest stosunkowo niewielka; jedno słowo często spełnia wiele funkcji. Widać to na na właśnie na przykładzie tego słowa, które jest właśnie najczęściej tłumaczone jako „pokój”, ale oznacza wiele więcej niż tylko spokój lub przeciwieństwo wojny. Znaczy także: przyjaźń, zdrowie (dobre samopoczucie), bezpieczeństwo i zbawienie. We współczesnym hebrajskim używa się tego słowa także zarówno na powitanie jak i pożegnanie. Jednak znaczenia mają ścisły związek z pokojem. Rdzeniem tego słowa są litery SZ-L-M (szin, lamed, mem); czego pierwotnym podstawowym znaczeniem jest „pełnia, kompletność”. Wszystkie znaczenia oddają różne aspekty „pełni, jedności”. Tej, o której czytamy w drugiej części dzisiejszego tekstu. Paweł wymienia siedem jedności: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, Jeden Bóg i Ojciec.
Jeśli ktoś powie: „jedno ciało, jedna nadzieja, jeden chrzest”, można oczekiwać, że zaraz doda: „i żaden inny Pan, żadna inna nadzieja, żadna inna wiara, niż ta, którą wyznaję ja!”. Jak łatwo pewnym Kościołom jest popaść w egoizm. Uważają się za jedyny prawdziwy i jedynozbawczy Kościół. Ale właśnie tak Paweł nie myślał, ponieważ zaraz dodał: jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Już chyba rozumiemy. Tu jest widoczny znak Kościoła. Jedność z perspektywy pokory, łagodności, pokoju. Nie może istnieć więcej niż jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, ponieważ jest tylko jedna rzeczywistość, ta, którą stworzył Bóg, nasz Ojciec. Mieć więcej wiar, nadziei, znaczyłoby niejako postawić naprzeciw sobie różne światy, które by walczyły każdy o swoją prawdę. Jak byśmy wtedy mogli zgadzać się z przesłaniem Pawła a jednocześnie być przekonani o słuszności nienawiści, prawie rewanżu i zemsty? Nie może sługa dwóm panom służyć. Jest tylko jedna głowa jednego ciała, którego – wierzymy, że - i my jesteśmy członkami.
W 2001 roku rady Kościołów katolickich, protestanckich i prawosławnych w Europie przyjęły wspólnie dokument, który nazwano Kartą Ekumeniczną. Stwierdza on, że zamanifestowaniu widzialnej jedności nadal stoją na przeszkodzie istotne różnice w sprawach wiary. Nad tą sytuacją nie można przejść do porządku dziennego. Jezus Chrystus objawił nam na krzyżu swoją miłość i tajemnicę pojednania; jako Jego naśladowcy chcemy uczynić wszystko, co w naszej mocy, aby przezwyciężyć istniejące jeszcze problemy i przeszkody, które w dalszym ciągu są przyczyną podziału między widzialnymi Kościołami. Chcemy dążyć do jedności w pojednanej różnorodności.
Chcemy dążyć do jedność w Kościele, w rodzinie, społeczeństwie. Chcemy dążyć do jedności z Bogiem. A to dążenie prowadzi przez pokorę, łagodność, cierpliwość, miłość. I pokój. SZALOM. Amen.
Apostoł Paweł wzywa nas dziś do jedności. Nie mówi o jednomyślności, bo zdaje sobie sprawę, że nie jest to możliwe. Nie jesteśmy identyczni pod względem temperamentu, osobowości, czy zdolności. Prawdziwa jedność jest jednak możliwa. Darowana nam przez Boga w Duchu chce się realizować i dochodzić do głosu nie tylko w trakcie ekumenicznych nabożeństw, wspólnych modlitw, ale także na co dzień – w naszych domach, relacjach między małżonkami, relacjach międzypokoleniowych, w miejscu pracy, w społeczeństwie. A tu, jak wiemy, nic nie da wywieszenie na lodówce manifestu jedności w rodzinie. By zrozumieć jak zachowywać jedność, uchwycić jej definicję, poznajmy najpierw jej części składowe: pokorę, łagodność, cierpliwość, miłość i wreszcie pokój.
Nauka pokory wielu ludziom przychodzi bardzo trudno. Na mojej piramidzie cnót, których muszę się jeszcze nauczyć, pokora jest chyba na samym szczycie. Gdy myślałam, że już mi się udało, wyczytałam historię o pewnym człowieku, który przed zaśnięciem miał dziwne sny na jawie. Wyobrażał sobie, że jest głównym bohaterem dramatycznej akcji ratowniczej na morzu lub w płomieniach, albo mówcą trzymającym w napięciu ogromną widownię, lub piłkarzem olśniewającym swym kunsztem gry. Człowiek ten zawsze widział się w centrum wydarzeń jako ich główny bohater. Wtedy zrozumiałam, że jeszcze daleko mi do pokory, ja także za bardzo lubiłam tworzyć właśnie takie fikcje przed snem. Pokora polega na stawieniu czoła prawdzie o sobie: naszej słabości, egoizmowi, niepowodzeniom w kontaktach z drugim człowiekiem, fiasku naszych usiłowań i działań. Pokora zależy od uczciwości i odwagi spojrzenia na siebie gołym okiem. Bez różowych okularów samouwielbienia, miłości własnej i egocentryzmu.
Drugą cechą chrześcijan jest łagodność. Człowiek łagodny, to taki, którego instynktowne odruchy, uczucia i pasje, podlegają doskonałej kontroli. Który gniewa się wtedy, kiedy spotyka się z cierpieniem i krzywdą innych, natomiast, kiedy musi znosić krzywdę i obrazę, czyni to bez gniewu. O cierpliwości, razem z wytrwałością, mówiliśmy już przed tygodniem. Chrześcijanin cierpliwy nie kapituluje przed najtrudniejszym zadaniem, nie załamuje się nieszczęściem, rozczarowaniem, lecz trwa do końca, pozostaje wierny swoim decyzjom. Chrześcijańska miłość, agape, to taka miłość, którą Bóg żywi do nas. Bezgraniczna łaskawość, życzliwość, pragnienie najwyższego dobra dla drugiej osoby. Wskazuje to jasno na fakt, że agape, miłość chrześcijańska, to nie tylko sprawa emocji ale także sprawa woli. Jest to zdolność zachowania niczym niezwyciężonej dobrej woli i życzliwości w stosunku do ludzi nie dających się kochać, ludzi niemiłych, do tych, którzy nas nie kochają, a nawet do tych, których nie darzymy sympatią.
To są cztery wielkie cechy charakterystyczne chrześcijaństwa. Ich sumą i wynikiem jest piąta: pokój. Tylko niektóre słowiańskie języki, włącznie z naszym, mają ten sam wyraz na pokój w znaczeniu mir, spokój oraz pokój jako izba czy pomieszczenie. Słowo pokój brzmi tak pięknie dla tych słowiańskich narodów, że tym oto słowem nazwali nie tylko mir, dobre stosunki międzyludzkie, ale i swoje miejsce prywatne, przestrzeń życia intymnego.
W języku hebrajskim odpowiednikiem słowa pokój jest SZALOM. Liczba słów w języku hebrajskim jest stosunkowo niewielka; jedno słowo często spełnia wiele funkcji. Widać to na na właśnie na przykładzie tego słowa, które jest właśnie najczęściej tłumaczone jako „pokój”, ale oznacza wiele więcej niż tylko spokój lub przeciwieństwo wojny. Znaczy także: przyjaźń, zdrowie (dobre samopoczucie), bezpieczeństwo i zbawienie. We współczesnym hebrajskim używa się tego słowa także zarówno na powitanie jak i pożegnanie. Jednak znaczenia mają ścisły związek z pokojem. Rdzeniem tego słowa są litery SZ-L-M (szin, lamed, mem); czego pierwotnym podstawowym znaczeniem jest „pełnia, kompletność”. Wszystkie znaczenia oddają różne aspekty „pełni, jedności”. Tej, o której czytamy w drugiej części dzisiejszego tekstu. Paweł wymienia siedem jedności: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, Jeden Bóg i Ojciec.
Jeśli ktoś powie: „jedno ciało, jedna nadzieja, jeden chrzest”, można oczekiwać, że zaraz doda: „i żaden inny Pan, żadna inna nadzieja, żadna inna wiara, niż ta, którą wyznaję ja!”. Jak łatwo pewnym Kościołom jest popaść w egoizm. Uważają się za jedyny prawdziwy i jedynozbawczy Kościół. Ale właśnie tak Paweł nie myślał, ponieważ zaraz dodał: jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Już chyba rozumiemy. Tu jest widoczny znak Kościoła. Jedność z perspektywy pokory, łagodności, pokoju. Nie może istnieć więcej niż jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, ponieważ jest tylko jedna rzeczywistość, ta, którą stworzył Bóg, nasz Ojciec. Mieć więcej wiar, nadziei, znaczyłoby niejako postawić naprzeciw sobie różne światy, które by walczyły każdy o swoją prawdę. Jak byśmy wtedy mogli zgadzać się z przesłaniem Pawła a jednocześnie być przekonani o słuszności nienawiści, prawie rewanżu i zemsty? Nie może sługa dwóm panom służyć. Jest tylko jedna głowa jednego ciała, którego – wierzymy, że - i my jesteśmy członkami.
W 2001 roku rady Kościołów katolickich, protestanckich i prawosławnych w Europie przyjęły wspólnie dokument, który nazwano Kartą Ekumeniczną. Stwierdza on, że zamanifestowaniu widzialnej jedności nadal stoją na przeszkodzie istotne różnice w sprawach wiary. Nad tą sytuacją nie można przejść do porządku dziennego. Jezus Chrystus objawił nam na krzyżu swoją miłość i tajemnicę pojednania; jako Jego naśladowcy chcemy uczynić wszystko, co w naszej mocy, aby przezwyciężyć istniejące jeszcze problemy i przeszkody, które w dalszym ciągu są przyczyną podziału między widzialnymi Kościołami. Chcemy dążyć do jedności w pojednanej różnorodności.
Chcemy dążyć do jedność w Kościele, w rodzinie, społeczeństwie. Chcemy dążyć do jedności z Bogiem. A to dążenie prowadzi przez pokorę, łagodność, cierpliwość, miłość. I pokój. SZALOM. Amen.
2008/08/03
Kiedy przychodzą złe czasy (Jk 1,2-8)
Jakuba 1,2-8
Co robimy, kiedy przychodzą złe czasy? Jak sobie z tym radzimy? Jaka jest nasza postawa, kiedy dobrze ułożone plany zmieniają się w katastrofę?
Problemy. Niektóre są duże, a niektóre to tylko małe problemy pretendujące do bycia tymi dużymi. Ktoś powiedział kiedyś, że w każdym małym problemie znajduje się duży problem starający się wyjść na jaw.
Niezależnie od tego jak długo żyjemy na Ziemi, zawsze jest coś złego wejdzie co wchodzi nam z buciorami do życia. Zauważył to też pewien amerykański inżynier Edward Murphy, formułując swoje Prawa Murphy'ego. Jest to zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe. Być może znamy to najbardziej znane ze wszystkich praw Murphy'ego, które mówi:
• „Jeżeli coś może się nie udać - nie uda się na pewno.”
Inne prawa to na przykład:
• „Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie”,
• „Upuszczone narzędzie pada zawsze tam, gdzie wyrządzi najwięcej szkody”,
• „Chleb pada zawsze na stronę posmarowaną masłem, a jeśli nie spadnie, oznacza to, że złą stronę posmarowaliśmy”,
• „Prawdopodobieństwo, że chleb spadnie posmarowaną stroną na dywan, jest wprost proporcjonalne do ceny dywanu.”
Jednak powstał także tak zwany Komentarz O'Toole'a do praw Murphy'ego, który brzmi:
• „Murphy był optymistą”.
W Piśmie Świętym czytamy: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie.
Zauważcie, że Jakub nie mówi, że MOŻEMY pewnego dnia przechodzić próbę. On nie mówi: Poczytujcie sobie za największą radość, jeśli wam się zdarzy przechodzić próbę”. W zamian za to on zapewnia, że będziemy mieć ciężkie czasy. Wszystko, co mówi dalej, bazuje na tym zapewnieniu. My BĘDZIEMY przechodzić rozmaite próby, doświadczenia. Możemy być tego pewni. Jezus obiecuje: Na świecie ucisk mieć będziecie. I to nie jest żaden pesymizm, czy też masochistyczny optymizm. To czysty realizm.
Ile razy słyszeliśmy już mądrych kaznodziejów, którzy mówią, że - jeśli staniemy się chrześcijanami - wszystkie nasze kłopoty się skończą i życie stanie się cudowne i spokojne?Stanowczo za często taka nauka jest prezentowana na rozmaitych mityngach w różnych Kościołach. Takie Kościoły stają się pełne ludzi, którzy utrzymują uśmiech na ustach, choć w środku są poranieni. „Co słychać u ciebie” pytamy uprzejmie. „Bardzo dobrze” słyszymy odpowiedź. A w międzyczasie, każdy się ukrywa za maską zadowolenia i uśmiechu, myśląc, że tylko on sam z całej grupy musi ukrywać swój faktyczny stan. Ale każdy boi się tak samo jak on ujawnienia tego, że nie doświadcza pełnego spokoju i radości.
Nie mówię o tym, by kogoś wystraszyć. Nie próbuję jeszcze bardziej wypełnić nasze dni przygnębieniem i smutkiem. Powodem, dla którego chcę, byśmy byli świadomi tego, że złe czasy nadchodzą, jest pragnienie, byśmy byli gotowi na ich spotkanie.
Strażacy w służbie pożarnej przygotowują strażacki plan urbanistyczny miast z uwzględnieniem i monitoringiem najbardziej newralgicznych miejsc, by być najlepiej przygotowanymi na ewentualne przypadki zagrożenia pożarowego w tych miejscach. W ten sam sposób Jakub w swoim liście przygotowuje taki wstępny plan dla chrześcijan. Daje nam instrukcje jak zabezpieczyć się przed newralgicznymi punktami zagrożeń.
Co mamy robić kiedy przyjdą trudne czasy? Jak przygotować się na sytuacje pełne problemów? Co zrobić kiedy atakuje nieszczęście? Jakub odpowiada: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość.
W tym momencie możemy być gotowi ignorować i umysłowo odrzucać Jakuba jako jeszcze jednego, słodko opowiadającego i świetnie głoszącego tzw. teologię sukcesu. Nie róbmy jednak tego. Jakub nie spogląda na świat przez różowe okulary. On nie zaprzecza temu, że prawdziwe problemy naprawdę istnieją, albo że one naprawdę potrafią zranić. On nie mówi też, że złe czasy to fajna zabawa. Nie twierdzi, że cierpienie jest radosne. Nie mówi, że mamy zaciskać zęby lub próbować ignorować ból.
Zamiast tego mówi: poczytujcie to sobie za najwyższą radość. Jak możemy to zrobić? Możemy to uczynić tylko poprzez spoglądanie ponad nimi, przez patrzenie na końcowy rezultat.
Jezus dostarcza nam doskonałego przykładu. Jeśli kiedykolwiek ktoś znalazł się w niekorzystnej sytuacji, to był to Jezus, przybity do krzyża.
On tak bardzo cierpiał, że aż modlił się: Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie (Łukasza 22,42). Ale kiedy stało się oczywiste, że to Jego Ojciec chce, by poszedł na krzyż, jaka była Jego postawa? Czy narzekał na niesprawiedliwość?
Patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary, który zamiast doznać należytej mu radości, wycierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy tronu Bożego (Hebrajczyków 12,2).
Jezus nie zwracając uwagi na wstyd jaki niesie za sobą krzyż, wycierpiał go, ale w tym samym momencie miał nadal na uwadze przyszłą radość, płynącą z tego samego krzyża.
Jeśli chcemy patrzeć na nasze cierpienia jako na „najwyższą radość”, spójrzmy ponad naszymi aktualnymi problemami, i zauważmy, że Bóg zaplanował nam przyszły rezultat tych problemów. Jaki? To prowadzi nas do kolejnego wersetu podstawy dzisiejszego kazania.
Wiedząc, że doświadczenie wiary waszej sprawia wytrwałość (Jakuba 1,3).
Wytrwałość jest sprawdzianem naszej jakości, tego, czy jesteśmy już dojrzałymi chrześcijanami. Dzieci znane są z tego jak łatwo się poddają. Wystarczy dać dziecku zabawkę, a po 15 minutach zabawy z nią, będzie robiło już coś innego. Dziecięca uwaga nie obejmuje czegoś takiego jak wytrwałość. Tego nie da się nauczyć w na lekcji w szkole. Kaznodzieja nie może mówić o wytrwałości i tym samym uczyć jej u wiernych. Wytrwałość przychodzi tylko w cierpieniu, w przeżywaniu codziennych problemów.
Niestety wiele wierzących osób posiada syndrom „Piotrusia Pana”. Pamiętacie tę postać z bajki? Był to malutki chłopiec, który postanowił nigdy nie dorosnąć – chciał być małym chłopcem na zawsze – nie chciał ponosić za nic odpowiedzialności, nie cierpieć... Niektórzy ludzie mają to samo pragnienie. Mają już dość wszelkich cierpień. Życie sprawia wrażenie nieustannej harówki na rzecz jeszcze kolejnych cierpień, i zdaje się nie przynosić żadnych radosnych korzyści. Jednak tylko poprzez wzrost możemy ujrzeć Królestwo Boże.
Wytrwałość zaś niech prowadzi do dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie mający żadnych braków.
Wytrwałość jest konieczna do wzrostu. Jeśli jesteśmy dziećmi Bożymi, jeśli weszliśmy do Bożej rodziny przez wiarę w Chrystusa, to jesteśmy w samym środku tego procesu. Cierpienie uczy nas wytrwałości, a ta z kolei wiedzie nas drogą do doskonałości. Parafrazując tytuł jednego filmu „Autostradą do Nieba”, możemy powiedzieć: „Wytrwałością do doskonałości”, do Królestwa Niebios.
Pewnego dnia będziemy dokładnie tacy jak Jezus Chrystus. Będziemy doskonali. Ale teraz jesteśmy jeszcze w stanie przejściowym. Jesteśmy gąsienicą, która zamienia się w motyla. Wzrastamy.
Żeby być wolnym od syndromu Piotrusia Pana potrzebna nam jest MĄDROŚĆ.
A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (Jakuba 1,5-8).
Jakub nie mówi, byśmy prosili Boga o uwolnienie z cierpień. On nam mówi, że mamy prosić o mądrość, która pomaga patrzeć na świat z Bożej perspektywy, z dystansem. To jak patrzenie na perski dywan. Jeśli przyglądamy mu się pod lupą, to co widzimy to brzydka mieszanina poplątanych nici. Ale kiedy staniemy i spojrzymy na dywan jako całość, docenimy jego piękno.
Taka sama jest prawda życiowa. Kiedy akurat przeżywamy jakieś kłopoty często odnosimy wrażenie ich bezsensowności. Bóg widzi coś więcej, On ma dla nas swój plan. On zaprojektował nasze życie w piękną mozaikę. Być może chce nas czegoś nauczyć, być może chce nam coś przez to przekazać, całkiem możliwe też, że nasze cierpienie pomoże komuś innemu wrócić do Boga. Możemy nigdy się nie dowiedzieć dlaczego. Jakub pisze w swoim liście jak możemy otrzymać tę mądrość:
1. Mamy Boga o tę mądrość PROSIĆ: A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. (1,5).
Bóg jest źródłem wszelkiej prawdziwej mądrości a w Psalmie 111,10 czytamy, że początkiem mądrości jest bojaźń Pana. Bóg chce byśmy byli mądrymi, byśmy patrzyli na świat z Jego perspektywy. Dał nam swoje Słowo, bo chce się dzielić tą mądrością.
2. Jest też drugi warunek: mamy być WYTRWALI w swych prośbach: Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (1:6-8).
Nie da się naśladować Boga w każdy wtorek i czwartek, albo tylko w niedziele w godzinach dopołudniowych, i jednocześnie oczekiwać Bożej mądrości. Nie da się kochać Boga w ten sposób. On nie pozwoli nam na podzielną lojalność.. dla świata i dla Niego.
Poczytywać cierpienia za radość, dziękować Bogu, że uczy nas wytrwałości, dzięki czemu dążymy do doskonałości, do Królestwa Bożego da się tylko wtedy, jeśli kurczowo chwyćmy się Boga obiema rękami, tak, by świat nie miał na nas żadnego wpływu. A Bóg będzie nas pocieszał! Jak czytamy chociażby w 1 Koryntian 10,13: Bóg jest wierny i nie dopuści, abyśmy byli kuszeni ponad siły nasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyśmy je mogli znieść. Prośmy o to.
Amen.
Co robimy, kiedy przychodzą złe czasy? Jak sobie z tym radzimy? Jaka jest nasza postawa, kiedy dobrze ułożone plany zmieniają się w katastrofę?
Problemy. Niektóre są duże, a niektóre to tylko małe problemy pretendujące do bycia tymi dużymi. Ktoś powiedział kiedyś, że w każdym małym problemie znajduje się duży problem starający się wyjść na jaw.
Niezależnie od tego jak długo żyjemy na Ziemi, zawsze jest coś złego wejdzie co wchodzi nam z buciorami do życia. Zauważył to też pewien amerykański inżynier Edward Murphy, formułując swoje Prawa Murphy'ego. Jest to zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe. Być może znamy to najbardziej znane ze wszystkich praw Murphy'ego, które mówi:
• „Jeżeli coś może się nie udać - nie uda się na pewno.”
Inne prawa to na przykład:
• „Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie”,
• „Upuszczone narzędzie pada zawsze tam, gdzie wyrządzi najwięcej szkody”,
• „Chleb pada zawsze na stronę posmarowaną masłem, a jeśli nie spadnie, oznacza to, że złą stronę posmarowaliśmy”,
• „Prawdopodobieństwo, że chleb spadnie posmarowaną stroną na dywan, jest wprost proporcjonalne do ceny dywanu.”
Jednak powstał także tak zwany Komentarz O'Toole'a do praw Murphy'ego, który brzmi:
• „Murphy był optymistą”.
W Piśmie Świętym czytamy: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie.
Zauważcie, że Jakub nie mówi, że MOŻEMY pewnego dnia przechodzić próbę. On nie mówi: Poczytujcie sobie za największą radość, jeśli wam się zdarzy przechodzić próbę”. W zamian za to on zapewnia, że będziemy mieć ciężkie czasy. Wszystko, co mówi dalej, bazuje na tym zapewnieniu. My BĘDZIEMY przechodzić rozmaite próby, doświadczenia. Możemy być tego pewni. Jezus obiecuje: Na świecie ucisk mieć będziecie. I to nie jest żaden pesymizm, czy też masochistyczny optymizm. To czysty realizm.
Ile razy słyszeliśmy już mądrych kaznodziejów, którzy mówią, że - jeśli staniemy się chrześcijanami - wszystkie nasze kłopoty się skończą i życie stanie się cudowne i spokojne?Stanowczo za często taka nauka jest prezentowana na rozmaitych mityngach w różnych Kościołach. Takie Kościoły stają się pełne ludzi, którzy utrzymują uśmiech na ustach, choć w środku są poranieni. „Co słychać u ciebie” pytamy uprzejmie. „Bardzo dobrze” słyszymy odpowiedź. A w międzyczasie, każdy się ukrywa za maską zadowolenia i uśmiechu, myśląc, że tylko on sam z całej grupy musi ukrywać swój faktyczny stan. Ale każdy boi się tak samo jak on ujawnienia tego, że nie doświadcza pełnego spokoju i radości.
Nie mówię o tym, by kogoś wystraszyć. Nie próbuję jeszcze bardziej wypełnić nasze dni przygnębieniem i smutkiem. Powodem, dla którego chcę, byśmy byli świadomi tego, że złe czasy nadchodzą, jest pragnienie, byśmy byli gotowi na ich spotkanie.
Strażacy w służbie pożarnej przygotowują strażacki plan urbanistyczny miast z uwzględnieniem i monitoringiem najbardziej newralgicznych miejsc, by być najlepiej przygotowanymi na ewentualne przypadki zagrożenia pożarowego w tych miejscach. W ten sam sposób Jakub w swoim liście przygotowuje taki wstępny plan dla chrześcijan. Daje nam instrukcje jak zabezpieczyć się przed newralgicznymi punktami zagrożeń.
Co mamy robić kiedy przyjdą trudne czasy? Jak przygotować się na sytuacje pełne problemów? Co zrobić kiedy atakuje nieszczęście? Jakub odpowiada: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość.
W tym momencie możemy być gotowi ignorować i umysłowo odrzucać Jakuba jako jeszcze jednego, słodko opowiadającego i świetnie głoszącego tzw. teologię sukcesu. Nie róbmy jednak tego. Jakub nie spogląda na świat przez różowe okulary. On nie zaprzecza temu, że prawdziwe problemy naprawdę istnieją, albo że one naprawdę potrafią zranić. On nie mówi też, że złe czasy to fajna zabawa. Nie twierdzi, że cierpienie jest radosne. Nie mówi, że mamy zaciskać zęby lub próbować ignorować ból.
Zamiast tego mówi: poczytujcie to sobie za najwyższą radość. Jak możemy to zrobić? Możemy to uczynić tylko poprzez spoglądanie ponad nimi, przez patrzenie na końcowy rezultat.
Jezus dostarcza nam doskonałego przykładu. Jeśli kiedykolwiek ktoś znalazł się w niekorzystnej sytuacji, to był to Jezus, przybity do krzyża.
On tak bardzo cierpiał, że aż modlił się: Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie (Łukasza 22,42). Ale kiedy stało się oczywiste, że to Jego Ojciec chce, by poszedł na krzyż, jaka była Jego postawa? Czy narzekał na niesprawiedliwość?
Patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary, który zamiast doznać należytej mu radości, wycierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy tronu Bożego (Hebrajczyków 12,2).
Jezus nie zwracając uwagi na wstyd jaki niesie za sobą krzyż, wycierpiał go, ale w tym samym momencie miał nadal na uwadze przyszłą radość, płynącą z tego samego krzyża.
Jeśli chcemy patrzeć na nasze cierpienia jako na „najwyższą radość”, spójrzmy ponad naszymi aktualnymi problemami, i zauważmy, że Bóg zaplanował nam przyszły rezultat tych problemów. Jaki? To prowadzi nas do kolejnego wersetu podstawy dzisiejszego kazania.
Wiedząc, że doświadczenie wiary waszej sprawia wytrwałość (Jakuba 1,3).
Wytrwałość jest sprawdzianem naszej jakości, tego, czy jesteśmy już dojrzałymi chrześcijanami. Dzieci znane są z tego jak łatwo się poddają. Wystarczy dać dziecku zabawkę, a po 15 minutach zabawy z nią, będzie robiło już coś innego. Dziecięca uwaga nie obejmuje czegoś takiego jak wytrwałość. Tego nie da się nauczyć w na lekcji w szkole. Kaznodzieja nie może mówić o wytrwałości i tym samym uczyć jej u wiernych. Wytrwałość przychodzi tylko w cierpieniu, w przeżywaniu codziennych problemów.
Niestety wiele wierzących osób posiada syndrom „Piotrusia Pana”. Pamiętacie tę postać z bajki? Był to malutki chłopiec, który postanowił nigdy nie dorosnąć – chciał być małym chłopcem na zawsze – nie chciał ponosić za nic odpowiedzialności, nie cierpieć... Niektórzy ludzie mają to samo pragnienie. Mają już dość wszelkich cierpień. Życie sprawia wrażenie nieustannej harówki na rzecz jeszcze kolejnych cierpień, i zdaje się nie przynosić żadnych radosnych korzyści. Jednak tylko poprzez wzrost możemy ujrzeć Królestwo Boże.
Wytrwałość zaś niech prowadzi do dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie mający żadnych braków.
Wytrwałość jest konieczna do wzrostu. Jeśli jesteśmy dziećmi Bożymi, jeśli weszliśmy do Bożej rodziny przez wiarę w Chrystusa, to jesteśmy w samym środku tego procesu. Cierpienie uczy nas wytrwałości, a ta z kolei wiedzie nas drogą do doskonałości. Parafrazując tytuł jednego filmu „Autostradą do Nieba”, możemy powiedzieć: „Wytrwałością do doskonałości”, do Królestwa Niebios.
Pewnego dnia będziemy dokładnie tacy jak Jezus Chrystus. Będziemy doskonali. Ale teraz jesteśmy jeszcze w stanie przejściowym. Jesteśmy gąsienicą, która zamienia się w motyla. Wzrastamy.
Żeby być wolnym od syndromu Piotrusia Pana potrzebna nam jest MĄDROŚĆ.
A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (Jakuba 1,5-8).
Jakub nie mówi, byśmy prosili Boga o uwolnienie z cierpień. On nam mówi, że mamy prosić o mądrość, która pomaga patrzeć na świat z Bożej perspektywy, z dystansem. To jak patrzenie na perski dywan. Jeśli przyglądamy mu się pod lupą, to co widzimy to brzydka mieszanina poplątanych nici. Ale kiedy staniemy i spojrzymy na dywan jako całość, docenimy jego piękno.
Taka sama jest prawda życiowa. Kiedy akurat przeżywamy jakieś kłopoty często odnosimy wrażenie ich bezsensowności. Bóg widzi coś więcej, On ma dla nas swój plan. On zaprojektował nasze życie w piękną mozaikę. Być może chce nas czegoś nauczyć, być może chce nam coś przez to przekazać, całkiem możliwe też, że nasze cierpienie pomoże komuś innemu wrócić do Boga. Możemy nigdy się nie dowiedzieć dlaczego. Jakub pisze w swoim liście jak możemy otrzymać tę mądrość:
1. Mamy Boga o tę mądrość PROSIĆ: A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. (1,5).
Bóg jest źródłem wszelkiej prawdziwej mądrości a w Psalmie 111,10 czytamy, że początkiem mądrości jest bojaźń Pana. Bóg chce byśmy byli mądrymi, byśmy patrzyli na świat z Jego perspektywy. Dał nam swoje Słowo, bo chce się dzielić tą mądrością.
2. Jest też drugi warunek: mamy być WYTRWALI w swych prośbach: Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (1:6-8).
Nie da się naśladować Boga w każdy wtorek i czwartek, albo tylko w niedziele w godzinach dopołudniowych, i jednocześnie oczekiwać Bożej mądrości. Nie da się kochać Boga w ten sposób. On nie pozwoli nam na podzielną lojalność.. dla świata i dla Niego.
Poczytywać cierpienia za radość, dziękować Bogu, że uczy nas wytrwałości, dzięki czemu dążymy do doskonałości, do Królestwa Bożego da się tylko wtedy, jeśli kurczowo chwyćmy się Boga obiema rękami, tak, by świat nie miał na nas żadnego wpływu. A Bóg będzie nas pocieszał! Jak czytamy chociażby w 1 Koryntian 10,13: Bóg jest wierny i nie dopuści, abyśmy byli kuszeni ponad siły nasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyśmy je mogli znieść. Prośmy o to.
Amen.
2008/04/13
Gliniane naczynia (2 Kor 4,1–15)
II Kor 4, 1–15
Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, rozświecił serca nasze, aby zajaśiało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystusowym. Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.
Apostoł Paweł przedstawia tu jedno ze swoich ważnych porównań. Mówi o skarbie złożonym w glinianych naczyniach. W ten sposób pozwala zrozumieć, czym w naszych międzyludzkich relacjach jest Ewangelia Pana Jezusa Chrystusa. Przeciwstawia ją do naszego środowiska i do naszych wyobrażeń.
To Pawłowe porównanie jest elementem dłuższego ważnego wykładu przeznaczonego dla sług Ewangelii Chrystusa w świecie. Czyli przeznaczonego także dla nas, którzy przyznajemy się i dziś do Chrystusa. Paweł przypomina przede wszystkim, że Ewangelia Chrystusa jest czymś niezmiernie ważnym. Przyrównuje ją do skarbu - podobnie jak to czyni w swych podobieństwach Pan Jezus. Ten skarb jednak, my jako chrześcijanie, mamy w glinianych naczyniach.
Przez ten skarb Paweł ma na myśli światło Bożej chwały na obliczu Chrystusa, którym Bóg rozświecił także nasze serca. Chodzi o chwałę Ewangelii Chrystusowej, którą Bóg nam daje poznać i ze swojej łaski w nią uwierzyć, czyli wiadomość o ratunku przygotowanym przez Boga w wcielonym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Chrystusie. Mamy ten skarb. Został nam przez Pana Boga darowany. Apostoł Paweł zastanawia się nad tym, w jaki sposób właściwie otrzymaliśmy ten drogocenny skarb. Kosztowny skarb światła Bożej chwały, skarb Ewangelii jako objawienia samego Boga, nie jest przecież przedmiotem zwykłego ludzkiego posiadania! I w związku z tym szybko używa kontrastującego porównania: Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.
Kategoria skarbu złożonego w glinianym naczyniu, tj. w kruchym, łatwym do zniszczenia opakowaniu, jest dla nas czymś niezrozumiałym. Skarb, to znaczy coś niesamowicie cennego i wartościowego, w naszym pojmowaniu powinien mieć najlepsze opakowanie i najlepsze zabezpieczenie. Jeśli chodzi o ten najwartościowszy skarb, jakim jest Ewangelia Chrystusa, to jego opakowanie, by korelować ze swym przeznaczeniem, powinno być niezawodne i szlachetne. Czemu nie jest ono ze złota, srebra, czy z innego drogocennego metalu?
Po to, byśmy mogli sobie uświadomić naszą użyteczność i wartość. Jesteśmy takim lichym, rozpadającym się opakowaniem, które w żadnym wypadku nie jest w stanie samo dać sobie radę z zabezpieczeniem tego, co posiada, co ochrania. Trzeba nam więc być stale pokornie świadomym tej swojej niedostateczności i niewystarczalności. Dlaczego więc będąc tak kruchym narzędziem został nam jednak powierzony skarb?
Żeby lepiej zrozumieć znaczenie naszego zadania przypomnijmy sobie jakiekolwiek muzeum. Przepiękne wazy z chińskiej porcelany są podziwiane na całym świecie, ale czy jest jakikolwiek inny z nich użytek? Przecież nie wolno do nich nic włożyć, bo może się popsuć, turyści mają kategoryczny zakaz ich dotykania. Takie naczynia same stają się skarbami. A to znaczy, że już nie są użyteczne, nie mogą ochraniać to, co jest w środku. Gdybyśmy byli przepięknymi naczyniami ze złota czy srebra, łatwo popadlibyśmy w pychę, naszym celem byłaby chęć zwrócenia na siebie, a nie na to, co jest w środku. A my mamy ochraniać skarb, a nie sami być skarbem. Ta nasza lichość, jest paradoksalnie naszą cechą, dzięki której ćwiczymy się w pokorze i zmniejszone jest ryzyko zarażenia się pychą i egoizmem.
Zastanówmy się teraz nad dwiema kwestiami: w jaki sposób Bóg się objawił oraz jaką odezwę to objawienie wywołuje w naszym życiu z wiary.
1) W biblijnym sensie możemy Pawłowe porównanie tłumaczyć tak: również sam skarb Bożego Słowa, my ludzie, mamy tylko w glinianych naczyniach. Boże Słowo przychodzi do nas w formie słów ludzkich. Także to, co Biblia przedstawia jako świadectwo Bożego objawienia, w wieloraki sposób jest naznaczone ludzką niedoskonałością łącznie 40-tu biblijnych pisarzy. Biblia ma ślady historycznego uwarunkowania, wewnętrznej niezrozumiałości i, suma summarum, niewystarczalności dla powierzonego Bożego poselstwa. I w ten sposób „skarb Bożego słowa” mamy zachowany w księgach biblijnych tylko jako w takich właśnie „glinianych naczyniach”. I jedynie Duch Święty pomaga nam za ludzkimi słowami rozpoznawać Słowo Boże i przyjmować je jako „światło Bożego objawienia”.
W podobny sposób odnosi się to i do naszych dążeń i dbałości, które wkładamy w dociekanie sensu tekstów biblijnych, w podobny sposób odnosi się to do naszego kazania, każdego rozważania Słowa i świadectwa. I w tym wszystkim musi być widoczne, że ta moc, która wszystko przewyższa, a którą staramy się potwierdzić i poświadczyć, „jest z Boga, a nie z nas”.
2) W tym sensie możemy to Pawłowe porównanie rozumieć jako zwrócenie uwagi na niewystarczający sposób naszego ludzkiego reagowania, naszej ludzkiej odezwy na Boże Słowo: my ludzie jesteśmy tylko marnymi glinianymi naczyniami wobec skarbu Bożego objawienia w Chrystusie. Paweł tu z pewnością myśli o sobie samym, o własnej sytuacji świadka Boga w korynckim zborze. Ciężko mu było znosić to, że tamtejsi bracia i siostry mieli tendencję widzieć w swoich przywódcach wzorce doskonałości. Graniczyło to już nawet z kultem jednostki. Paweł, który przyszedł do nich jako sługa pokorny, nie pasował im do tego trendu. Już na początku swojego listu odpowiadając na ich krytykę napisał, że nie chce „panować nad ich wiarą”, ale chce im służyć Ewangelią, aby mieli radość z wiary (II Kor 1,23-24). Dlatego teraz nie waha się przenieść to porównanie glinianego naczynia również na siebie - na tę marną ludzką istotę, której jest powierzony drogocenny skarb Boży. Tę samą procedurę przeprowadza również w kontekście innych pyszałkowatych współpracowników korynckiego zboru, którzy chełpili się swoimi własnymi kwalifikacjami duchowymi, uważali się za ekstra mądrych i świętszych od reszty, a starali się przy tym forsować swój własny autorytet zamiast kłaść akcent na pierwszeństwo autorytetu Bożego. Do tego również odnosi się dodatek Pawła: aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. Właśnie za pomocą tego uzasadnienia Paweł nawiązuje do tego, co już dziś usłyszeliśmy: „albowiem nie siebie samych głosimy, lecz Chrystusa Jezusa, że jest Panem, o sobie zaś, żeśmy sługami waszymi dla Jezusa” (II Kor. 4,5). Z tego wynika nasze zadanie jako naczyń glinianych. Powierzonego nam skarbu nie mamy ukrywać, czy zakopać w ziemi, ale nieść, przenosić dalej. Dzielić się. Mamy być przekazicielami tego skarbu dla innych!
Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: jak się przejawia to „światło chwały Bożej w Chrystusie” w naszym własnym życiu? Jakie są z nas naczynia dla Bożego skarbu, który został nam powierzony?
Z książki Wernera Gitta pt. Człowiek - fascynująca istota, przeczytam fragment: „Człowiek jest cudowną, niewyobrażalnie skomplikowaną istotą. Wyposażenie: fabryka chemiczna centralnie sterowana przez mózg, elektrownia, urządzenie klimatyzacyjne, oczyszczalnia ścieków, komputer z pamięcią i dodatkowym wyposażeniem typu „miłość/nienawiść”. Istota ta przez dziesiątki lat samodzielnie utrzymuje się przy życiu i dzięki stałej samokontroli dba o swe bezawaryjne funkcjonowanie. Skład: 100 bilionów mikroskopijnych detali idealnie do siebie dopasowanych i współdziałających ze sobą. W stanie dobrego zdrowia części te potrafią się nieustannie odnawiać, a nawet samonaprawiać. Pompa wielkości pięści (serce) utrzymuje w ruchu to cudowne dzieło, uderzając 100 000 razy na dobę i rozprowadzając po całym organizmie substancje odżywcze zawarte w 5 litrach krwi. Każdego dnia płuca dzięki procesowi oddychania pobierają z 20 000 litrów powietrza potrzebny tlen. Natomiast podczas wydechu wydalają szkodliwe gazy. Normalna temperatura w czasie aktywności wynosi 37 stopni Celsjusza.”
Oto jest to naczynie gliniane. Genialne naczynie. Wcale nie jest takie liche - ale pozornie. Bo autor tejże książki tak kończy dany fragment: „Wady: podatny na zużycie” i zniszczenie. Boże stworzenie jest doskonałe, ale my niestety już nie jesteśmy doskonali. Jesteśmy grzesznym stworzeniem po upadku. I tak oto apostolskie porównanie odsłania również naszą kruchość i lichość!
Jak wyzwalające jest więc to ostateczne zapewnienie naszego tekstu: „moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas”. Razem z apostołem Pawłem możemy w tym widzieć swą wielką nadzieję. Wraz ze świadomością swoich braków, lichości i kruchości, możemy mieć nadzieję w Bożej mocy, którą otrzymujemy z łaski. Paweł podkreśla tę moc zaraz w następnych zdaniach: „Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani” (II Kor 4,8-9). Takie były osobiste doświadczenia Pawła, które przecież i nam są bliskie. Bóg chce swą moc potwierdzać również w naszym życiu! Chce nam być pomocą w codziennych walkach i trudnościach. Jego mocy starczy po temu, by nam pomagać przezwyciężać naszą kruchość i słabość glinianych naczyń. Co jest źródłem tej pewności? Źródłem tej pewności jest śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie. W tym tkwi sedno apostolskiego świadectwa: „zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło” (II Kor 4,10). Chodzi o znak tego, który przeszedł przez ten świat w poniżeniu, trudach i przeciwnościach, oraz przez najstraszniejszą śmierć. Przez swoje zmartwychwstanie objawił jednak ogromną moc Bożą. Dlatego Paweł może zamknąć swoje świadectwo radosnym zapewnieniem: „wiedząc, że Ten, który wzbudził Pana Jezusa, także i nas z Jezusem wzbudzi i razem z wami przed sobą stawi.” (II Kor 4,14).
Jeśli świadectwo apostolskie dotknęło również naszego sumienia, możemy za każdym razem sobie znowu uświadamiać, że i my jesteśmy glinianymi naczyniami. Nie jesteśmy bohaterami wiary, którzy mogliby być zadowoleni sami z siebie. A mimo to, te liche naczynia naszego człowieczeństwa nie muszą się kruszyć, nie muszą się uszkodzić. Jeśli powierzymy je tej mocy, która wszystko przewyższa, wytrzymają, i skarb, który był do nich włożony, zachowają.
Amen.
Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, rozświecił serca nasze, aby zajaśiało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystusowym. Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.
Apostoł Paweł przedstawia tu jedno ze swoich ważnych porównań. Mówi o skarbie złożonym w glinianych naczyniach. W ten sposób pozwala zrozumieć, czym w naszych międzyludzkich relacjach jest Ewangelia Pana Jezusa Chrystusa. Przeciwstawia ją do naszego środowiska i do naszych wyobrażeń.
To Pawłowe porównanie jest elementem dłuższego ważnego wykładu przeznaczonego dla sług Ewangelii Chrystusa w świecie. Czyli przeznaczonego także dla nas, którzy przyznajemy się i dziś do Chrystusa. Paweł przypomina przede wszystkim, że Ewangelia Chrystusa jest czymś niezmiernie ważnym. Przyrównuje ją do skarbu - podobnie jak to czyni w swych podobieństwach Pan Jezus. Ten skarb jednak, my jako chrześcijanie, mamy w glinianych naczyniach.
Przez ten skarb Paweł ma na myśli światło Bożej chwały na obliczu Chrystusa, którym Bóg rozświecił także nasze serca. Chodzi o chwałę Ewangelii Chrystusowej, którą Bóg nam daje poznać i ze swojej łaski w nią uwierzyć, czyli wiadomość o ratunku przygotowanym przez Boga w wcielonym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Chrystusie. Mamy ten skarb. Został nam przez Pana Boga darowany. Apostoł Paweł zastanawia się nad tym, w jaki sposób właściwie otrzymaliśmy ten drogocenny skarb. Kosztowny skarb światła Bożej chwały, skarb Ewangelii jako objawienia samego Boga, nie jest przecież przedmiotem zwykłego ludzkiego posiadania! I w związku z tym szybko używa kontrastującego porównania: Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.
Kategoria skarbu złożonego w glinianym naczyniu, tj. w kruchym, łatwym do zniszczenia opakowaniu, jest dla nas czymś niezrozumiałym. Skarb, to znaczy coś niesamowicie cennego i wartościowego, w naszym pojmowaniu powinien mieć najlepsze opakowanie i najlepsze zabezpieczenie. Jeśli chodzi o ten najwartościowszy skarb, jakim jest Ewangelia Chrystusa, to jego opakowanie, by korelować ze swym przeznaczeniem, powinno być niezawodne i szlachetne. Czemu nie jest ono ze złota, srebra, czy z innego drogocennego metalu?
Po to, byśmy mogli sobie uświadomić naszą użyteczność i wartość. Jesteśmy takim lichym, rozpadającym się opakowaniem, które w żadnym wypadku nie jest w stanie samo dać sobie radę z zabezpieczeniem tego, co posiada, co ochrania. Trzeba nam więc być stale pokornie świadomym tej swojej niedostateczności i niewystarczalności. Dlaczego więc będąc tak kruchym narzędziem został nam jednak powierzony skarb?
Żeby lepiej zrozumieć znaczenie naszego zadania przypomnijmy sobie jakiekolwiek muzeum. Przepiękne wazy z chińskiej porcelany są podziwiane na całym świecie, ale czy jest jakikolwiek inny z nich użytek? Przecież nie wolno do nich nic włożyć, bo może się popsuć, turyści mają kategoryczny zakaz ich dotykania. Takie naczynia same stają się skarbami. A to znaczy, że już nie są użyteczne, nie mogą ochraniać to, co jest w środku. Gdybyśmy byli przepięknymi naczyniami ze złota czy srebra, łatwo popadlibyśmy w pychę, naszym celem byłaby chęć zwrócenia na siebie, a nie na to, co jest w środku. A my mamy ochraniać skarb, a nie sami być skarbem. Ta nasza lichość, jest paradoksalnie naszą cechą, dzięki której ćwiczymy się w pokorze i zmniejszone jest ryzyko zarażenia się pychą i egoizmem.
Zastanówmy się teraz nad dwiema kwestiami: w jaki sposób Bóg się objawił oraz jaką odezwę to objawienie wywołuje w naszym życiu z wiary.
1) W biblijnym sensie możemy Pawłowe porównanie tłumaczyć tak: również sam skarb Bożego Słowa, my ludzie, mamy tylko w glinianych naczyniach. Boże Słowo przychodzi do nas w formie słów ludzkich. Także to, co Biblia przedstawia jako świadectwo Bożego objawienia, w wieloraki sposób jest naznaczone ludzką niedoskonałością łącznie 40-tu biblijnych pisarzy. Biblia ma ślady historycznego uwarunkowania, wewnętrznej niezrozumiałości i, suma summarum, niewystarczalności dla powierzonego Bożego poselstwa. I w ten sposób „skarb Bożego słowa” mamy zachowany w księgach biblijnych tylko jako w takich właśnie „glinianych naczyniach”. I jedynie Duch Święty pomaga nam za ludzkimi słowami rozpoznawać Słowo Boże i przyjmować je jako „światło Bożego objawienia”.
W podobny sposób odnosi się to i do naszych dążeń i dbałości, które wkładamy w dociekanie sensu tekstów biblijnych, w podobny sposób odnosi się to do naszego kazania, każdego rozważania Słowa i świadectwa. I w tym wszystkim musi być widoczne, że ta moc, która wszystko przewyższa, a którą staramy się potwierdzić i poświadczyć, „jest z Boga, a nie z nas”.
2) W tym sensie możemy to Pawłowe porównanie rozumieć jako zwrócenie uwagi na niewystarczający sposób naszego ludzkiego reagowania, naszej ludzkiej odezwy na Boże Słowo: my ludzie jesteśmy tylko marnymi glinianymi naczyniami wobec skarbu Bożego objawienia w Chrystusie. Paweł tu z pewnością myśli o sobie samym, o własnej sytuacji świadka Boga w korynckim zborze. Ciężko mu było znosić to, że tamtejsi bracia i siostry mieli tendencję widzieć w swoich przywódcach wzorce doskonałości. Graniczyło to już nawet z kultem jednostki. Paweł, który przyszedł do nich jako sługa pokorny, nie pasował im do tego trendu. Już na początku swojego listu odpowiadając na ich krytykę napisał, że nie chce „panować nad ich wiarą”, ale chce im służyć Ewangelią, aby mieli radość z wiary (II Kor 1,23-24). Dlatego teraz nie waha się przenieść to porównanie glinianego naczynia również na siebie - na tę marną ludzką istotę, której jest powierzony drogocenny skarb Boży. Tę samą procedurę przeprowadza również w kontekście innych pyszałkowatych współpracowników korynckiego zboru, którzy chełpili się swoimi własnymi kwalifikacjami duchowymi, uważali się za ekstra mądrych i świętszych od reszty, a starali się przy tym forsować swój własny autorytet zamiast kłaść akcent na pierwszeństwo autorytetu Bożego. Do tego również odnosi się dodatek Pawła: aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. Właśnie za pomocą tego uzasadnienia Paweł nawiązuje do tego, co już dziś usłyszeliśmy: „albowiem nie siebie samych głosimy, lecz Chrystusa Jezusa, że jest Panem, o sobie zaś, żeśmy sługami waszymi dla Jezusa” (II Kor. 4,5). Z tego wynika nasze zadanie jako naczyń glinianych. Powierzonego nam skarbu nie mamy ukrywać, czy zakopać w ziemi, ale nieść, przenosić dalej. Dzielić się. Mamy być przekazicielami tego skarbu dla innych!
Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: jak się przejawia to „światło chwały Bożej w Chrystusie” w naszym własnym życiu? Jakie są z nas naczynia dla Bożego skarbu, który został nam powierzony?
Z książki Wernera Gitta pt. Człowiek - fascynująca istota, przeczytam fragment: „Człowiek jest cudowną, niewyobrażalnie skomplikowaną istotą. Wyposażenie: fabryka chemiczna centralnie sterowana przez mózg, elektrownia, urządzenie klimatyzacyjne, oczyszczalnia ścieków, komputer z pamięcią i dodatkowym wyposażeniem typu „miłość/nienawiść”. Istota ta przez dziesiątki lat samodzielnie utrzymuje się przy życiu i dzięki stałej samokontroli dba o swe bezawaryjne funkcjonowanie. Skład: 100 bilionów mikroskopijnych detali idealnie do siebie dopasowanych i współdziałających ze sobą. W stanie dobrego zdrowia części te potrafią się nieustannie odnawiać, a nawet samonaprawiać. Pompa wielkości pięści (serce) utrzymuje w ruchu to cudowne dzieło, uderzając 100 000 razy na dobę i rozprowadzając po całym organizmie substancje odżywcze zawarte w 5 litrach krwi. Każdego dnia płuca dzięki procesowi oddychania pobierają z 20 000 litrów powietrza potrzebny tlen. Natomiast podczas wydechu wydalają szkodliwe gazy. Normalna temperatura w czasie aktywności wynosi 37 stopni Celsjusza.”
Oto jest to naczynie gliniane. Genialne naczynie. Wcale nie jest takie liche - ale pozornie. Bo autor tejże książki tak kończy dany fragment: „Wady: podatny na zużycie” i zniszczenie. Boże stworzenie jest doskonałe, ale my niestety już nie jesteśmy doskonali. Jesteśmy grzesznym stworzeniem po upadku. I tak oto apostolskie porównanie odsłania również naszą kruchość i lichość!
Jak wyzwalające jest więc to ostateczne zapewnienie naszego tekstu: „moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas”. Razem z apostołem Pawłem możemy w tym widzieć swą wielką nadzieję. Wraz ze świadomością swoich braków, lichości i kruchości, możemy mieć nadzieję w Bożej mocy, którą otrzymujemy z łaski. Paweł podkreśla tę moc zaraz w następnych zdaniach: „Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani” (II Kor 4,8-9). Takie były osobiste doświadczenia Pawła, które przecież i nam są bliskie. Bóg chce swą moc potwierdzać również w naszym życiu! Chce nam być pomocą w codziennych walkach i trudnościach. Jego mocy starczy po temu, by nam pomagać przezwyciężać naszą kruchość i słabość glinianych naczyń. Co jest źródłem tej pewności? Źródłem tej pewności jest śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie. W tym tkwi sedno apostolskiego świadectwa: „zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło” (II Kor 4,10). Chodzi o znak tego, który przeszedł przez ten świat w poniżeniu, trudach i przeciwnościach, oraz przez najstraszniejszą śmierć. Przez swoje zmartwychwstanie objawił jednak ogromną moc Bożą. Dlatego Paweł może zamknąć swoje świadectwo radosnym zapewnieniem: „wiedząc, że Ten, który wzbudził Pana Jezusa, także i nas z Jezusem wzbudzi i razem z wami przed sobą stawi.” (II Kor 4,14).
Jeśli świadectwo apostolskie dotknęło również naszego sumienia, możemy za każdym razem sobie znowu uświadamiać, że i my jesteśmy glinianymi naczyniami. Nie jesteśmy bohaterami wiary, którzy mogliby być zadowoleni sami z siebie. A mimo to, te liche naczynia naszego człowieczeństwa nie muszą się kruszyć, nie muszą się uszkodzić. Jeśli powierzymy je tej mocy, która wszystko przewyższa, wytrzymają, i skarb, który był do nich włożony, zachowają.
Amen.
2008/02/24
Królestwo Boże (Mt 13,44-46)
Ew. Mateusza 13,44-46
Podobieństwa te dziś wydają się dość dziwne i niezwykłe, ale w Palestynie, w czasach Jezusa, odbierano je zupełnie naturalnie. My przywykliśmy już do instytucji banków ale, choć w czasach biblijnych ona istniała, prości ludzie na ogół z niej nie mogli korzystać. Za najbezpieczniejsze miejsce przechowywania drogocennych przedmiotów uważano ziemię. Kiedy Izraelici nie chcieli, by Rzymianie im coś skonfiskowali, ukrywali to właśnie w ziemi.
Spójrzmy na właściciela ziemi. Skarb był na jego polu. Był tuż pod jego nosem, a on o tym nie wiedział! Sam pewnie był tak bogaty, że wynajmował pracowników do orania własnej roli. Każdy, kto ma większe gospodarstwo rolne, sam nie da rady i musi mieć kogoś do pomocy. Ale czy ten właściciel w ogóle nie wychodził z domu? Nie przechadzał się po swoich polach? Nie doglądał pracowników? Przecież zauważyłby taki skarb! Gdzie było jego zaangażowanie?! Zapewne był też uradowany, że ktoś chce kupić od niego rolę za ogromną sumę. Być może ta ziemia nawet nie była tyle warta, a tu znajduje się kupiec na nią! Jak łatwo ten właściciel poprzestał na małym, nie wiedział co traci…
Dzisiejsza niedziela, tzw. 3. Niedziela Pasyjna, zwraca nam uwagę na Psalm 25.15: Oczy moje patrzą na Pana, a my z tego wyciągamy lekcję: nie zachowujmy się jak ten właściciel. Patrzmy cały czas na nasz skarb, jakim jest Jezus Chrystus. W jaki sposób? Tego dowiadujemy się od bohatera pierwszego podobieństwa.
Człowiek, który odnalazł skarb, nie zrobił tego przypadkowo, lecz podczas codziennej pracy. Oczywiście natknął się na niego nieoczekiwanie, ale stało się to wtedy, gdy wykonywał swoje normalne zajęcia. Należy wnioskować, że wykonywał swoją pracę solidnie i pilnie, ponieważ kopał głęboko, a nie tylko poruszał powierzchnię gleby. W innym przypadku nie natrafiłby na skarb.
Nie byłoby dobrze gdybyśmy spotykali się z Bogiem na płytkiej powierzchni, tylko siedząc w ławkach kościelnych. Prawdziwe szczęście, prawdziwe zadowolenie, poczucie obecności Boga, obecności samego Chrystusa zjawia się podczas codziennej pracy, gdy własną pracę wykonujemy solidnie, świadomie i z ogromnym zaangażowaniem.
Był niestety jeden problem. Ten skarb nie był jego własnością, tak samo, jak to pole, na którym go odkrył. Nie wiemy do kogo należał sam skarb. Z pewnością nie należał do właściciela tego pola, gdyż nie sprzedałby tak łatwo tego pola. Być może został ukryty wiele lat wcześniej a jego prawdziwy właściciel już nie żył.
Co powinien zrobić ten mężczyzna po odkryciu tego skarbu? Ukraść? Nie powiedzieć o tym właścicielowi pola? Nie. Jego sumienie nie pozwoliło mu tego ukraść. Nie miał także przy sobie tyle pieniędzy, by kupić pole, więc najpierw poszedł, sprzedał wszystko co miał, nic nie zostawiając. Sprzedał dom, swój ubrania. Na wszystko znalazł kupca. I natychmiast wrócił i kupił to pole.
Tutaj jest sedno paraboli. Koszt tej ziemi nie grał żadnej roli, bo znalazca był całkowicie przekonany o bezcennej wartości skarbu.
Królestwo Niebios jest bardzo podobne do tego skarbu. Jest najbardziej wartościową rzeczą. Nie może być niczego innego, co mogłoby przeszkodzić nam w pozyskaniu go. Ale do tego jeszcze wrócę, najpierw spójrzmy głębiej na drugą przypowieść.
W starożytności perły zajmowały szczególne miejsce w sercach ludzi. Każdy pragnął posiadać piękną perłę, nie tylko ze względu na jej wartość, ale i piękno. Prawdziwy kupiec był gotów zwiedzić rynki całego świata, by znaleźć perłę o niedoścignionym pięknie.
Człowiek przekopujący pole nie poszukiwał skarbu. Znalazł go nieoczekiwanie. Zaś poszukiwacz perły poświęcił na to całe życie. Bez względu na to, czy odkrycie wiązało się z jedną krótką chwilą, czy było rezultatem poszukiwań całego życia, reakcja obu ludzi była taka sama: obaj gotowi byli sprzedać wszystko, by zdobyć rzecz najcenniejszą.
Bez względu na to, w jaki sposób człowiek poznaje wolę Boga w stosunku do siebie, czy w krótkim momencie Boskiego oświecenia, czy pod koniec długich poszukiwań woli tej warto się bezwzględnie i niezwłocznie podporządkować, ponieważ, jak z porównania wynika, Królestwo Niebios jest czymś najwspanialszym na świecie. Wykonywanie woli Boga nie jest zatem czymś ponurym, przykrym, nużącym. Jest to coś wspaniałego. Za wyrzeczeniem, ofiarą, samozaparciem kryje się najwyższe piękno, gdzie indziej nie spotykane. Istnieją także inne perły, ale jedna swoją wartością przewyższa wszystkie. Inaczej mówiąc, w świecie jest wiele wspaniałych rzeczy, pełnych uroku. Można znaleźć się pod urokiem wiedzy, bogactwa, sztuki, muzyki, literatury. Piękna może być przyjaźń, miłość. To wszystko jest piękne, ale nie jest pięknem najwyższym. Najwyższe piękno to akceptowanie woli Boga, oto sens Królestwa Bożego. Tym samym nie pomniejsza się innych przejawów życia. To również perły, lecz perłą najwspanialszą jest niewymuszone posłuszeństwo.
W obu omawianych przypowieściach dwa momenty odgrywają zasadniczą rolę: radość z odkrycia i gotowość oddania wszystkiego, by nabyć na własność znaleziony skarb. Być w Królestwie, wejść do niego, to, jak już wspomniałam, akceptować i wykonywać wolę Boga. Za każdą cenę warto spełniać wolę Boga. Jak w wypadku człowieka, który odkrył skarb zupełnie nagle, nasz umysł może oświecić objawienie, objawiające wolę Bożą w stosunku do nas. Zaakceptowanie tej woli może być równoznaczne z porzuceniem pewnych zamierzeń, ambicji, nieraz bardzo dla nas drogich, porzucenie pewnych przyzwyczajeń, stylu życia, z którym trudno się rozstać, narzucenie sobie dyscypliny, wyrzeczenie. Jednym słowem: wzięcie na ramiona krzyża i naśladowanie Jezusa. I widać, że naprawdę warto to zrobić.
Możemy wywnioskować dzięki tym dwóm przypowieściom kilka podstawowych informacji o Królestwie Bożym:
1. Królestwo Niebios jest bezcenne. Znalazca skarbu nie czeka na nic, ale natychmiast sprzedaje wszystko co ma. Wie, że potrzebuje zyskać skarb jak najszybciej. Jak zapewne wiecie, przy tak szybkiej ofercie sprzedaży, cen nie da się wygórować. Trzeba wszystko sprzedać bardzo szybko, cieszyć się każdą otrzymaną kwotą, nie tracić czasu targując się o wyższą cenę. Nawet najcenniejsze dla nas rzeczy (praca, majątek, hobby) musimy z łatwością oddać. Królestwo Boże jest cenniejsze niż wszystko inne.
2. Królestwo nie jest widoczne. Tak skarb, jak i perła, były ukryte. Nie były od razu widoczne dla każdego. Pierwsza parabola reflektuje o mężczyźnie który nie szukał Królestwa Bożego, ale stanął twarzą w twarz z okolicznościami. Jest człowiekiem, który usłyszał przesłanie Ewangelii w czasie, kiedy nie szukał Boga. Ale usłyszał tę wiadomość i uwierzył jej.
W księdze Izajasza czytamy: Byłem przystępny dla tych, którzy o mnie nie pytali, dałem się znaleźć tym, którzy mnie nie szukali. Oto jestem, oto jestem, mówiłem do narodu, który nie był nazwany moim imieniem. (Iz. 65,1). W czasach Jezusa, ten człowiek charakteryzował świat pogan. Nie wiedzieli nic o Bogu, nie szukali Go, ale w przeciągu kilku krótkich lat wiadomość o Krzyżu rozniosła się na każdy naród. Samarytanka była bardzo podobna. Nie przyszła szukać Jezusa. Przyszła do studni tylko napełnić czerpak wodą. A wróciła z Wodą Życia.
Jeśli przypowieść o ukrytym skarbie jest obrazem pogan, którzy nic nie wiedzieli o Królestwie, dopóki go nie znaleźli, to być może opowieść o perle jest obrazem Żydów, którzy spędzili całe życie na szukaniu Królestwa Niebios. To dla nich Boże obietnice zostały dane. Dorośli w obietnicy, którą znajdujemy w księdze Jeremiasza: A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan - odmienię wasz los i zgromadzę was ze wszystkich narodów i ze wszystkich miejsc, do których was rozproszyłem - mówi Pan - i sprowadzę was z powrotem do miejsca, skąd skazałem was na wygnanie. (Jer. 29,13-14).
Ten fragment także i nam obiecuje, że jeśli będziemy szukać Boga, znajdziemy Go. Problemem nie tkwi w tym, że Boga trudno jest znaleźć. Problemem jest, że ludzie faktycznie nie szukają. W rzeczy samej, Paweł w liście do Rzymian mówi, że nikt nie szuka Boga: Jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga. (Rzym. 3,10-11). Jedynym powodem, dla którego człowiek szuka Boga jest ten, że to Bóg jako pierwszy uczynił coś we wnętrzu tego człowieka, a on się Jemu na to otworzył.
3. Z tego wynika, że nie wystarczy odnaleźć Królestwo Niebios. Trzeba je zdobyć. Nie wystarczy tylko usłyszeć Dobrą Nowinę i powiedzieć: „Tak, to bardzo miła historia o Bożej miłości i o Jego darze z Jezusa, który umarł za nas. Tak, oczywiście, że wierzę, że ta historia jest prawdziwa.” Nie wystarczy wierzyć w poszczególne fakty o Ewangelii. Koniecznym jest zaakceptować Jezusa jako naszego Pana i własnego Zbawiciela z wszelkimi tego konsekwencjami.
4. Królestwo Boże żąda całkowitego oddania. Wspólne dla obu przypowieści było także to, że kiedy owi znalazcy raz zobaczyli skarb i perłę, zrozumieli, że nic nie może im stanąć na drodze by je osiągnąć. Żadna cena nie stanowiła przeszkody.
Przypomina mi się na tym miejscu historia o tym, jak bogaty młodzieniec przyszedł do Jezusa z pytaniem co ma zrobić, by osiągnąć życie wieczne. Dowiedział się, że musi rozdać to, co ma ubogim. Spójrzmy na tę historię do naszej strony. Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie i nie jesteśmy w stanie tego poświęcić, odpuścić sobie (kolejki przed sklepami z iPhone; tytuł artykułu w gazecie: Nie oddamy władzy dopóki nie oddamy trzech milionów mieszkań)? Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie…?
Cokolwiek to jest, Pan nie da nam spokoju, dopóki nie wybierzemy między Nim a tą rzeczą. Prawdziwe chrześcijaństwo zawsze będzie kosztować. Bo kto faktycznie w drugiej przypowieści obrazuje Boga? Jak czytamy: Dalej podobne jest Królestwo Niebios do kupca, szukającego pięknych pereł, który, gdy znalazł jedną perłę drogocenną, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Bóg jest tym właśnie kupcem! To On sprzedał wszystko co miał, by nas odzyskać. Tak, jak kosztowało Go życie własnego Syna, tak będzie kosztować to także moje i Twoje życie. To nie znaczy, że musimy zapłacić w zamian za zbawienie. Przecież nie mamy nic, czym moglibyśmy zasłużyć na Jego pomoc a zbawienie jest darem. Ale jest także darem zmieniającym życie i wzięcie go, zmieni także nasze życie.
Jest pewna transakcja podczas zbawienia. To nie transakcja pieniężna ani dobro-uczynkowa. Dochodzi do niej, kiedy oddajemy wszystko co mamy i wszystko kim jesteśmy, aby stać się wszystkim, czym On jest. Dzieje się to wtedy, kiedy oferujemy Mu siebie samych. Kiedy to, co mamy, nie zaślepia nam oczu, gdy chcemy patrzeć na Królestwo Boże. Chociaż zbawienie jest darem, Chrystus nie da go tym, których ręce są zajęte czymś innym.
Daj Boże, bym pamiętał na swe przeznaczenie, ze drżeniem i bojaźnią dbał o swe zbawienie… Niech milszym skarbem dla mnie będzie Słowo Twoje niż świata znikomego kosztowności, stroje. (Pieśń 725, 1,5)
Amen.
Modlitwa przed rozpoczęciem pracy. Jan Kalwin
„Boże, Ojcze i Zbawicielu, jakoś raczył nakazać nam pracować, chcąc zapobiec naszej nędzy, zechciej też łaskawie pobłogosławić nasz trud, aby Twe błogosławieństwo spłynęło i na nas samych, albowiem bez niego nikt nie zazna pomyślności; niech Twa łaskawość będzie dla nas świadectwem Twej dobroci i pomocy, objawiając nam w ten sposób Twą ojcowską nad nami pieczę.
Zechciej też, Panie, wspomóc nas przez Twego Ducha Świętego, abyśmy mogli wiernie wypełniać nasz stan i powołanie, bez żadnego podstępu i oszukaństwa, abyśmy raczej podążali za Twym przykazaniem niż za chęcią wzbogacenia się; gdyby wszelako spodobało Ci się zwieńczyć nasz trud pomyślnością, daj nam też dzielność spieszenia z pomocą tym, co znoszą biedę i daj siłę wytrwania w pokorze, abyśmy nie wywyższali się nad tych, co nie zaznają tak wielkich darów Twej szczodrobliwości.
Gdy zaś zechcesz utrzymać nas w ubóstwie i biedzie ponad siły nasze, wesprzyj Swe obietnice dodatkową łaską wiary i zachowaj naszą pewność, że w Swej dobroci nas nasycisz, abyśmy nie zwątpili,
lecz cierpliwie oczekiwali pełni Twych łask doczesnych i duchowych, tak abyśmy mieli coraz więcej powodów i okazji do dziękczynienia i pełnego odpoczynku w samej tylko Twej dobroci.
Wysłuchaj nas, Ojcze miłosierdzia, przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego, naszego Pana. Amen .”
Podobieństwa te dziś wydają się dość dziwne i niezwykłe, ale w Palestynie, w czasach Jezusa, odbierano je zupełnie naturalnie. My przywykliśmy już do instytucji banków ale, choć w czasach biblijnych ona istniała, prości ludzie na ogół z niej nie mogli korzystać. Za najbezpieczniejsze miejsce przechowywania drogocennych przedmiotów uważano ziemię. Kiedy Izraelici nie chcieli, by Rzymianie im coś skonfiskowali, ukrywali to właśnie w ziemi.
Spójrzmy na właściciela ziemi. Skarb był na jego polu. Był tuż pod jego nosem, a on o tym nie wiedział! Sam pewnie był tak bogaty, że wynajmował pracowników do orania własnej roli. Każdy, kto ma większe gospodarstwo rolne, sam nie da rady i musi mieć kogoś do pomocy. Ale czy ten właściciel w ogóle nie wychodził z domu? Nie przechadzał się po swoich polach? Nie doglądał pracowników? Przecież zauważyłby taki skarb! Gdzie było jego zaangażowanie?! Zapewne był też uradowany, że ktoś chce kupić od niego rolę za ogromną sumę. Być może ta ziemia nawet nie była tyle warta, a tu znajduje się kupiec na nią! Jak łatwo ten właściciel poprzestał na małym, nie wiedział co traci…
Dzisiejsza niedziela, tzw. 3. Niedziela Pasyjna, zwraca nam uwagę na Psalm 25.15: Oczy moje patrzą na Pana, a my z tego wyciągamy lekcję: nie zachowujmy się jak ten właściciel. Patrzmy cały czas na nasz skarb, jakim jest Jezus Chrystus. W jaki sposób? Tego dowiadujemy się od bohatera pierwszego podobieństwa.
Człowiek, który odnalazł skarb, nie zrobił tego przypadkowo, lecz podczas codziennej pracy. Oczywiście natknął się na niego nieoczekiwanie, ale stało się to wtedy, gdy wykonywał swoje normalne zajęcia. Należy wnioskować, że wykonywał swoją pracę solidnie i pilnie, ponieważ kopał głęboko, a nie tylko poruszał powierzchnię gleby. W innym przypadku nie natrafiłby na skarb.
Nie byłoby dobrze gdybyśmy spotykali się z Bogiem na płytkiej powierzchni, tylko siedząc w ławkach kościelnych. Prawdziwe szczęście, prawdziwe zadowolenie, poczucie obecności Boga, obecności samego Chrystusa zjawia się podczas codziennej pracy, gdy własną pracę wykonujemy solidnie, świadomie i z ogromnym zaangażowaniem.
Był niestety jeden problem. Ten skarb nie był jego własnością, tak samo, jak to pole, na którym go odkrył. Nie wiemy do kogo należał sam skarb. Z pewnością nie należał do właściciela tego pola, gdyż nie sprzedałby tak łatwo tego pola. Być może został ukryty wiele lat wcześniej a jego prawdziwy właściciel już nie żył.
Co powinien zrobić ten mężczyzna po odkryciu tego skarbu? Ukraść? Nie powiedzieć o tym właścicielowi pola? Nie. Jego sumienie nie pozwoliło mu tego ukraść. Nie miał także przy sobie tyle pieniędzy, by kupić pole, więc najpierw poszedł, sprzedał wszystko co miał, nic nie zostawiając. Sprzedał dom, swój ubrania. Na wszystko znalazł kupca. I natychmiast wrócił i kupił to pole.
Tutaj jest sedno paraboli. Koszt tej ziemi nie grał żadnej roli, bo znalazca był całkowicie przekonany o bezcennej wartości skarbu.
Królestwo Niebios jest bardzo podobne do tego skarbu. Jest najbardziej wartościową rzeczą. Nie może być niczego innego, co mogłoby przeszkodzić nam w pozyskaniu go. Ale do tego jeszcze wrócę, najpierw spójrzmy głębiej na drugą przypowieść.
W starożytności perły zajmowały szczególne miejsce w sercach ludzi. Każdy pragnął posiadać piękną perłę, nie tylko ze względu na jej wartość, ale i piękno. Prawdziwy kupiec był gotów zwiedzić rynki całego świata, by znaleźć perłę o niedoścignionym pięknie.
Człowiek przekopujący pole nie poszukiwał skarbu. Znalazł go nieoczekiwanie. Zaś poszukiwacz perły poświęcił na to całe życie. Bez względu na to, czy odkrycie wiązało się z jedną krótką chwilą, czy było rezultatem poszukiwań całego życia, reakcja obu ludzi była taka sama: obaj gotowi byli sprzedać wszystko, by zdobyć rzecz najcenniejszą.
Bez względu na to, w jaki sposób człowiek poznaje wolę Boga w stosunku do siebie, czy w krótkim momencie Boskiego oświecenia, czy pod koniec długich poszukiwań woli tej warto się bezwzględnie i niezwłocznie podporządkować, ponieważ, jak z porównania wynika, Królestwo Niebios jest czymś najwspanialszym na świecie. Wykonywanie woli Boga nie jest zatem czymś ponurym, przykrym, nużącym. Jest to coś wspaniałego. Za wyrzeczeniem, ofiarą, samozaparciem kryje się najwyższe piękno, gdzie indziej nie spotykane. Istnieją także inne perły, ale jedna swoją wartością przewyższa wszystkie. Inaczej mówiąc, w świecie jest wiele wspaniałych rzeczy, pełnych uroku. Można znaleźć się pod urokiem wiedzy, bogactwa, sztuki, muzyki, literatury. Piękna może być przyjaźń, miłość. To wszystko jest piękne, ale nie jest pięknem najwyższym. Najwyższe piękno to akceptowanie woli Boga, oto sens Królestwa Bożego. Tym samym nie pomniejsza się innych przejawów życia. To również perły, lecz perłą najwspanialszą jest niewymuszone posłuszeństwo.
W obu omawianych przypowieściach dwa momenty odgrywają zasadniczą rolę: radość z odkrycia i gotowość oddania wszystkiego, by nabyć na własność znaleziony skarb. Być w Królestwie, wejść do niego, to, jak już wspomniałam, akceptować i wykonywać wolę Boga. Za każdą cenę warto spełniać wolę Boga. Jak w wypadku człowieka, który odkrył skarb zupełnie nagle, nasz umysł może oświecić objawienie, objawiające wolę Bożą w stosunku do nas. Zaakceptowanie tej woli może być równoznaczne z porzuceniem pewnych zamierzeń, ambicji, nieraz bardzo dla nas drogich, porzucenie pewnych przyzwyczajeń, stylu życia, z którym trudno się rozstać, narzucenie sobie dyscypliny, wyrzeczenie. Jednym słowem: wzięcie na ramiona krzyża i naśladowanie Jezusa. I widać, że naprawdę warto to zrobić.
Możemy wywnioskować dzięki tym dwóm przypowieściom kilka podstawowych informacji o Królestwie Bożym:
1. Królestwo Niebios jest bezcenne. Znalazca skarbu nie czeka na nic, ale natychmiast sprzedaje wszystko co ma. Wie, że potrzebuje zyskać skarb jak najszybciej. Jak zapewne wiecie, przy tak szybkiej ofercie sprzedaży, cen nie da się wygórować. Trzeba wszystko sprzedać bardzo szybko, cieszyć się każdą otrzymaną kwotą, nie tracić czasu targując się o wyższą cenę. Nawet najcenniejsze dla nas rzeczy (praca, majątek, hobby) musimy z łatwością oddać. Królestwo Boże jest cenniejsze niż wszystko inne.
2. Królestwo nie jest widoczne. Tak skarb, jak i perła, były ukryte. Nie były od razu widoczne dla każdego. Pierwsza parabola reflektuje o mężczyźnie który nie szukał Królestwa Bożego, ale stanął twarzą w twarz z okolicznościami. Jest człowiekiem, który usłyszał przesłanie Ewangelii w czasie, kiedy nie szukał Boga. Ale usłyszał tę wiadomość i uwierzył jej.
W księdze Izajasza czytamy: Byłem przystępny dla tych, którzy o mnie nie pytali, dałem się znaleźć tym, którzy mnie nie szukali. Oto jestem, oto jestem, mówiłem do narodu, który nie był nazwany moim imieniem. (Iz. 65,1). W czasach Jezusa, ten człowiek charakteryzował świat pogan. Nie wiedzieli nic o Bogu, nie szukali Go, ale w przeciągu kilku krótkich lat wiadomość o Krzyżu rozniosła się na każdy naród. Samarytanka była bardzo podobna. Nie przyszła szukać Jezusa. Przyszła do studni tylko napełnić czerpak wodą. A wróciła z Wodą Życia.
Jeśli przypowieść o ukrytym skarbie jest obrazem pogan, którzy nic nie wiedzieli o Królestwie, dopóki go nie znaleźli, to być może opowieść o perle jest obrazem Żydów, którzy spędzili całe życie na szukaniu Królestwa Niebios. To dla nich Boże obietnice zostały dane. Dorośli w obietnicy, którą znajdujemy w księdze Jeremiasza: A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan - odmienię wasz los i zgromadzę was ze wszystkich narodów i ze wszystkich miejsc, do których was rozproszyłem - mówi Pan - i sprowadzę was z powrotem do miejsca, skąd skazałem was na wygnanie. (Jer. 29,13-14).
Ten fragment także i nam obiecuje, że jeśli będziemy szukać Boga, znajdziemy Go. Problemem nie tkwi w tym, że Boga trudno jest znaleźć. Problemem jest, że ludzie faktycznie nie szukają. W rzeczy samej, Paweł w liście do Rzymian mówi, że nikt nie szuka Boga: Jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga. (Rzym. 3,10-11). Jedynym powodem, dla którego człowiek szuka Boga jest ten, że to Bóg jako pierwszy uczynił coś we wnętrzu tego człowieka, a on się Jemu na to otworzył.
3. Z tego wynika, że nie wystarczy odnaleźć Królestwo Niebios. Trzeba je zdobyć. Nie wystarczy tylko usłyszeć Dobrą Nowinę i powiedzieć: „Tak, to bardzo miła historia o Bożej miłości i o Jego darze z Jezusa, który umarł za nas. Tak, oczywiście, że wierzę, że ta historia jest prawdziwa.” Nie wystarczy wierzyć w poszczególne fakty o Ewangelii. Koniecznym jest zaakceptować Jezusa jako naszego Pana i własnego Zbawiciela z wszelkimi tego konsekwencjami.
4. Królestwo Boże żąda całkowitego oddania. Wspólne dla obu przypowieści było także to, że kiedy owi znalazcy raz zobaczyli skarb i perłę, zrozumieli, że nic nie może im stanąć na drodze by je osiągnąć. Żadna cena nie stanowiła przeszkody.
Przypomina mi się na tym miejscu historia o tym, jak bogaty młodzieniec przyszedł do Jezusa z pytaniem co ma zrobić, by osiągnąć życie wieczne. Dowiedział się, że musi rozdać to, co ma ubogim. Spójrzmy na tę historię do naszej strony. Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie i nie jesteśmy w stanie tego poświęcić, odpuścić sobie (kolejki przed sklepami z iPhone; tytuł artykułu w gazecie: Nie oddamy władzy dopóki nie oddamy trzech milionów mieszkań)? Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie…?
Cokolwiek to jest, Pan nie da nam spokoju, dopóki nie wybierzemy między Nim a tą rzeczą. Prawdziwe chrześcijaństwo zawsze będzie kosztować. Bo kto faktycznie w drugiej przypowieści obrazuje Boga? Jak czytamy: Dalej podobne jest Królestwo Niebios do kupca, szukającego pięknych pereł, który, gdy znalazł jedną perłę drogocenną, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Bóg jest tym właśnie kupcem! To On sprzedał wszystko co miał, by nas odzyskać. Tak, jak kosztowało Go życie własnego Syna, tak będzie kosztować to także moje i Twoje życie. To nie znaczy, że musimy zapłacić w zamian za zbawienie. Przecież nie mamy nic, czym moglibyśmy zasłużyć na Jego pomoc a zbawienie jest darem. Ale jest także darem zmieniającym życie i wzięcie go, zmieni także nasze życie.
Jest pewna transakcja podczas zbawienia. To nie transakcja pieniężna ani dobro-uczynkowa. Dochodzi do niej, kiedy oddajemy wszystko co mamy i wszystko kim jesteśmy, aby stać się wszystkim, czym On jest. Dzieje się to wtedy, kiedy oferujemy Mu siebie samych. Kiedy to, co mamy, nie zaślepia nam oczu, gdy chcemy patrzeć na Królestwo Boże. Chociaż zbawienie jest darem, Chrystus nie da go tym, których ręce są zajęte czymś innym.
Daj Boże, bym pamiętał na swe przeznaczenie, ze drżeniem i bojaźnią dbał o swe zbawienie… Niech milszym skarbem dla mnie będzie Słowo Twoje niż świata znikomego kosztowności, stroje. (Pieśń 725, 1,5)
Amen.
Modlitwa przed rozpoczęciem pracy. Jan Kalwin
„Boże, Ojcze i Zbawicielu, jakoś raczył nakazać nam pracować, chcąc zapobiec naszej nędzy, zechciej też łaskawie pobłogosławić nasz trud, aby Twe błogosławieństwo spłynęło i na nas samych, albowiem bez niego nikt nie zazna pomyślności; niech Twa łaskawość będzie dla nas świadectwem Twej dobroci i pomocy, objawiając nam w ten sposób Twą ojcowską nad nami pieczę.
Zechciej też, Panie, wspomóc nas przez Twego Ducha Świętego, abyśmy mogli wiernie wypełniać nasz stan i powołanie, bez żadnego podstępu i oszukaństwa, abyśmy raczej podążali za Twym przykazaniem niż za chęcią wzbogacenia się; gdyby wszelako spodobało Ci się zwieńczyć nasz trud pomyślnością, daj nam też dzielność spieszenia z pomocą tym, co znoszą biedę i daj siłę wytrwania w pokorze, abyśmy nie wywyższali się nad tych, co nie zaznają tak wielkich darów Twej szczodrobliwości.
Gdy zaś zechcesz utrzymać nas w ubóstwie i biedzie ponad siły nasze, wesprzyj Swe obietnice dodatkową łaską wiary i zachowaj naszą pewność, że w Swej dobroci nas nasycisz, abyśmy nie zwątpili,
lecz cierpliwie oczekiwali pełni Twych łask doczesnych i duchowych, tak abyśmy mieli coraz więcej powodów i okazji do dziękczynienia i pełnego odpoczynku w samej tylko Twej dobroci.
Wysłuchaj nas, Ojcze miłosierdzia, przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego, naszego Pana. Amen .”
2007/09/02
Być bogatym w Bogu (Łk. 12,13–21)
Łk. 12, 13–21
Zanim przejdziemy do omawiania dzisiejszego podobieństwa, przeanalizujmy sytuację, w jakiej zostało ono wypowiedziane. Na początku 12. rozdziału Ewangelii Łukasza możemy przeczytać o tym, jak Jezus mówi do wielkiego ludu, by się nie bać się poświęcić wierze swoje życie, by nie bać się złych ludzi – bo ci mogą ubliżyć tylko ciału. Mamy myśleć jedynie o Bogu, który rozstrzyga o całej naszej przyszłości. O życiu wiecznym, które Bóg obiecał tym, którzy pozostaną Mu wierni.
Mówi się, że w obliczu śmierci wszystko zmienia się nie do poznania. W zagrożeniu życia człowiek jest zdolny zaprzeć się sam siebie, swojego sumienia. Ale Jezus zna jeszcze wyższą wartość niż szacunek do siebie. Śmierci nie musi bać się ten, kto boi się Boga. A tą bojaźnią przed Bogiem nie jest paniczny strach, ale szacunek, respekt i oddanie względem Boga. Nie ma potrzeby bać się śmierci albo złych ludzi, skoro o naszej przyszłości decyduje jedynie Bóg!
Jezus mówi o tych ważnych tematach, ponieważ one także osobiście Jego dotyczą. Idzie do Jerozolimy naprzeciw własnemu cierpieniu i śmierci, przygotowuje więc na podobne sytuacje swoich uczniów, którzy także będą cierpieć prześladowanie.
Dziś za wiarę, dzięki Bogu, nie jesteśmy już prześladowani. Ale strach o życie nie minął. Nasi przyjaciele, a czasem i my sami jesteśmy zagrożeni chorobami nowotworowymi. Kiedy zasiadamy za kierownicą nigdy nie wiemy, czy wrócimy zdrowi. W każdej chwili może runąć nam wszystko, za co dotąd Bogu dziękowaliśmy. Ale i wtedy aktualne są słowa Jezusa: Nie bójcie się! Nie bójcie się chorób, wybuchów ani pijanych kierowców. Nie bójcie się o to, co może się wam stać. Bójcie się tylko Boga. Wasze życie nie jest w rękach złych ludzi ani okrutnych przygód – o waszym życiu i przyszłości rozstrzyga tylko Bóg. Jego się trzymajcie, bo wszystko inne minie.
Właśnie w środku tej mowy Jezusa przyszedł ktoś z tłumu, przerwał Jego nauczanie i powiedział: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, aby się ze mną podzielił dziedzictwem”. Ten człowiek w ogóle nie wie o czym jest mowa! Kiedy Jezus mówi o życiu i śmierci, o istocie i sensie życia, ten człowiek myśli tylko o pieniądzach! Jakie to płytkie i przyziemne. Ale jakie to jest jednocześnie ludzkie i normalne! Przecież to są rzeczywiście ludzkie problemy, właśnie nad takimi sprawami zamartwia się dusza. Nie wiecznością, ale majątkiem. Nie Bogiem, ale dziedzictwem. I nie zmieniło się to ani trochę przez te dwa tysiące lat. Posiadłość, pieniądze, prawa autorskie, testament i dziedzictwo… – to wszystko także dziś zajmuje ludzkie myśli i burzy rodziny – jakby ludzie nie mieli nic ważniejszego od majętności.
Jezus się broni. Odmawia rozwiązania tego drobiazgu. Nie chce być i nie będzie naszym adwokatem. Są rzeczy, które musimy sami rozwiązać. Podział dziedzictwa jest uwarunkowany ugodą albo ustanowionym prawem. Kto się pokłócił z bratem musi to rozwiązać albo osobiście, albo w sądzie. Ten człowiek przyszedł pod nieprawidłowy adres. Ale Jezus ostatecznie jednak mu pomoże. Jakkolwiek nie w sprawie spadku, ale w tym, aby przeanalizował swoje życie. Jezus nie da się wciągnąć do niekończących się sporów o dziedzictwa, ale dobrze rozumie problemy ludzi i umie nam pomóc.
Tyle, że inaczej, niż tego oczekujemy.
Problemem tego człowieka nie jest, że może być bogaty, ale że uparcie o to zabiega. Zyskanie i utrzymanie majątku stało się głównym sensem jego życia. Zamiast przyjść i zapytać Jezusa, co ma zrobić, aby otrzymać życie wieczne, pyta, jak może dostać swoją część. Co prawda przynajmniej jest szczery. My może umiemy udawać, że nie zależy nam wcale na majątku, ale jeśli chodzi o wypłatę, nagrodę lub podwyżkę, jeśli można kupić coś taniej, albo nawet dostać za darmo, zapominamy o całym Bożym świecie. Wszystko jest podporządkowane temu, co sobie kupimy albo zaoszczędzimy. To jest jak zaraza, która opanowuje człowieka i mało kto może się na nią uodpornić.
Ale Jezus mówi: Człowieku, kto mnie ustanowił sędzią? On nie chce nas sądzić, ani się nad nami wywyższać. Chce nas z tego błędu wyprowadzić. Swoim podobieństwem o bogaczu pokazuje nam marność takiego chciwego postępowania. Człowiek uparcie trzyma się swojej mocy i swojego majątku, bo tym stara się zamaskować strach przed śmiercią, z którą nie może dać sobie rady.
Ale strach nie jest dobrym doradcą. Wiedzie do egoizmu, obojętności, rozczarowania i pogardy. Opanowuje człowieka, który polega sam na sobie i nie widzi żadnej trwałej przyszłości przed sobą. Kiedy człowiek zapomni o Bożym powołaniu do życia wiecznego, które daje zupełnie inną perspektywę, albo je ignoruje, jego myślenie zaczyna się poruszać w błędnym kole. Przeczytane dziś podobieństwo Jezusa może nas z tego koła wyciągnąć.
Czytamy w tym podobieństwie, że był pewien bogaty człowiek, do którego uśmiechnęło się szczęście. Jego pole obrodziło jak nigdy przedtem i w pierwszej chwili nie wiedział co ma z tym nadmiarem począć. Nie miał go nawet gdzie złożyć. Wiedział, że taki urodzaj zdarza się raz na całe życie. Nie miał żadnych długów, powodziło mu się do tej pory w miarę dobrze. Ten nadzwyczajny dar od Boga, którego sam nie potrzebował, mógł spokojnie rozdać tym, który już tyle szczęścia nie mieli. Mógł się z nimi radować i przyjaźnić przez wiele dni. Ale bogacz wymyślił coś lepszego. Wolał raczej zburzyć swoje stodoły i postawić większe, tylko po to, by móc to wszystko zachować dla siebie. Kiedy policzył ile zgromadził stwierdził, że właściwie już nie musi przez kilka najbliższych lat w ogóle pracować. To go oczarowało. Wyobrażenie pełnych magazynów pozbawiło go wszelkich obaw o przyszłość. Stodoły zastąpiły mu Pana Boga, którego teraz już właściwie w ogóle nie potrzebował, bo przecież miał wszystko.
Czy nie zastanawia nas fakt, że bogacz postanowił zburzyć wszystkie stodoły? Czyż nie mógł sobie pozwolić na wybudowanie kolejnego, nie niszcząc pozostałych? Być może faktycznie nie miał miejsca, być może chciał zagospodarować również przestrzeń nad powierzchnią ziemi i wybudować nie tylko większe ale i wyższe spichlerze. Ale abstrahując od tych dociekań, Jezus chciał przez to również pokazać nam ludzki nawyk burzenia, wyprzedzający wszelkie chęci budowania kontaktów i stosunków międzyludzkich.
Może jest to przejaskrawiony obraz, ale nie zmienia to faktu, że również my tak czasem uważamy. Chcemy być samowystarczalni. Sami sobie wierzyć, sami siebie móc obronić i się zabezpieczyć. A jedyne, co nas z tego błędu może wyprowadzić, to świadomość naszej skończoności. Dopiero wizja śmierci burzy nam domek z kart i pomaga zacząć myśleć inaczej.
Przypomnijmy sobie jakiś wypadek samochodowy. Kierowca wpada do rowu, wjeżdża w drzewo tym samym niszcząc doszczętnie auto, ale sam wychodzi z tego bez szwanku. Jaka to jest wtedy ulga! Z jaką miłością i szczęściem wtedy mówimy: „nie martw się o samochód, przecież to tylko blacha. Najważniejsze, że tobie się nic nie stało!” Strata pieniężna może i jest wysoka, ale jest to wtedy drobiazg w porównaniu ze zdrowiem kierowcy.
A teraz wyobraźmy sobie jeszcze rozmowę dwóch osób, młodego i starszego, już doświadczonego wiekiem mężczyzny. Młodzieniec mówi: „wyuczę się zawodu”. Starszy człowiek zaś pyta: „A co potem?” „Potem rozwinę interes”. „A potem?” „Na pewno stanę się sławny”. „A potem?” „Zestarzeję się, pójdę na emeryturę i będę korzystać z pieniędzy, które nazbieram na koncie bankowym”. „A potem?” „No cóż, chyba pewnego dnia umrę”. „No a potem?” – usłyszał młody człowiek ostatnie już, niepokojące pytanie.
Żaden samochód, dom, dziedzictwo, żadna funkcja czy kariera nie mogą się mierzyć z tym najwyższym darem, który otrzymaliśmy od Boga – naszym własnym życiem i obietnicą wieczności. Życiem z przyszłością.
Zwróćmy jeszcze uwagę na 21. werset tekstu kazalnego. „Tak będzie z każdym, który skarby gromadzi dla siebie, a nie jest w Bogu bogaty.” Mowa tu jest o gromadzeniu skarbów, czyli o czynności, bowiem człowiek musi się ciężko napracować, by móc żyć dostatnie. Przeciwstawione jest to byciu bogatym u Boga. Byciu, co znaczy, że człowiek nie jest w stanie zapracować na Królestwo Boże. Życie wieczne jest darem od Boga.
Nie jest ważne, czy jesteśmy bogaci na ziemi. Ważne jest jaką cenę ma nasze życie w Bożych oczach. Pan Jezus nas uczy, że z perspektywy przyszłości, z punktu widzenia Bożego Królestwa najwyższy priorytet ma inwestowanie w stosunki międzyludzkie. To jest sensem wezwania: idź i rozdaj wszystko co masz. Nie chodzi o to, by pozbawić się bezsensownie majątku i o nic więcej się już nie troszczyć. Bóg dał nam życie, abyśmy żyli dla drugich. Nasi bliźni, to są właśnie te stodoły, do których mamy wkładać nasze plony. Wszystko inne rozpłynie się jak para nad garnkiem. Niechaj słowa Jezusa będą dla nas zachętą w tę Niedzielę Diakonii, do służby miłosierdzia, do której, poprzez wyznawaną wiarę jest zobowiązany każdy chrześcijanin.
Amen.
Zanim przejdziemy do omawiania dzisiejszego podobieństwa, przeanalizujmy sytuację, w jakiej zostało ono wypowiedziane. Na początku 12. rozdziału Ewangelii Łukasza możemy przeczytać o tym, jak Jezus mówi do wielkiego ludu, by się nie bać się poświęcić wierze swoje życie, by nie bać się złych ludzi – bo ci mogą ubliżyć tylko ciału. Mamy myśleć jedynie o Bogu, który rozstrzyga o całej naszej przyszłości. O życiu wiecznym, które Bóg obiecał tym, którzy pozostaną Mu wierni.
Mówi się, że w obliczu śmierci wszystko zmienia się nie do poznania. W zagrożeniu życia człowiek jest zdolny zaprzeć się sam siebie, swojego sumienia. Ale Jezus zna jeszcze wyższą wartość niż szacunek do siebie. Śmierci nie musi bać się ten, kto boi się Boga. A tą bojaźnią przed Bogiem nie jest paniczny strach, ale szacunek, respekt i oddanie względem Boga. Nie ma potrzeby bać się śmierci albo złych ludzi, skoro o naszej przyszłości decyduje jedynie Bóg!
Jezus mówi o tych ważnych tematach, ponieważ one także osobiście Jego dotyczą. Idzie do Jerozolimy naprzeciw własnemu cierpieniu i śmierci, przygotowuje więc na podobne sytuacje swoich uczniów, którzy także będą cierpieć prześladowanie.
Dziś za wiarę, dzięki Bogu, nie jesteśmy już prześladowani. Ale strach o życie nie minął. Nasi przyjaciele, a czasem i my sami jesteśmy zagrożeni chorobami nowotworowymi. Kiedy zasiadamy za kierownicą nigdy nie wiemy, czy wrócimy zdrowi. W każdej chwili może runąć nam wszystko, za co dotąd Bogu dziękowaliśmy. Ale i wtedy aktualne są słowa Jezusa: Nie bójcie się! Nie bójcie się chorób, wybuchów ani pijanych kierowców. Nie bójcie się o to, co może się wam stać. Bójcie się tylko Boga. Wasze życie nie jest w rękach złych ludzi ani okrutnych przygód – o waszym życiu i przyszłości rozstrzyga tylko Bóg. Jego się trzymajcie, bo wszystko inne minie.
Właśnie w środku tej mowy Jezusa przyszedł ktoś z tłumu, przerwał Jego nauczanie i powiedział: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, aby się ze mną podzielił dziedzictwem”. Ten człowiek w ogóle nie wie o czym jest mowa! Kiedy Jezus mówi o życiu i śmierci, o istocie i sensie życia, ten człowiek myśli tylko o pieniądzach! Jakie to płytkie i przyziemne. Ale jakie to jest jednocześnie ludzkie i normalne! Przecież to są rzeczywiście ludzkie problemy, właśnie nad takimi sprawami zamartwia się dusza. Nie wiecznością, ale majątkiem. Nie Bogiem, ale dziedzictwem. I nie zmieniło się to ani trochę przez te dwa tysiące lat. Posiadłość, pieniądze, prawa autorskie, testament i dziedzictwo… – to wszystko także dziś zajmuje ludzkie myśli i burzy rodziny – jakby ludzie nie mieli nic ważniejszego od majętności.
Jezus się broni. Odmawia rozwiązania tego drobiazgu. Nie chce być i nie będzie naszym adwokatem. Są rzeczy, które musimy sami rozwiązać. Podział dziedzictwa jest uwarunkowany ugodą albo ustanowionym prawem. Kto się pokłócił z bratem musi to rozwiązać albo osobiście, albo w sądzie. Ten człowiek przyszedł pod nieprawidłowy adres. Ale Jezus ostatecznie jednak mu pomoże. Jakkolwiek nie w sprawie spadku, ale w tym, aby przeanalizował swoje życie. Jezus nie da się wciągnąć do niekończących się sporów o dziedzictwa, ale dobrze rozumie problemy ludzi i umie nam pomóc.
Tyle, że inaczej, niż tego oczekujemy.
Problemem tego człowieka nie jest, że może być bogaty, ale że uparcie o to zabiega. Zyskanie i utrzymanie majątku stało się głównym sensem jego życia. Zamiast przyjść i zapytać Jezusa, co ma zrobić, aby otrzymać życie wieczne, pyta, jak może dostać swoją część. Co prawda przynajmniej jest szczery. My może umiemy udawać, że nie zależy nam wcale na majątku, ale jeśli chodzi o wypłatę, nagrodę lub podwyżkę, jeśli można kupić coś taniej, albo nawet dostać za darmo, zapominamy o całym Bożym świecie. Wszystko jest podporządkowane temu, co sobie kupimy albo zaoszczędzimy. To jest jak zaraza, która opanowuje człowieka i mało kto może się na nią uodpornić.
Ale Jezus mówi: Człowieku, kto mnie ustanowił sędzią? On nie chce nas sądzić, ani się nad nami wywyższać. Chce nas z tego błędu wyprowadzić. Swoim podobieństwem o bogaczu pokazuje nam marność takiego chciwego postępowania. Człowiek uparcie trzyma się swojej mocy i swojego majątku, bo tym stara się zamaskować strach przed śmiercią, z którą nie może dać sobie rady.
Ale strach nie jest dobrym doradcą. Wiedzie do egoizmu, obojętności, rozczarowania i pogardy. Opanowuje człowieka, który polega sam na sobie i nie widzi żadnej trwałej przyszłości przed sobą. Kiedy człowiek zapomni o Bożym powołaniu do życia wiecznego, które daje zupełnie inną perspektywę, albo je ignoruje, jego myślenie zaczyna się poruszać w błędnym kole. Przeczytane dziś podobieństwo Jezusa może nas z tego koła wyciągnąć.
Czytamy w tym podobieństwie, że był pewien bogaty człowiek, do którego uśmiechnęło się szczęście. Jego pole obrodziło jak nigdy przedtem i w pierwszej chwili nie wiedział co ma z tym nadmiarem począć. Nie miał go nawet gdzie złożyć. Wiedział, że taki urodzaj zdarza się raz na całe życie. Nie miał żadnych długów, powodziło mu się do tej pory w miarę dobrze. Ten nadzwyczajny dar od Boga, którego sam nie potrzebował, mógł spokojnie rozdać tym, który już tyle szczęścia nie mieli. Mógł się z nimi radować i przyjaźnić przez wiele dni. Ale bogacz wymyślił coś lepszego. Wolał raczej zburzyć swoje stodoły i postawić większe, tylko po to, by móc to wszystko zachować dla siebie. Kiedy policzył ile zgromadził stwierdził, że właściwie już nie musi przez kilka najbliższych lat w ogóle pracować. To go oczarowało. Wyobrażenie pełnych magazynów pozbawiło go wszelkich obaw o przyszłość. Stodoły zastąpiły mu Pana Boga, którego teraz już właściwie w ogóle nie potrzebował, bo przecież miał wszystko.
Czy nie zastanawia nas fakt, że bogacz postanowił zburzyć wszystkie stodoły? Czyż nie mógł sobie pozwolić na wybudowanie kolejnego, nie niszcząc pozostałych? Być może faktycznie nie miał miejsca, być może chciał zagospodarować również przestrzeń nad powierzchnią ziemi i wybudować nie tylko większe ale i wyższe spichlerze. Ale abstrahując od tych dociekań, Jezus chciał przez to również pokazać nam ludzki nawyk burzenia, wyprzedzający wszelkie chęci budowania kontaktów i stosunków międzyludzkich.
Może jest to przejaskrawiony obraz, ale nie zmienia to faktu, że również my tak czasem uważamy. Chcemy być samowystarczalni. Sami sobie wierzyć, sami siebie móc obronić i się zabezpieczyć. A jedyne, co nas z tego błędu może wyprowadzić, to świadomość naszej skończoności. Dopiero wizja śmierci burzy nam domek z kart i pomaga zacząć myśleć inaczej.
Przypomnijmy sobie jakiś wypadek samochodowy. Kierowca wpada do rowu, wjeżdża w drzewo tym samym niszcząc doszczętnie auto, ale sam wychodzi z tego bez szwanku. Jaka to jest wtedy ulga! Z jaką miłością i szczęściem wtedy mówimy: „nie martw się o samochód, przecież to tylko blacha. Najważniejsze, że tobie się nic nie stało!” Strata pieniężna może i jest wysoka, ale jest to wtedy drobiazg w porównaniu ze zdrowiem kierowcy.
A teraz wyobraźmy sobie jeszcze rozmowę dwóch osób, młodego i starszego, już doświadczonego wiekiem mężczyzny. Młodzieniec mówi: „wyuczę się zawodu”. Starszy człowiek zaś pyta: „A co potem?” „Potem rozwinę interes”. „A potem?” „Na pewno stanę się sławny”. „A potem?” „Zestarzeję się, pójdę na emeryturę i będę korzystać z pieniędzy, które nazbieram na koncie bankowym”. „A potem?” „No cóż, chyba pewnego dnia umrę”. „No a potem?” – usłyszał młody człowiek ostatnie już, niepokojące pytanie.
Żaden samochód, dom, dziedzictwo, żadna funkcja czy kariera nie mogą się mierzyć z tym najwyższym darem, który otrzymaliśmy od Boga – naszym własnym życiem i obietnicą wieczności. Życiem z przyszłością.
Zwróćmy jeszcze uwagę na 21. werset tekstu kazalnego. „Tak będzie z każdym, który skarby gromadzi dla siebie, a nie jest w Bogu bogaty.” Mowa tu jest o gromadzeniu skarbów, czyli o czynności, bowiem człowiek musi się ciężko napracować, by móc żyć dostatnie. Przeciwstawione jest to byciu bogatym u Boga. Byciu, co znaczy, że człowiek nie jest w stanie zapracować na Królestwo Boże. Życie wieczne jest darem od Boga.
Nie jest ważne, czy jesteśmy bogaci na ziemi. Ważne jest jaką cenę ma nasze życie w Bożych oczach. Pan Jezus nas uczy, że z perspektywy przyszłości, z punktu widzenia Bożego Królestwa najwyższy priorytet ma inwestowanie w stosunki międzyludzkie. To jest sensem wezwania: idź i rozdaj wszystko co masz. Nie chodzi o to, by pozbawić się bezsensownie majątku i o nic więcej się już nie troszczyć. Bóg dał nam życie, abyśmy żyli dla drugich. Nasi bliźni, to są właśnie te stodoły, do których mamy wkładać nasze plony. Wszystko inne rozpłynie się jak para nad garnkiem. Niechaj słowa Jezusa będą dla nas zachętą w tę Niedzielę Diakonii, do służby miłosierdzia, do której, poprzez wyznawaną wiarę jest zobowiązany każdy chrześcijanin.
Amen.
2007/07/01
Recepta na dobre relacje międzyludzkie (Gal 6,2)
Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy. Galacjan 6,2
W całym liście do Galacjan apostoł Paweł mówi o Zakonie, według którego Żydzi mieli postępować. Dekalog jest w dużej mierze "przykazanym" savoir vivre, czyli "jak ludzie mają postępować w relacji z innymi ludźmi". Następnie Paweł mówi o usynowieniu ludzi przez Boga. Jako chrześcijanie mamy pozostawać w dobrych kontaktach z innymi ludźmi, mamy prawo do wolności... o ile nie ograniczamy wolności innych. Końcówka tego listu także nas nie rozczarowuje i również mówi o relacjach z innymi ludźmi, które mają być kierowane przez miłość.
Jako wolontariusze podczas półkolonii letnich w ubiegłym roku śpiewaliśmy razem z dziećmi fragment 5 rozdziału listu do Galacjan, który przed chwilą także i tu zaśpiewaliśmy. Przypomnę: "owocem Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć wierność, łagodność, wstrzemięźliwość". To wszystko to wspaniała recepta na wspaniałe relacje międzyludzkie. Ale o receptach będzie jeszcze dziś mowa. Najpierw skupmy się na haśle rozpoczynającego się dziś tygodnia, które jest także dzisiejszą podstawą rozważania: Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy.
O co Pawłowi chodzi? Mamy nosić brzemiona innych ludzi, nawet jeśli nierzadko mamy już dość naszych własnych?! A może jednak o coś innego...? Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy zajmujemy się problemami innych osób, nie w sensie "wchodzenia im w paradę", ale w sensie pomagania, troszczenia się o nich, to wtedy nasze problemy stają się coraz mniejsze, i mniejsze… i już nie dają wrażenia, jakoby nas przerastały. Może Paweł właśnie to miał na myśli? Pomagać sobie nawzajem, przebaczać... A także utrzymywać dobre relacje z innymi. Bo kiedy one będą właściwe, będziemy się cieszyć Bożym błogosławieństwem, zarówno w życiu, jak i w naszej służbie.
Wysłuchajmy pewnego świadectwa, które pokaże nam, że w budowaniu właściwych relacji z innymi, należy zacząć od siebie:
Niegdyś wszystkich oceniałam
faryzeuszem byłam
aż dnia pewnego doznałam szoku
bo siebie zobaczyłam.
Biblia me błędy pokazała
nikt nie usprawiedliwił
ona jak lustro – kłamać nie mogła
a ja nie miałam alibi.
Teraz gdy tylko mam ochotę
osądzić kogoś innego
zaraz udaję się przed to lustro
by spojrzeć na siebie samego.
Jest to wspaniała rzecz w istocie
by innych nie krytykować
przyglądam się sobie samemu
- Ty możesz też spróbować.
Aby zacząć od siebie, ja i ty musimy sięgnąć po takie właśnie lustro, po Pismo Święte. I tak na przykład pod pieśnią nr 556 w śpiewnikach, którą będziemy śpiewać na zakończenie tego nabożeństwa, kryje się Psalm 133,1. "O jak to dobrze i miło, gdy bracia w zgodzie żyją…". Zgoda i jedność. To nie pojawia się automatycznie. Wymaga pracy i zaangażowania. Nie mam tu na myśli jednorodności, czy też jednomyślności w KAŻDEJ sprawie. To przecież jest niemożliwe. Jest czymś pożytecznym patrzeć na tę samą sprawę z różnych punktów widzenia. Ale jak dalej czytamy w tym Psalmie, Bóg błogosławi tę rodzinę, ten zbór czy organizację, które charakteryzują się jednością, a nie kłótliwością, zazdrością...
Największą w tym przeszkodą jest nasz język. Ma on zaledwie kilkanaście centymetrów długości, przeważnie go nie widać, a jednak to nim można budować lub niszczyć więzi międzyludzkie. Ze wszystkich Bożych stworzeń człowiek jest jedynym obdarzonym umiejętnością mówienia. Psy szczekają, krowy muczą, konie rżą, ale żadne z nich nie potrafi mówić. Dar mowy jest wspaniały, ale powinniśmy nieustannie pamiętać, jak właściwie używać języka. Tym bardziej, że, jak twierdzą specjaliści, przeciętny człowiek wypowiada 30.000 słów dziennie a ktoś obliczył nawet, że średnio 13 lat życia poświęcamy na mówienie.
Słowa, które wypowiadamy mogą być "listonoszami" błogosławieństwa, przynosząc pocieszenie, zachętę, radość i wsparcie, ale także mogą być siłą destrukcyjną. Przykładem może być dzisiejsza lekcja starotestamentowa. Bracia Józefa chcieli zabić go z zazdrości, wypowiadali przy tym wiele niemiłych słów. Ten jednak po latach cierpienia, które doznał przez nich, potrafił powiedzieć słowa, które mogą być dla nas wskazówką, jak możemy postąpić w podobnych sytuacjach: "Wy wprawdzie knuliście zło przeciwko mnie, ale Bóg obrócił to w dobro, chcąc uczynić to, co się dziś dzieje: zachować przy życiu liczny lud. Nie bójcie się więc. Ja będę utrzymywał was i dzieci wasze. Tak pocieszał ich i przyjaźnie z nimi rozmawiał" (I Mj 50, 20-21). To jest dokładne zastosowanie dzisiejszego tekstu: "Jedni drugich brzemiona noście."
Zapewne znamy dużo wersetów, które traktują o mówieniu (np. Nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi, to kala człowieka, Mat. 15,11), ale chyba zdarza się i tak mnie, jak i tobie, ze zapominamy o tym, iż mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta… To, co słyszymy, jest dwa razy ważniejsze od tego, co mówimy. Pan każe nam zważać na słowa, które wypowiadamy do innych, jest nam nawet polecone "być nieskorym do mówienia", a to z tego względu, że często mówimy bez potrzebnego zastanowienia.
Łagodność i taktowność... to bardzo pomocne cechy w budowaniu więzi. Pewien sprzedawca obuwia powiedział swojej klientce: "Bardzo mi przykro, ale pani stopa jest za wielka, aby zmieścić się do tego buta". Inny sprzedawca natomiast w podobnej sytuacji powiedział: "Bardzo mi przykro, ale ten but jest za mały na pani nogę". Obydwaj mieli rację, ale tylko jeden z nich był taktowny.
Pewna wymyślona, zresztą całkiem zabawna, modlitwa brzmi następująco:
Drogi Ojcze Niebiański
Jak na razie idzie mi dziś całkiem nieźle. Nie plotkowałem. Nie straciłem panowania nad sobą. Nie byłem chciwy, zrzędliwy, niemiły, samolubny ani zachłanny. Nie byłem też niegrzeczny ani nietaktowny. Nie mówiłem bez zastanowienia i nie wypowiedziałem nic, czego nie powinienem był powiedzieć. Za wszystko to jestem Ci bardzo wdzięczny, ale za kilka minut, Ojcze, będę musiał wstać z łóżka, a wtedy będę potrzebował o wiele więcej pomocy.
Amen.
Wszyscy znamy przykazanie: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. I najprawdopodobniej zdajemy sobie sprawę z tego, że przesadzanie, "ubarwianie" historii, jest w rzeczywistości formą kłamstwa. Wypływa z chęci zrobienia wrażenia na innych przez wzbudzenie zaskoczenia, zainteresowania, a być może także z chęci manipulacji. Efekty takiego postępowania są być może nie od razu widoczne, ale zawsze wypłyną na wierzch w postaci braku zaufania, podejrzliwości.. (O plotkowaniu już wspominać nie będę). Tak zachowujemy się my wszyscy. Nie da się oczekiwać od wszystkich dookoła "ideału", podczas gdy sami nimi nie jesteśmy. Napominać kogoś, podczas gdy mamy problem z samodyscypliną. Dlatego pomocą nam może być: "Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy"… Gdy ktoś nas skrzywdzi, na przykład mową, nie stawajmy "okoniem". Nie dajmy się ponieść emocjom i nie rzucajmy kamieniami. Bo jest Ktoś, kto mówi także DO NAS, tak jak do tej cudzołożnicy: "I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz."
Ale jak w tym całym zamieszaniu "wolno – nie wolno" kierować mamy swoim językiem?
W liście Jakuba 3,8 czytamy: "nikt z ludzi nie może ujarzmić języka". Kto zatem może to uczynić? Po odpowiedź sięgamy do Psalmu 141,3: "Panie, postaw straż przed ustami moimi, pilnuj drzwi warg moich". Król Dawid, jak czytamy, zdawał sobie sprawę z tego, że tylko Bóg ma moc, by opanować jego język, tak samo jak hamulec ma moc, by zatrzymać rozpędzony samochód. Ale ten hamulec sam z siebie go nie zatrzyma. Nasza stopa ma pewną rolę do odegrania. Podczas gdy Bóg zapewnia moc do opanowania języka, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, by myśleć, czekać, modlić się, zamykać usta i szczerze pragnąć Bożej pomocy.
Gdy tracę panowanie, to także rozum tracę
Na tym, co wtedy powiem, nigdy się nie bogacę.
Gdy w złości wielkiej krzyczę i słów swych nie pilnuję
To zawsze coś się wymknie, czego później żałuję.
Nigdy jeszcze w gniewie nic dobrego się nie stało
Wiele zaś różnych rzeczy przeprosin wymagało.
Gdy patrzę na swe życie wstecz – na zysk i to, com straciła
To nigdy jeszcze – ani razu – ma złość się nie opłaciła.
Próbuję więc cierpliwą być, bo już się nauczyłam,
Że we wściekłości jeszcze nic mądrego nie zrobiłam.
Zwróćmy jeszcze naszą uwagę na poczucie humoru. Pomaga ono rozładować niejedno napięcie i spojrzeć na życie z pozytywnej perspektywy. "Wesołe serce jest najlepszym lekarstwem" mówi Salomon (Przyp. Sal. 17,22). Jednak zdarza się nam nie dbać o to z czego żartujemy i jak się odnosimy do bliźniego, szczególnie jeśli mamy "specyficzne" poczucie humoru. Nasi bliźni bywają bardzo wrażliwi i możemy zranić ich nawet wtedy, gdy udają, że się śmieją razem z nami. Sarkazm, dwuznaczność i niestosowność… to nie charakter sług Pańskich.
Te rady są przede wszystkim trudne do urzeczywistnienia dla młodzieży, która teraz jeszcze swemu szaleństwu daje upust, jako że później już nie będzie mogła za bardzo jak… Mnie jest bardzo trudno o tym mówić z tego miejsca, bo przecież należę do młodego pokolenia. Ale właśnie dlatego, że także młodzi ludzie są obecni na nabożeństwie dobrze jest podkreślać te kwestie. My chcemy się uczyć, jak mamy postępować, od starszych od nas, bardziej doświadczonych ludzi. Od was, drogie siostry i drodzy bracia.
Wysłuchajmy jeszcze recepty na dobre relacje międzyludzkie, którą zapowiedziałam na początku rozważania.
Przepis na dobre relacje międzyludzkie
Składniki:
4 szklanki zdrowej doktryny biblijnej
2 szklanki miłości
1 szklanka szczerości
1 szklanka dobrych chęci
3 łyżki zrozumienia
3 łyżki przyjaźni
3 łyżki determinacji
2 szklanki śmiechu
Zdrową doktrynę i miłość wlej do naczynia ze szczerością. Wymieszaj z dobrymi chęciami i zrozumieniem, następnie dodaj przyjaźń. Energicznie ugniataj dodając determinację. Wstaw do piekarnika i poczekaj aż wyrośnie. Po wyjęciu obficie polej śmiechem. Podawaj wielkie porcje na gorąco.
Pilnuj ust mych, drogi Boże
niech słowo przejść przez nie nie może
które przemyśleć chciałam
a szansy na to nie miałam.
Nie pozwól, kochany Panie
na ani jedno zdanie
co mówić nie przystoi
temu, kto się Ciebie boi.
Słowa zdrady, pełne złości
zamiast prawdziwej miłości
butne, pyszne i kłótliwe
pełne plotek, nieprawdziwe.
Nade wszystko jednak, Panie
takie jest moje błaganie:
chciałabym by słowa znikały
co nie dają Tobie chwały.
Spraw, bym mogła nosić
i nosiła brzemiona moich bliźnich...
W całym liście do Galacjan apostoł Paweł mówi o Zakonie, według którego Żydzi mieli postępować. Dekalog jest w dużej mierze "przykazanym" savoir vivre, czyli "jak ludzie mają postępować w relacji z innymi ludźmi". Następnie Paweł mówi o usynowieniu ludzi przez Boga. Jako chrześcijanie mamy pozostawać w dobrych kontaktach z innymi ludźmi, mamy prawo do wolności... o ile nie ograniczamy wolności innych. Końcówka tego listu także nas nie rozczarowuje i również mówi o relacjach z innymi ludźmi, które mają być kierowane przez miłość.
Jako wolontariusze podczas półkolonii letnich w ubiegłym roku śpiewaliśmy razem z dziećmi fragment 5 rozdziału listu do Galacjan, który przed chwilą także i tu zaśpiewaliśmy. Przypomnę: "owocem Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć wierność, łagodność, wstrzemięźliwość". To wszystko to wspaniała recepta na wspaniałe relacje międzyludzkie. Ale o receptach będzie jeszcze dziś mowa. Najpierw skupmy się na haśle rozpoczynającego się dziś tygodnia, które jest także dzisiejszą podstawą rozważania: Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy.
O co Pawłowi chodzi? Mamy nosić brzemiona innych ludzi, nawet jeśli nierzadko mamy już dość naszych własnych?! A może jednak o coś innego...? Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy zajmujemy się problemami innych osób, nie w sensie "wchodzenia im w paradę", ale w sensie pomagania, troszczenia się o nich, to wtedy nasze problemy stają się coraz mniejsze, i mniejsze… i już nie dają wrażenia, jakoby nas przerastały. Może Paweł właśnie to miał na myśli? Pomagać sobie nawzajem, przebaczać... A także utrzymywać dobre relacje z innymi. Bo kiedy one będą właściwe, będziemy się cieszyć Bożym błogosławieństwem, zarówno w życiu, jak i w naszej służbie.
Wysłuchajmy pewnego świadectwa, które pokaże nam, że w budowaniu właściwych relacji z innymi, należy zacząć od siebie:
Niegdyś wszystkich oceniałam
faryzeuszem byłam
aż dnia pewnego doznałam szoku
bo siebie zobaczyłam.
Biblia me błędy pokazała
nikt nie usprawiedliwił
ona jak lustro – kłamać nie mogła
a ja nie miałam alibi.
Teraz gdy tylko mam ochotę
osądzić kogoś innego
zaraz udaję się przed to lustro
by spojrzeć na siebie samego.
Jest to wspaniała rzecz w istocie
by innych nie krytykować
przyglądam się sobie samemu
- Ty możesz też spróbować.
Aby zacząć od siebie, ja i ty musimy sięgnąć po takie właśnie lustro, po Pismo Święte. I tak na przykład pod pieśnią nr 556 w śpiewnikach, którą będziemy śpiewać na zakończenie tego nabożeństwa, kryje się Psalm 133,1. "O jak to dobrze i miło, gdy bracia w zgodzie żyją…". Zgoda i jedność. To nie pojawia się automatycznie. Wymaga pracy i zaangażowania. Nie mam tu na myśli jednorodności, czy też jednomyślności w KAŻDEJ sprawie. To przecież jest niemożliwe. Jest czymś pożytecznym patrzeć na tę samą sprawę z różnych punktów widzenia. Ale jak dalej czytamy w tym Psalmie, Bóg błogosławi tę rodzinę, ten zbór czy organizację, które charakteryzują się jednością, a nie kłótliwością, zazdrością...
Największą w tym przeszkodą jest nasz język. Ma on zaledwie kilkanaście centymetrów długości, przeważnie go nie widać, a jednak to nim można budować lub niszczyć więzi międzyludzkie. Ze wszystkich Bożych stworzeń człowiek jest jedynym obdarzonym umiejętnością mówienia. Psy szczekają, krowy muczą, konie rżą, ale żadne z nich nie potrafi mówić. Dar mowy jest wspaniały, ale powinniśmy nieustannie pamiętać, jak właściwie używać języka. Tym bardziej, że, jak twierdzą specjaliści, przeciętny człowiek wypowiada 30.000 słów dziennie a ktoś obliczył nawet, że średnio 13 lat życia poświęcamy na mówienie.
Słowa, które wypowiadamy mogą być "listonoszami" błogosławieństwa, przynosząc pocieszenie, zachętę, radość i wsparcie, ale także mogą być siłą destrukcyjną. Przykładem może być dzisiejsza lekcja starotestamentowa. Bracia Józefa chcieli zabić go z zazdrości, wypowiadali przy tym wiele niemiłych słów. Ten jednak po latach cierpienia, które doznał przez nich, potrafił powiedzieć słowa, które mogą być dla nas wskazówką, jak możemy postąpić w podobnych sytuacjach: "Wy wprawdzie knuliście zło przeciwko mnie, ale Bóg obrócił to w dobro, chcąc uczynić to, co się dziś dzieje: zachować przy życiu liczny lud. Nie bójcie się więc. Ja będę utrzymywał was i dzieci wasze. Tak pocieszał ich i przyjaźnie z nimi rozmawiał" (I Mj 50, 20-21). To jest dokładne zastosowanie dzisiejszego tekstu: "Jedni drugich brzemiona noście."
Zapewne znamy dużo wersetów, które traktują o mówieniu (np. Nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi, to kala człowieka, Mat. 15,11), ale chyba zdarza się i tak mnie, jak i tobie, ze zapominamy o tym, iż mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta… To, co słyszymy, jest dwa razy ważniejsze od tego, co mówimy. Pan każe nam zważać na słowa, które wypowiadamy do innych, jest nam nawet polecone "być nieskorym do mówienia", a to z tego względu, że często mówimy bez potrzebnego zastanowienia.
Łagodność i taktowność... to bardzo pomocne cechy w budowaniu więzi. Pewien sprzedawca obuwia powiedział swojej klientce: "Bardzo mi przykro, ale pani stopa jest za wielka, aby zmieścić się do tego buta". Inny sprzedawca natomiast w podobnej sytuacji powiedział: "Bardzo mi przykro, ale ten but jest za mały na pani nogę". Obydwaj mieli rację, ale tylko jeden z nich był taktowny.
Pewna wymyślona, zresztą całkiem zabawna, modlitwa brzmi następująco:
Drogi Ojcze Niebiański
Jak na razie idzie mi dziś całkiem nieźle. Nie plotkowałem. Nie straciłem panowania nad sobą. Nie byłem chciwy, zrzędliwy, niemiły, samolubny ani zachłanny. Nie byłem też niegrzeczny ani nietaktowny. Nie mówiłem bez zastanowienia i nie wypowiedziałem nic, czego nie powinienem był powiedzieć. Za wszystko to jestem Ci bardzo wdzięczny, ale za kilka minut, Ojcze, będę musiał wstać z łóżka, a wtedy będę potrzebował o wiele więcej pomocy.
Amen.
Wszyscy znamy przykazanie: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. I najprawdopodobniej zdajemy sobie sprawę z tego, że przesadzanie, "ubarwianie" historii, jest w rzeczywistości formą kłamstwa. Wypływa z chęci zrobienia wrażenia na innych przez wzbudzenie zaskoczenia, zainteresowania, a być może także z chęci manipulacji. Efekty takiego postępowania są być może nie od razu widoczne, ale zawsze wypłyną na wierzch w postaci braku zaufania, podejrzliwości.. (O plotkowaniu już wspominać nie będę). Tak zachowujemy się my wszyscy. Nie da się oczekiwać od wszystkich dookoła "ideału", podczas gdy sami nimi nie jesteśmy. Napominać kogoś, podczas gdy mamy problem z samodyscypliną. Dlatego pomocą nam może być: "Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy"… Gdy ktoś nas skrzywdzi, na przykład mową, nie stawajmy "okoniem". Nie dajmy się ponieść emocjom i nie rzucajmy kamieniami. Bo jest Ktoś, kto mówi także DO NAS, tak jak do tej cudzołożnicy: "I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz."
Ale jak w tym całym zamieszaniu "wolno – nie wolno" kierować mamy swoim językiem?
W liście Jakuba 3,8 czytamy: "nikt z ludzi nie może ujarzmić języka". Kto zatem może to uczynić? Po odpowiedź sięgamy do Psalmu 141,3: "Panie, postaw straż przed ustami moimi, pilnuj drzwi warg moich". Król Dawid, jak czytamy, zdawał sobie sprawę z tego, że tylko Bóg ma moc, by opanować jego język, tak samo jak hamulec ma moc, by zatrzymać rozpędzony samochód. Ale ten hamulec sam z siebie go nie zatrzyma. Nasza stopa ma pewną rolę do odegrania. Podczas gdy Bóg zapewnia moc do opanowania języka, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, by myśleć, czekać, modlić się, zamykać usta i szczerze pragnąć Bożej pomocy.
Gdy tracę panowanie, to także rozum tracę
Na tym, co wtedy powiem, nigdy się nie bogacę.
Gdy w złości wielkiej krzyczę i słów swych nie pilnuję
To zawsze coś się wymknie, czego później żałuję.
Nigdy jeszcze w gniewie nic dobrego się nie stało
Wiele zaś różnych rzeczy przeprosin wymagało.
Gdy patrzę na swe życie wstecz – na zysk i to, com straciła
To nigdy jeszcze – ani razu – ma złość się nie opłaciła.
Próbuję więc cierpliwą być, bo już się nauczyłam,
Że we wściekłości jeszcze nic mądrego nie zrobiłam.
Zwróćmy jeszcze naszą uwagę na poczucie humoru. Pomaga ono rozładować niejedno napięcie i spojrzeć na życie z pozytywnej perspektywy. "Wesołe serce jest najlepszym lekarstwem" mówi Salomon (Przyp. Sal. 17,22). Jednak zdarza się nam nie dbać o to z czego żartujemy i jak się odnosimy do bliźniego, szczególnie jeśli mamy "specyficzne" poczucie humoru. Nasi bliźni bywają bardzo wrażliwi i możemy zranić ich nawet wtedy, gdy udają, że się śmieją razem z nami. Sarkazm, dwuznaczność i niestosowność… to nie charakter sług Pańskich.
Te rady są przede wszystkim trudne do urzeczywistnienia dla młodzieży, która teraz jeszcze swemu szaleństwu daje upust, jako że później już nie będzie mogła za bardzo jak… Mnie jest bardzo trudno o tym mówić z tego miejsca, bo przecież należę do młodego pokolenia. Ale właśnie dlatego, że także młodzi ludzie są obecni na nabożeństwie dobrze jest podkreślać te kwestie. My chcemy się uczyć, jak mamy postępować, od starszych od nas, bardziej doświadczonych ludzi. Od was, drogie siostry i drodzy bracia.
Wysłuchajmy jeszcze recepty na dobre relacje międzyludzkie, którą zapowiedziałam na początku rozważania.
Przepis na dobre relacje międzyludzkie
Składniki:
4 szklanki zdrowej doktryny biblijnej
2 szklanki miłości
1 szklanka szczerości
1 szklanka dobrych chęci
3 łyżki zrozumienia
3 łyżki przyjaźni
3 łyżki determinacji
2 szklanki śmiechu
Zdrową doktrynę i miłość wlej do naczynia ze szczerością. Wymieszaj z dobrymi chęciami i zrozumieniem, następnie dodaj przyjaźń. Energicznie ugniataj dodając determinację. Wstaw do piekarnika i poczekaj aż wyrośnie. Po wyjęciu obficie polej śmiechem. Podawaj wielkie porcje na gorąco.
Pilnuj ust mych, drogi Boże
niech słowo przejść przez nie nie może
które przemyśleć chciałam
a szansy na to nie miałam.
Nie pozwól, kochany Panie
na ani jedno zdanie
co mówić nie przystoi
temu, kto się Ciebie boi.
Słowa zdrady, pełne złości
zamiast prawdziwej miłości
butne, pyszne i kłótliwe
pełne plotek, nieprawdziwe.
Nade wszystko jednak, Panie
takie jest moje błaganie:
chciałabym by słowa znikały
co nie dają Tobie chwały.
Spraw, bym mogła nosić
i nosiła brzemiona moich bliźnich...
2007/05/06
Przed i po (Gal 3,19–29)
Gal 3, 19–29
Czy kiedykolwiek widzieliście reklamy w stylu „przed i po”? Ukazują one najpierw zdjęcie osoby przed użyciem produktu reklamowego, na których nie wygląda zbyt ładnie. W zależności od tego, co dany produkt reklamuje, osoba jest otyła, łysa, udręczona albo po prostu nieszczęśliwa. Ale potem widzimy zdjęcie osoby już po użyciu produktu. Cudowna zmiana miała miejsce! Cokolwiek jej dolegało, teraz zniknęło bez śladu.
Apostoł Paweł czyni coś podobnego dla nas w Liście do Galacjan 3,19–29. Kreśli słowny obraz „przed i po”. Ukazuje, jakie było życie pod Zakonem i jakie jest życie teraz, kiedy jesteśmy w Chrystusie.
Życie pod Zakonem
Istnieje tendencja u chrześcijan, aby patrzeć na Zakon jako na coś, co było złe. Ale jest to nadinterpretacja funkcji, którą miał i jak się za chwilę okaże, nadal ma Zakon. Zwróćmy uwagę na następujące fragmenty Pisma Świętego:
O, jakże miłuję Zakon Twój, przez cały dzień rozmyślam o nim (Psalm 119,97). Pokój pełny mają ci, którzy kochają Twój Zakon, na niczym się nie potkną (Psalm 119,165), natomiast w Nowym Testamencie czytamy: Wiemy zaś, że zakon jest dobry, jeżeli ktoś robi z niego właściwy użytek (I Tym. 1,8). Żydzi uważali Prawo za cudowną rzecz. To ukazuje prawdziwą intencję Boga. Paweł przedstawia trzy funkcje Zakonu:
Po pierwsze - Prawo zostało dane z powodu przestępstw.
Czymże więc jest zakon? Został on dodany z powodu przestępstw, aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica; a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika. Pośrednika zaś nie ma tam, gdzie chodzi o jednego, a Bóg jest jeden. (Gal. 3,19–20).
Zakon zastał dany, bo był kłopot z grzechem. Ale co było pierwsze, grzech czy Zakon? List do Rzymian 5,13 mówi: Albowiem już przed Zakonem grzech był na świecie, ale grzechu się nie liczy, gdy Zakonu nie ma. Został dany, ponieważ miał nauczyć ludzi różnicy między tym co jest dobre, a tym co jest złe. Miał ukazać jak powinno się postępować z własnym życiem.
Żeby to lepiej zrozumieć posłużmy się przykładem. Jest pewne prawo w regulaminie studenckim pewnego uniwersytetu, które zakazuje puszczania latawców z dachu akademika. Z pozoru prawo to wydaje się śmieszne, ale zostało ustanowione, ponieważ gdyby ktoś próbował to zrobić, kto wie jakby się to zakończyło? Prawo to ma zapobiegać wypadkom, które mogłyby mieć negatywne skutki. Zakon został dany z tego samego powodu.
Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki został on przekazany:
– a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika (Gal. 3,19). Podstawą do opowiadań o przekazywaniu Tory przez aniołów stały się najprawdopodobniej nadzwyczajne zjawiska, towarzyszące nadaniu Prawa na Synaju. Być może jednak w późniejszych czasach rabini nie wierzyli, że święty i wielki Bóg mógł osobiście zajmować się człowiekiem, stąd nauczali, że Zakon najpierw został dany aniołom.
– a został on dany aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica (Gal. 3,19)
Prawo zostało dane na okres tymczasowy. Zostało dane do czasu, aż przyjdzie coś lepszego, jeszcze wspanialszego. Zamiast działać stale, było raczej czymś prowizorycznym. Miało funkcjonować tak długo, dopóki obietnica się nie wypełni.
Samochód, którym czasami jeżdżę, ma zapasową oponę. Ale nie jest ona tak gruba, albo tak wytrzymała, jak pozostałe cztery opony. Jest stworzona tylko do tego, by po złapaniu gumy i wymianie na nią, dowieźć mnie do miejsca, w którym mogłabym zamienić ją już na normalną, wytrzymałą. Zakon jest bardzo podobny do tej zapasowej opony. Jest stworzony do tego, by zaprowadzić nas tam, gdzie mamy się znaleźć i gdzie możemy otrzymać coś lepszego.
Wobec tego, Prawo przychodzi do ludzi jakby z „trzeciej ręki” (Bóg – aniołowie – Mojżesz – lud). Jednak obietnica, pochodzi bezpośrednio od Boga. W dzisiejszej lekcji starotestamentowej czytaliśmy, jak Bóg swą obecnością poprzez dymiący piec i płonące pochodnie, przesuwał się między połaciami poświęconych zwierząt, aby ratyfikować przymierze z Abrahamem.
Po drugie – Prawo zostało dane, aby zamknąć wszystkich pod grzechem.
Czy więc zakon jest przeciw obietnicom Bożym? Bynajmniej! Gdyby bowiem został nadany zakon, który może ożywić, usprawiedliwienie byłoby istotnie z zakonu. Lecz Pismo głosi, że wszystko poddane jest grzechowi, aby to, co było obiecane, dane było na podstawie wiary w Jezusa Chrystusa tym, którzy wierzą. (Gal. 3,21–22)
Fakt, że Zakon został dany na okres pomiędzy zawarciem obietnicy a jej spełnieniem, sprowadza nas do ważnego pytania: czy Prawo stoi w sprzeczności z obietnicą Boga? Czy jest oponentem obietnicy zbawienia? Wręcz przeciwnie, mówi Pismo! To nie jest zagrywka dualistyczna: skoro jedno jest dobre, to drugie musi być złe. Prawdą jest natomiast, że Zakon nie został stworzony do tych samych celów, do których stworzona została obietnica. Nie mówimy przecież, że młotek jest zły, czy niesprawny tylko dlatego, że nie umie przepiłować drewna. Albo że drewno jest złe, bo nie może wbijać gwoździe. Mówiąc podobnie, Prawo nie zostało stworzone do tego, by dać życie, ożywić, więc nie dziwmy się że tego czynić nie może.
Jednak Zakon został stworzony po to, by zamknąć, dosłownie „uwięzić” wszystko pod grzechem, aby obietnica wiary Jezusa została dana tym, którzy wierzą. (W tekście greckim mowa jest o wierze Jezusa, a nie o wierze w Jezusa).
Prawo jest jak lustro, ukazuje gdzie człowiek jest brudny. Lustro nie oczyszcza z tego brudu. Ono nie jest stworzone do tego zadania, ale to nie zmienia faktu, że oczyszczenie jest koniecznie. To prowadzi Pawła do trzeciego punktu:
Prawo zostało dane, aby przyprowadzić nas do Chrystusa.
Zanim zaś przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą Zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak więc Zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. (Gal. 3,23–25)
Mamy tu do czynienia z metaforą, zapożyczoną ze świata helleńskiego. Przewodnikiem, z greckiego: pedagogiem w ówczesnych czasach był przeważnie niewolnik, którego obowiązkiem było odprowadzać chłopca do szkoły i z powrotem do domu oraz czuwać nad jego ogólnym postępowaniem. Zatem jego głównym zadaniem nie było uczenie, a trzymanie w dyscyplinie. Paweł nawiązuje do tego obrazu i mówi, że Prawo jest jak pedagog, niańka, jak opiekunka prowadząca dziecko do szkoły, czuwająca nad jego wychowaniem. Fakt, że nie jesteśmy już pod pedagogiem nie znaczy, że nic nas już nie zobowiązuje, że możemy być bezkarni.
Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się na statku przemierzającym Atlantyk. Nagle ogromny wstrząs i huk przerywa ciszę. Odzywa się alarm i okazuje się, że statek uderzył w górę lodową a teraz woda zalewa pokład. Na pewno zatonie. Ludzie wokół wpadają w panikę, kiedy statek zaczyna przechylać się na bok. Ale my wtedy zauważamy duży metalowy znak z napisem „koło ratunkowe” oraz strzałką wskazującą na dużą skrzynię. Bez wahania zdejmujemy ciężki metalowy znak, przykładamy go do piersi, trzymając się go kurczowo i wskakujemy do wody. Jaki jest rezultat? Opadamy na dno oceanu, toniemy. Dlaczego? Co poszło nie tak? Pomieszaliśmy znak z tym, na co ten znak wskazywał.
Judaizujący robili dokładnie to samo. Trzymali się kurczowo Zakonu zamiast Tego, na którego on wskazywał. I rezultat był rujnujący.
Powodem, dla którego dorosły człowiek nie potrzebuje już takiej opiekunki, nie jest wyłącznie to, że już dorósł, ale także to, że w jego wychowaniu chodziło o to, by kiedyś takiej niańki przestał potrzebować. Prawo było taką naszą opiekunką do dziecka, ale teraz, ponieważ już dorośliśmy, żyjemy w sposób, który nie wymaga już niańki.
Życie w świetle wolności
Zwróćmy uwagę na pewną zmianę gramatyczną w 26. wersecie - zmianę osoby. Do tego momentu Paweł mówił w pierwszej osobie liczby mnogiej: MY zostaliśmy zamknięci… Prawo stało się NASZYM pedagogiem… Już nie JESTEŚMY pod pedagogiem. Ale teraz następuje zmiana. Apostoł przestawia się na drugą osobę liczby mnogiej. Mówi: wszyscy JESTEŚCIE synami Bożymi.. wszyscy, którzy ZOSTALIŚCIE ochrzczeni... JESTEŚCIE w Chrystusie. To jest znamienne. Do tego momentu autor Listu do Galacjan opisywał żydowskie doświadczenia życia pod Zakonem. To były doświadczenia, których Galacjanie nie podzielali. Nigdy nie byli pod Zakonem. Byli poganami. Ale uzyskali doświadczenie zbawcze i weszli do niego bez pomocy Zakonu.
1. Wszyscy jesteście synami Bożymi
Tekst grecki mówi nam: Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusie Chrystusie (Gal. 3,26).
Co to znaczy? To znaczy, że jeśli wierzymy w Jezusa Chrystusa, jesteśmy synami Bożymi w Jezusie Chrystusie. To jest różne od bycia tylko dzieckiem. Gdy wyobrazimy sobie jakiegoś syna, to może to być albo: jeszcze małe dziecko, nastolatek, albo już dorosły człowiek. Natomiast słowo „dziecko” zakłada wyłącznie wiek dziecięctwa.
2. Wszyscy (którzy) zostaliście ochrzczeni
Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa. (Gal. 3,27)
Judaizujący chcieli narzucić obrzezanie jako ceremonię wprowadzania do Kościoła. Ale chrześcijanie mają nowy akt inicjujący. Jest nim akt chrztu – przy czym mowa tu nie tyle o kontakcie z wodą, co o zanurzeniu w Jezusie Chrystusie. I Paweł ukazuje, że wszyscy, którzy zanurzyli się w Chrystusa, ci przyobleczeni zostali w Chrystusa, przywdziali styl życia Jezusa Chrystusa.
Sam chrzest nie wystarczy, aby człowieka przyłączyć do Chrystusa, samo zanurzenie go w wodzie nie czyni go dzieckiem Bożym. Apostoł, który gani judaizujących za nawoływanie do obrzezania mówiąc, że nie warunkuje ono zbawienia, nie może teraz uzależniać usprawiedliwienia od chrztu. Cały List do Galacjan mówi o tym, że jesteśmy usprawiedliwieni przez wiarę, a nie przez obrzezanie, czy sam chrzest. W Gal. 3,19–29 Paweł aż 7 razy wspomina o wierze, podczas gdy o chrzcie (zanurzeniu) mówi tylko raz. To właśnie wiara zapewnia usynowienie, chrzest wskazuje na nie jedynie w sposób zewnętrzny i namacalny.
3. Wszyscy jesteście jedno
Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie. (Gal. 3,28)
Jeśli jakaś kobieta w Galackim zborze usłyszała nauczanie 26, wersetu, że wszyscy jesteśmy synami i zastanawiała się czy to także jej dotyczy, Paweł odpowiada jej właśnie w tym miejscu. Nasza wspólnota w Chrystusie działa ponad podziałami rasowymi, społecznymi czy biologicznymi wynikającymi z różnic płci. Wszyscy jesteśmy jedno w Nim. Jesteśmy sobie równi, zarówno pod względem potrzeby zbawienia, jak i tego, że Bóg daje nam to zbawienie zupełnie za darmo w Chrystusie.
4. Wszyscy jesteście potomkami Abrahama
A jeśli jesteście Chrystusowi, tedy jesteście potomkami Abrahama, dziedzicami według obietnicy. (Gal. 3,29)
Jeśli przyszliśmy w wierze do Chrystusa, który jest potomkiem Abrahama, wtedy jesteśmy z Nim jedno. A jeśli tak, to także my jesteśmy potomkami Abrahama. To, co judaizujący oferowali poganom w zamian za obrzezanie, jest dostępne i bez obrzezania, ale przez wiarę. W rzeczy samej, istnieje tylko jedna droga, dzięki której każdy może być dziedzicem obietnicy.
Amen.
Czy kiedykolwiek widzieliście reklamy w stylu „przed i po”? Ukazują one najpierw zdjęcie osoby przed użyciem produktu reklamowego, na których nie wygląda zbyt ładnie. W zależności od tego, co dany produkt reklamuje, osoba jest otyła, łysa, udręczona albo po prostu nieszczęśliwa. Ale potem widzimy zdjęcie osoby już po użyciu produktu. Cudowna zmiana miała miejsce! Cokolwiek jej dolegało, teraz zniknęło bez śladu.
Apostoł Paweł czyni coś podobnego dla nas w Liście do Galacjan 3,19–29. Kreśli słowny obraz „przed i po”. Ukazuje, jakie było życie pod Zakonem i jakie jest życie teraz, kiedy jesteśmy w Chrystusie.
Życie pod Zakonem
Istnieje tendencja u chrześcijan, aby patrzeć na Zakon jako na coś, co było złe. Ale jest to nadinterpretacja funkcji, którą miał i jak się za chwilę okaże, nadal ma Zakon. Zwróćmy uwagę na następujące fragmenty Pisma Świętego:
O, jakże miłuję Zakon Twój, przez cały dzień rozmyślam o nim (Psalm 119,97). Pokój pełny mają ci, którzy kochają Twój Zakon, na niczym się nie potkną (Psalm 119,165), natomiast w Nowym Testamencie czytamy: Wiemy zaś, że zakon jest dobry, jeżeli ktoś robi z niego właściwy użytek (I Tym. 1,8). Żydzi uważali Prawo za cudowną rzecz. To ukazuje prawdziwą intencję Boga. Paweł przedstawia trzy funkcje Zakonu:
Po pierwsze - Prawo zostało dane z powodu przestępstw.
Czymże więc jest zakon? Został on dodany z powodu przestępstw, aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica; a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika. Pośrednika zaś nie ma tam, gdzie chodzi o jednego, a Bóg jest jeden. (Gal. 3,19–20).
Zakon zastał dany, bo był kłopot z grzechem. Ale co było pierwsze, grzech czy Zakon? List do Rzymian 5,13 mówi: Albowiem już przed Zakonem grzech był na świecie, ale grzechu się nie liczy, gdy Zakonu nie ma. Został dany, ponieważ miał nauczyć ludzi różnicy między tym co jest dobre, a tym co jest złe. Miał ukazać jak powinno się postępować z własnym życiem.
Żeby to lepiej zrozumieć posłużmy się przykładem. Jest pewne prawo w regulaminie studenckim pewnego uniwersytetu, które zakazuje puszczania latawców z dachu akademika. Z pozoru prawo to wydaje się śmieszne, ale zostało ustanowione, ponieważ gdyby ktoś próbował to zrobić, kto wie jakby się to zakończyło? Prawo to ma zapobiegać wypadkom, które mogłyby mieć negatywne skutki. Zakon został dany z tego samego powodu.
Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki został on przekazany:
– a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika (Gal. 3,19). Podstawą do opowiadań o przekazywaniu Tory przez aniołów stały się najprawdopodobniej nadzwyczajne zjawiska, towarzyszące nadaniu Prawa na Synaju. Być może jednak w późniejszych czasach rabini nie wierzyli, że święty i wielki Bóg mógł osobiście zajmować się człowiekiem, stąd nauczali, że Zakon najpierw został dany aniołom.
– a został on dany aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica (Gal. 3,19)
Prawo zostało dane na okres tymczasowy. Zostało dane do czasu, aż przyjdzie coś lepszego, jeszcze wspanialszego. Zamiast działać stale, było raczej czymś prowizorycznym. Miało funkcjonować tak długo, dopóki obietnica się nie wypełni.
Samochód, którym czasami jeżdżę, ma zapasową oponę. Ale nie jest ona tak gruba, albo tak wytrzymała, jak pozostałe cztery opony. Jest stworzona tylko do tego, by po złapaniu gumy i wymianie na nią, dowieźć mnie do miejsca, w którym mogłabym zamienić ją już na normalną, wytrzymałą. Zakon jest bardzo podobny do tej zapasowej opony. Jest stworzony do tego, by zaprowadzić nas tam, gdzie mamy się znaleźć i gdzie możemy otrzymać coś lepszego.
Wobec tego, Prawo przychodzi do ludzi jakby z „trzeciej ręki” (Bóg – aniołowie – Mojżesz – lud). Jednak obietnica, pochodzi bezpośrednio od Boga. W dzisiejszej lekcji starotestamentowej czytaliśmy, jak Bóg swą obecnością poprzez dymiący piec i płonące pochodnie, przesuwał się między połaciami poświęconych zwierząt, aby ratyfikować przymierze z Abrahamem.
Po drugie – Prawo zostało dane, aby zamknąć wszystkich pod grzechem.
Czy więc zakon jest przeciw obietnicom Bożym? Bynajmniej! Gdyby bowiem został nadany zakon, który może ożywić, usprawiedliwienie byłoby istotnie z zakonu. Lecz Pismo głosi, że wszystko poddane jest grzechowi, aby to, co było obiecane, dane było na podstawie wiary w Jezusa Chrystusa tym, którzy wierzą. (Gal. 3,21–22)
Fakt, że Zakon został dany na okres pomiędzy zawarciem obietnicy a jej spełnieniem, sprowadza nas do ważnego pytania: czy Prawo stoi w sprzeczności z obietnicą Boga? Czy jest oponentem obietnicy zbawienia? Wręcz przeciwnie, mówi Pismo! To nie jest zagrywka dualistyczna: skoro jedno jest dobre, to drugie musi być złe. Prawdą jest natomiast, że Zakon nie został stworzony do tych samych celów, do których stworzona została obietnica. Nie mówimy przecież, że młotek jest zły, czy niesprawny tylko dlatego, że nie umie przepiłować drewna. Albo że drewno jest złe, bo nie może wbijać gwoździe. Mówiąc podobnie, Prawo nie zostało stworzone do tego, by dać życie, ożywić, więc nie dziwmy się że tego czynić nie może.
Jednak Zakon został stworzony po to, by zamknąć, dosłownie „uwięzić” wszystko pod grzechem, aby obietnica wiary Jezusa została dana tym, którzy wierzą. (W tekście greckim mowa jest o wierze Jezusa, a nie o wierze w Jezusa).
Prawo jest jak lustro, ukazuje gdzie człowiek jest brudny. Lustro nie oczyszcza z tego brudu. Ono nie jest stworzone do tego zadania, ale to nie zmienia faktu, że oczyszczenie jest koniecznie. To prowadzi Pawła do trzeciego punktu:
Prawo zostało dane, aby przyprowadzić nas do Chrystusa.
Zanim zaś przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą Zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak więc Zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. (Gal. 3,23–25)
Mamy tu do czynienia z metaforą, zapożyczoną ze świata helleńskiego. Przewodnikiem, z greckiego: pedagogiem w ówczesnych czasach był przeważnie niewolnik, którego obowiązkiem było odprowadzać chłopca do szkoły i z powrotem do domu oraz czuwać nad jego ogólnym postępowaniem. Zatem jego głównym zadaniem nie było uczenie, a trzymanie w dyscyplinie. Paweł nawiązuje do tego obrazu i mówi, że Prawo jest jak pedagog, niańka, jak opiekunka prowadząca dziecko do szkoły, czuwająca nad jego wychowaniem. Fakt, że nie jesteśmy już pod pedagogiem nie znaczy, że nic nas już nie zobowiązuje, że możemy być bezkarni.
Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się na statku przemierzającym Atlantyk. Nagle ogromny wstrząs i huk przerywa ciszę. Odzywa się alarm i okazuje się, że statek uderzył w górę lodową a teraz woda zalewa pokład. Na pewno zatonie. Ludzie wokół wpadają w panikę, kiedy statek zaczyna przechylać się na bok. Ale my wtedy zauważamy duży metalowy znak z napisem „koło ratunkowe” oraz strzałką wskazującą na dużą skrzynię. Bez wahania zdejmujemy ciężki metalowy znak, przykładamy go do piersi, trzymając się go kurczowo i wskakujemy do wody. Jaki jest rezultat? Opadamy na dno oceanu, toniemy. Dlaczego? Co poszło nie tak? Pomieszaliśmy znak z tym, na co ten znak wskazywał.
Judaizujący robili dokładnie to samo. Trzymali się kurczowo Zakonu zamiast Tego, na którego on wskazywał. I rezultat był rujnujący.
Powodem, dla którego dorosły człowiek nie potrzebuje już takiej opiekunki, nie jest wyłącznie to, że już dorósł, ale także to, że w jego wychowaniu chodziło o to, by kiedyś takiej niańki przestał potrzebować. Prawo było taką naszą opiekunką do dziecka, ale teraz, ponieważ już dorośliśmy, żyjemy w sposób, który nie wymaga już niańki.
Życie w świetle wolności
Zwróćmy uwagę na pewną zmianę gramatyczną w 26. wersecie - zmianę osoby. Do tego momentu Paweł mówił w pierwszej osobie liczby mnogiej: MY zostaliśmy zamknięci… Prawo stało się NASZYM pedagogiem… Już nie JESTEŚMY pod pedagogiem. Ale teraz następuje zmiana. Apostoł przestawia się na drugą osobę liczby mnogiej. Mówi: wszyscy JESTEŚCIE synami Bożymi.. wszyscy, którzy ZOSTALIŚCIE ochrzczeni... JESTEŚCIE w Chrystusie. To jest znamienne. Do tego momentu autor Listu do Galacjan opisywał żydowskie doświadczenia życia pod Zakonem. To były doświadczenia, których Galacjanie nie podzielali. Nigdy nie byli pod Zakonem. Byli poganami. Ale uzyskali doświadczenie zbawcze i weszli do niego bez pomocy Zakonu.
1. Wszyscy jesteście synami Bożymi
Tekst grecki mówi nam: Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusie Chrystusie (Gal. 3,26).
Co to znaczy? To znaczy, że jeśli wierzymy w Jezusa Chrystusa, jesteśmy synami Bożymi w Jezusie Chrystusie. To jest różne od bycia tylko dzieckiem. Gdy wyobrazimy sobie jakiegoś syna, to może to być albo: jeszcze małe dziecko, nastolatek, albo już dorosły człowiek. Natomiast słowo „dziecko” zakłada wyłącznie wiek dziecięctwa.
2. Wszyscy (którzy) zostaliście ochrzczeni
Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa. (Gal. 3,27)
Judaizujący chcieli narzucić obrzezanie jako ceremonię wprowadzania do Kościoła. Ale chrześcijanie mają nowy akt inicjujący. Jest nim akt chrztu – przy czym mowa tu nie tyle o kontakcie z wodą, co o zanurzeniu w Jezusie Chrystusie. I Paweł ukazuje, że wszyscy, którzy zanurzyli się w Chrystusa, ci przyobleczeni zostali w Chrystusa, przywdziali styl życia Jezusa Chrystusa.
Sam chrzest nie wystarczy, aby człowieka przyłączyć do Chrystusa, samo zanurzenie go w wodzie nie czyni go dzieckiem Bożym. Apostoł, który gani judaizujących za nawoływanie do obrzezania mówiąc, że nie warunkuje ono zbawienia, nie może teraz uzależniać usprawiedliwienia od chrztu. Cały List do Galacjan mówi o tym, że jesteśmy usprawiedliwieni przez wiarę, a nie przez obrzezanie, czy sam chrzest. W Gal. 3,19–29 Paweł aż 7 razy wspomina o wierze, podczas gdy o chrzcie (zanurzeniu) mówi tylko raz. To właśnie wiara zapewnia usynowienie, chrzest wskazuje na nie jedynie w sposób zewnętrzny i namacalny.
3. Wszyscy jesteście jedno
Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie. (Gal. 3,28)
Jeśli jakaś kobieta w Galackim zborze usłyszała nauczanie 26, wersetu, że wszyscy jesteśmy synami i zastanawiała się czy to także jej dotyczy, Paweł odpowiada jej właśnie w tym miejscu. Nasza wspólnota w Chrystusie działa ponad podziałami rasowymi, społecznymi czy biologicznymi wynikającymi z różnic płci. Wszyscy jesteśmy jedno w Nim. Jesteśmy sobie równi, zarówno pod względem potrzeby zbawienia, jak i tego, że Bóg daje nam to zbawienie zupełnie za darmo w Chrystusie.
4. Wszyscy jesteście potomkami Abrahama
A jeśli jesteście Chrystusowi, tedy jesteście potomkami Abrahama, dziedzicami według obietnicy. (Gal. 3,29)
Jeśli przyszliśmy w wierze do Chrystusa, który jest potomkiem Abrahama, wtedy jesteśmy z Nim jedno. A jeśli tak, to także my jesteśmy potomkami Abrahama. To, co judaizujący oferowali poganom w zamian za obrzezanie, jest dostępne i bez obrzezania, ale przez wiarę. W rzeczy samej, istnieje tylko jedna droga, dzięki której każdy może być dziedzicem obietnicy.
Amen.
2007/04/06
Wielki Piątek (1 Pt 2,20b–24)
I Piotra 2, 20b–24
PRZY KOŃCU CZASÓW MILIONY LUDZI ZGROMADZIŁY SIĘ NA ROZLEGŁEJ PRZESTRZENI PRZED BOŻYM TRONEM. WIELU Z NICH, OŚLEPIONYCH ŚWIETLISTĄ JASNOŚCIĄ, PRÓBOWAŁO SIĘ COFNĄĆ, ALE NIEKTÓRZY Z PRZODU SKUPILI SIĘ W MAŁE GRUPKI; DALECY OD POKORY, W ZAPAMIĘTANIU DYSKUTOWALI ZAWZIĘCIE.
– JAK BÓG MOŻE NAS OSĄDZAĆ? CÓŻ ON WIE O CIERPIENIU? – PYTAŁA ZUCHWALE MŁODA BRUNETKA. PODWINĘŁA RĘKAW KOSZULI, BY POKAZAĆ WYTATUOWANY NA RAMIENIU NUMER Z NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO. – BYLIŚMY TERRORYZOWANI... BICI... TORTUROWANI... AŻ W KOŃCU UMIERALIŚMY!
W INNEJ GRUPIE JAKIŚ MURZYN ROZPIĄŁ KOŁNIERZYK. – A CO POWIECIE NA TO? – ZAWOŁAŁ, POKAZUJĄC ZAROPIAŁĄ BLIZNĘ WOKÓŁ SZYI. –ZLINCZOWALI MNIE! NIE ZA ŻADNE PRZESTĘPSTWO, TYLKO ZA TO, ŻE JESTEM CZARNY!
W NASTĘPNEJ GRUPCE JAKAŚ NASTOLATKA W CIĄŻY SZLOCHAŁA: – PRZECIEŻ ZOSTAŁAM ZGWAŁCONA. DLACZEGO MAM TERAZ CIERPIEĆ? TO NIE BYŁA MOJA WINA...
NA CAŁYM OGROMNYM OBSZARZE WIELE BYŁO PODOBNYCH GRUP. WSZYSCY LUDZIE MIELI PRETENSJE DO BOGA ZA ZŁO I CIERPIENIE, JAKIE PANOWAŁO NA ŚWIECIE. JAK DOBRZE MUSIAŁO SIĘ ŻYĆ BOGU W NIEBIE, GDZIE WSZYSTKO JEST PIĘKNE I DOSKONAŁE, GDZIE NIE MA BÓLU ANI STRACHU, GŁODU ANI NIENAWIŚCI. CO BÓG MOŻE WIEDZIEĆ O TYM, CO CZŁOWIEK W ŻYCIU WYCIERPIAŁ? A SAM SZCZELNIE ODGRODZIŁ SIĘ OD TEGO WSZYSTKIEGO.
POSTANOWIONO WIĘC, ŻE KAŻDA Z TYCH GRUP WYŚLE SWOJEGO PRZEDSTAWICIELA, WYBRANEGO SPOŚRÓD TYCH, KTÓRZY DOŚWIADCZYLI NAJWIĘKSZEGO CIERPIENIA. ZACZĘLI WYSTĘPOWAĆ PO KOLEI: ŻYD, MURZYN, JAPOŃCZYK Z HIROSZIMY, JAKIŚ ARTRETYK POTWORNIE ZDEFORMOWANY CHOROBĄ, UPOŚLEDZONE DZIECKO, KTÓREGO MATKA ZAŻYWAŁA W CIĄŻY NARKOTYKI... ZGROMADZILI SIĘ NA BOKU I ODBYLI NARADĘ. W KOŃCU ZDECYDOWALI SIĘ PRZEDSTAWIĆ BOGU SWOJE STANOWISKO. BYŁO ONO RACZEJ JASNE:
ZANIM BÓG BĘDZIE MÓGŁ OSĄDZIĆ LUDZI, MUSI DOŚWIADCZYĆ TEGO WSZYSTKIEGO CO ONI. WYROK BRZMI: WYSŁAĆ BOGA NA ZIEMIĘ – NIECH TAM ŻYJE JAK CZŁOWIEK! NIECH URODZI SIĘ ŻYDEM. NIECH NAWET FAKT JEGO NARODZIN BĘDZIE PODEJRZANY. NIECH CIĘŻKO PRACUJE I NIECH NIKT TEGO NIE DOCENI, A NAWET NAJBLIŻSZA RODZINA NIECH UWAŻA GO ZA NIESPEŁNA ROZUMU. NIECH ZDRADZĄ GO JEGO NAJBLIŻSI PRZYJACIELE. NIECH ZOSTANIE NIEWINNIE OSKARŻONY, NIECH OSĄDZĄ GO NIESPRAWIEDLIWIE ORAZ NIECH ZOSTANIE SKAZANY PRZEZ STRONNICZY SĄD. NIECH BĘDZIE TORTUROWANY. NA KONIEC NIECH SIĘ PRZEKONA, CO NAPRAWDĘ ZNACZY BYĆ CAŁKOWICIE SAMOTNYM. WTEDY DAMY MU UMRZEĆ. NIECH UMRZE TAK, ŻEBY NIE BYŁO ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI CO DO JEGO ŚMIERCI. NIECH BĘDĄ OBECNI ŚWIADKOWIE, KTÓRZY TO POTWIERDZĄ.
GDY JUŻ WSZYSCY PRZEDSTAWICIELE LUDZKOŚCI DODALI SWOJE DO WYROKU, ZOSTAŁ ON WOBEC WSZYSTKICH ODCZYTANY. WŚRÓD ZGROMADZONYCH TŁUMÓW DAŁ SIĘ SŁYSZEĆ GŁOŚNY POMRUK APROBATY. ALE JAKOŚ ZARAZ POTEM NASTAŁA DŁUGA CISZA. NIKT NIE WYPOWIEDZIAŁ ANI JEDNEGO SŁOWA. NIKT SIĘ NIE PORUSZYŁ. NAGLE BOWIEM WSZYSCY ZROZUMIELI, ŻE TEN WYROK ZOSTAŁ JUŻ NA BOGU WYKONANY.
Ta historia bardzo dobitnie przypomina nam momenty, gdy sami w głębokim cierpieniu przeżywamy chwile zwątpienia, bądź gdy nawet skarżymy się Bogu, że nas opuścił w naszej męce, zapominając przy tym, że skazanie na potworność cierpienia faktycznie zostało już na Bogu wykonane.
Podczas porannego kazania usłyszeliśmy, iż krzyż i cierpienie należą do drogi Jezusa Chrystusa tak, jak i do naszej wiary. Zjawisko cierpienia dotyka każdego z nas. Cierpieniem może być trudne dzieciństwo, które zaowocowało emocjonalnym niepokojem, towarzyszącym człowiekowi przez całe życie. Cierpieniem może być wrodzone upośledzenie umysłowe czy psychiczne. Cierpieniem może też być nagła choroba, zwolnienie z pracy, niespodziewana utrata bliskiej osoby. Być może żyjemy samotnie wbrew naszej woli, jesteśmy ofiarami nieszczęśliwej miłości, udręki w małżeństwie czy depresji.
W Biblii na każdej niemalże stronie znajdujemy słowa mówiące o grzechu i cierpieniu, jednak ich celem nie jest wyjaśnianie pochodzenia tych rzeczy, lecz udzielenie nam pomocy w ich pokonaniu. Ogólnie rzecz biorąc cierpienie jest obcym elementem w świecie stworzonym przez Boga i dla cierpienia nie będzie już miejsca w Królestwie Bożym. Jest ono często wynikiem grzechu, czy to naszego, czy też innych ludzi. Należy jednak pamiętać, że tak, jak w przypadku Joba, nie każde osobiste cierpienie jest wynikiem osobistego grzechu. Cierpienie może być także wynikiem ludzkiej wrażliwości na ból, albo wytworem środowiska, jak powodzie, huragany czy trzęsienia ziemi.
Jaki więc związek zachodzi pomiędzy cierpieniami Chrystusa a naszymi cierpieniami? W jaki sposób krzyż może przemawiać do nas, pogrążonych w bólu? Przygotowałam sześć możliwości odpowiedzi na tak postawione pytanie:
Po pierwsze: krzyż Chrystusa jest zachętą do cierpliwej wytrwałości. Pomimo iż cierpienie powinniśmy uznawać za zło, a więc zdecydowanie się mu sprzeciwiać, to jednak zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba je realnie przyjąć. Niezasłużone cierpienie jest elementem chrześcijańskiego powołania, skoro sam Chrystus cierpiał za nas, pozostawiając nam wzór i nakłaniając nas, byśmy podążali Jego śladem. On dał przykład zarówno wytrwałości, jak i zaniechania odpłaty, co może nas zachęcać w naszym chrześcijańskim biegu. Możemy „patrzeć na Jezusa”, gdyż On „wycierpiał krzyż, nie bacząc na hańbę”.
Po drugie: krzyż Chrystusa jest ścieżką wiodącą nas do dojrzałości w świętości. Czytamy w Liście do Hebrajczyków „I chociaż był synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla wszystkich, którzy są Mu posłuszni sprawcą zbawienia wiecznego” (5,8–9). Otóż cierpienia Jezusa były sprawdzianem, w którym Jego posłuszeństwo stało się w pełni dojrzałe, czyli doskonałe. Jeśli więc cierpienie było środkiem, dzięki któremu bezgrzeszny Chrystus stał się dojrzały, tym bardziej my potrzebujemy tego środka ze względu na naszą grzeszność. Tak, jak cierpienie doprowadziło Chrystusa do dojrzałości poprzez posłuszeństwo, podobnie prowadzi ono do dojrzałości i nas wierzących, przez wytrwałość. Myślę nawet, że dzięki doświadczeniom większość z nas zgodzi ze stwierdzeniem, że choć cierpienie może nie być twórcze samo w sobie, to człowiek nie wzrasta bez cierpienia.
Po trzecie: krzyż Chrystusa jest symbolem cierpienia w służbie. Jezus cichy w swym charakterze i postępowaniu oraz łagodny w kontaktach z innymi został powołany przez Jahwe, by przywieźć Izraela z powrotem do Boga i żeby być światłem dla narodów. Wytrwał w swym zadaniu, choć Jego plecy znosiły chłostę, choć ludzie rwali Jego brodę i pluli Mu w twarz. Został poprowadzony jak jagnię na rzeź i umarł, ponosząc grzechy wielu. Wyraźnie widzimy w obrazie Jezusa, że cierpienie i służba, męka i misja są ze sobą połączone. A wiemy przecież, że dzisiaj misja sługi, polegająca na zaniesieniu światłości narodom, jest powierzona Kościołowi – czyli tobie i mnie. Tak, jak ziarno musi obumrzeć, aby wydać plon, tak sługa musi cierpieć, jeżeli chce przynieść światłość narodom. Trudno czasem jest przyjąć lekcję, jakiej udziela nam ziarno pszenicy. Ale faktycznie śmierć jest czymś więcej niż drogą do życia – jest tajemnicą obfitego plonu. Jeżeli ziarno pszenicy nie znajdzie się w ziemi i nie obumrze, będzie tylko pojedynczym ziarnem. Jeżeli jednak obumrze, zwielokrotni się. Dlatego cierpienie jest nie tylko integralną częścią służby, ono jest niezbędne dla służby owocnej i skutecznej.
Po czwarte: krzyż Chrystusa jest nadzieją ostatecznej chwały. Jezus, widząc swe zmartwychwstanie, wyraźnie wybiega wzrokiem poza samą śmierć, a swą chwałę dostrzega ponad cierpieniem. I rzeczywiście, to nadzieja chwały sprawia, że cierpienie również i dla nas może stać się możliwe do zniesienia. Pamiętajmy jednak, że Pismo nie daje nam wolnej ręki, abyśmy wedle uznania twierdzili, iż każde ludzkie cierpienie prowadzi do chwały. Jezus zapowiadając wojny, trzęsienia ziemi i klęski głodu, mówił o nich jako „początku boleści” zwiastującego koniec świata. Niemniej zapowiedzi te nie odnoszą się do zbawienia poszczególnych ludzi.
Oczywiście bardzo łatwo jest teoretyzować. Gorzej natomiast, kiedy tracimy z oczu cel naszej wędrówki, kiedy zapada nieprzenikniona ciemność, ogarnia nas przerażenie i nie widać żadnego promyka, który dawałby nam choć cień nadziei, że cierpienie może jednak przynieść pozytywny rezultat. Jedyne, co możemy w takich chwilach uczynić, to przylgnąć do krzyża, bowiem sam Jezus pokazuje, że błogosławieństwo przychodzi przez cierpienie.
Po piąte: krzyż Chrystusa jest podstawą racjonalnej wiary. Wszelkie cierpienie fizyczne i emocjonalne stanowić będzie z pewnością próbę dla naszej wiary. Krzyż Chrystusa zapewnienia nas, że zupełną niemożliwością są klęska sprawiedliwości lub porażka miłości, ani teraz, ani w dniu ostatecznym. Gdy zatem w cierpieniu i boleści szatan nachodzi nas z myślami, byśmy złorzeczyli Bogu, to my przypomnijmy sobie kim jest ten, który nas kusi. Czy przypadkiem nie jest on już pokonany, przez Chrystusa zwyciężony? Zatem najrozsądniejszą rzeczą jest ufać Bogu.
Krzyż nie rozwiązuje problemu cierpienia, ale daje nam właściwą perspektywę patrzenia na cierpienie. Ponieważ Bóg zademonstrował swą świętą miłość i sprawiedliwość w wydarzeniach krzyża, żadne inne wydarzenie, obojętnie czy osobiste czy na skalę globalną, nie może tego przekreślić ani temu zaprzeczyć.
Ostatnim sposobem powiązania cierpień Chrystusa z naszymi jest Jego krzyż, będący dowodem na to, że Bóg w swej miłości solidaryzuje się z nami w naszym cierpieniu. Ponieważ to nie żądło cierpienia jest samo w sobie nieszczęściem. Nie jest nim nawet ból czy niesprawiedliwość, lecz pozorne opuszczenie przez Boga w cierpieniu. Ból można znieść, ale obojętności Boga – nie. Czasami wyobrażamy sobie, ze Bóg drzemie sobie smacznie na bujanym fotelu, lub że wcale nie interesuje Go fakt, iż na ziemi miliony ludzi umierają na przykład z głodu, czy jako ofiary niesprawiedliwych konfliktów. Bywa, że myślimy o Nim jako o widzu, który w zaciszu własnego bezpieczeństwa niemalże napawa się obserwowanym spektaklem zatytułowanym „cierpienie świata”. Ale krzyż zadaje kłam tej straszliwej karykaturze Boga. Nie można wyobrażać Go sobie w fotelu na biegunach, lecz na krzyżu. Bóg, który dopuszcza, abyśmy cierpieli, kiedyś sam cierpiał w Chrystusie, a obecnie dalej cierpi – wraz z nami.
Czasami czujemy się w cierpieniu tacy przybici, przygnębieni i bezsilni. A co ma powiedzieć Chrystus, który został przybity do krzyża? Lecz zesłanie Jezusa na ziemię i Jego krzyżowa śmierć, to jest właśnie Boża metoda na nasz grzech i cierpienie. Choć jest okropna ze względu na męczeństwo Jezusa, jest ona ze wszech miar adekwatna do naszego położenia. Wejście Boga w naszą okropność i cierpienie, jest adekwatne poprzez doznanie takiej egzystencji, jaką my mamy. Dlatego i w taki sposób, Jezus Chrystus stał się Bogiem do spraw ludzkich. Jest jedynym i najlepszym specjalistą w tej dziedzinie. I jeśli faktycznie czujemy się przybici pewnymi sprawami, przylgnijmy do krzyża, bowiem On to już wszystko wycierpiał a teraz nam pomoże to przetrwać. Pamiętajmy także, że ta Boża metoda jest nie tylko adekwatna do naszej doli tu i teraz, ale była niezbędna dla naszego zbawienia na wieki.
Dziękujemy Ci, Boże, że nie uratowałeś sam siebie i nie zstąpiłeś z krzyża, dziękujemy Ci, że nie jesteś tylko tam, gdzie dzieją się cuda, ale także tam, gdzie ludzie cierpią. Daj, byśmy w pokorze przyjmowali każde chwile Twojej bliskości, jak i Twojego milczenia.
Amen.
PRZY KOŃCU CZASÓW MILIONY LUDZI ZGROMADZIŁY SIĘ NA ROZLEGŁEJ PRZESTRZENI PRZED BOŻYM TRONEM. WIELU Z NICH, OŚLEPIONYCH ŚWIETLISTĄ JASNOŚCIĄ, PRÓBOWAŁO SIĘ COFNĄĆ, ALE NIEKTÓRZY Z PRZODU SKUPILI SIĘ W MAŁE GRUPKI; DALECY OD POKORY, W ZAPAMIĘTANIU DYSKUTOWALI ZAWZIĘCIE.
– JAK BÓG MOŻE NAS OSĄDZAĆ? CÓŻ ON WIE O CIERPIENIU? – PYTAŁA ZUCHWALE MŁODA BRUNETKA. PODWINĘŁA RĘKAW KOSZULI, BY POKAZAĆ WYTATUOWANY NA RAMIENIU NUMER Z NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO. – BYLIŚMY TERRORYZOWANI... BICI... TORTUROWANI... AŻ W KOŃCU UMIERALIŚMY!
W INNEJ GRUPIE JAKIŚ MURZYN ROZPIĄŁ KOŁNIERZYK. – A CO POWIECIE NA TO? – ZAWOŁAŁ, POKAZUJĄC ZAROPIAŁĄ BLIZNĘ WOKÓŁ SZYI. –ZLINCZOWALI MNIE! NIE ZA ŻADNE PRZESTĘPSTWO, TYLKO ZA TO, ŻE JESTEM CZARNY!
W NASTĘPNEJ GRUPCE JAKAŚ NASTOLATKA W CIĄŻY SZLOCHAŁA: – PRZECIEŻ ZOSTAŁAM ZGWAŁCONA. DLACZEGO MAM TERAZ CIERPIEĆ? TO NIE BYŁA MOJA WINA...
NA CAŁYM OGROMNYM OBSZARZE WIELE BYŁO PODOBNYCH GRUP. WSZYSCY LUDZIE MIELI PRETENSJE DO BOGA ZA ZŁO I CIERPIENIE, JAKIE PANOWAŁO NA ŚWIECIE. JAK DOBRZE MUSIAŁO SIĘ ŻYĆ BOGU W NIEBIE, GDZIE WSZYSTKO JEST PIĘKNE I DOSKONAŁE, GDZIE NIE MA BÓLU ANI STRACHU, GŁODU ANI NIENAWIŚCI. CO BÓG MOŻE WIEDZIEĆ O TYM, CO CZŁOWIEK W ŻYCIU WYCIERPIAŁ? A SAM SZCZELNIE ODGRODZIŁ SIĘ OD TEGO WSZYSTKIEGO.
POSTANOWIONO WIĘC, ŻE KAŻDA Z TYCH GRUP WYŚLE SWOJEGO PRZEDSTAWICIELA, WYBRANEGO SPOŚRÓD TYCH, KTÓRZY DOŚWIADCZYLI NAJWIĘKSZEGO CIERPIENIA. ZACZĘLI WYSTĘPOWAĆ PO KOLEI: ŻYD, MURZYN, JAPOŃCZYK Z HIROSZIMY, JAKIŚ ARTRETYK POTWORNIE ZDEFORMOWANY CHOROBĄ, UPOŚLEDZONE DZIECKO, KTÓREGO MATKA ZAŻYWAŁA W CIĄŻY NARKOTYKI... ZGROMADZILI SIĘ NA BOKU I ODBYLI NARADĘ. W KOŃCU ZDECYDOWALI SIĘ PRZEDSTAWIĆ BOGU SWOJE STANOWISKO. BYŁO ONO RACZEJ JASNE:
ZANIM BÓG BĘDZIE MÓGŁ OSĄDZIĆ LUDZI, MUSI DOŚWIADCZYĆ TEGO WSZYSTKIEGO CO ONI. WYROK BRZMI: WYSŁAĆ BOGA NA ZIEMIĘ – NIECH TAM ŻYJE JAK CZŁOWIEK! NIECH URODZI SIĘ ŻYDEM. NIECH NAWET FAKT JEGO NARODZIN BĘDZIE PODEJRZANY. NIECH CIĘŻKO PRACUJE I NIECH NIKT TEGO NIE DOCENI, A NAWET NAJBLIŻSZA RODZINA NIECH UWAŻA GO ZA NIESPEŁNA ROZUMU. NIECH ZDRADZĄ GO JEGO NAJBLIŻSI PRZYJACIELE. NIECH ZOSTANIE NIEWINNIE OSKARŻONY, NIECH OSĄDZĄ GO NIESPRAWIEDLIWIE ORAZ NIECH ZOSTANIE SKAZANY PRZEZ STRONNICZY SĄD. NIECH BĘDZIE TORTUROWANY. NA KONIEC NIECH SIĘ PRZEKONA, CO NAPRAWDĘ ZNACZY BYĆ CAŁKOWICIE SAMOTNYM. WTEDY DAMY MU UMRZEĆ. NIECH UMRZE TAK, ŻEBY NIE BYŁO ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI CO DO JEGO ŚMIERCI. NIECH BĘDĄ OBECNI ŚWIADKOWIE, KTÓRZY TO POTWIERDZĄ.
GDY JUŻ WSZYSCY PRZEDSTAWICIELE LUDZKOŚCI DODALI SWOJE DO WYROKU, ZOSTAŁ ON WOBEC WSZYSTKICH ODCZYTANY. WŚRÓD ZGROMADZONYCH TŁUMÓW DAŁ SIĘ SŁYSZEĆ GŁOŚNY POMRUK APROBATY. ALE JAKOŚ ZARAZ POTEM NASTAŁA DŁUGA CISZA. NIKT NIE WYPOWIEDZIAŁ ANI JEDNEGO SŁOWA. NIKT SIĘ NIE PORUSZYŁ. NAGLE BOWIEM WSZYSCY ZROZUMIELI, ŻE TEN WYROK ZOSTAŁ JUŻ NA BOGU WYKONANY.
Ta historia bardzo dobitnie przypomina nam momenty, gdy sami w głębokim cierpieniu przeżywamy chwile zwątpienia, bądź gdy nawet skarżymy się Bogu, że nas opuścił w naszej męce, zapominając przy tym, że skazanie na potworność cierpienia faktycznie zostało już na Bogu wykonane.
Podczas porannego kazania usłyszeliśmy, iż krzyż i cierpienie należą do drogi Jezusa Chrystusa tak, jak i do naszej wiary. Zjawisko cierpienia dotyka każdego z nas. Cierpieniem może być trudne dzieciństwo, które zaowocowało emocjonalnym niepokojem, towarzyszącym człowiekowi przez całe życie. Cierpieniem może być wrodzone upośledzenie umysłowe czy psychiczne. Cierpieniem może też być nagła choroba, zwolnienie z pracy, niespodziewana utrata bliskiej osoby. Być może żyjemy samotnie wbrew naszej woli, jesteśmy ofiarami nieszczęśliwej miłości, udręki w małżeństwie czy depresji.
W Biblii na każdej niemalże stronie znajdujemy słowa mówiące o grzechu i cierpieniu, jednak ich celem nie jest wyjaśnianie pochodzenia tych rzeczy, lecz udzielenie nam pomocy w ich pokonaniu. Ogólnie rzecz biorąc cierpienie jest obcym elementem w świecie stworzonym przez Boga i dla cierpienia nie będzie już miejsca w Królestwie Bożym. Jest ono często wynikiem grzechu, czy to naszego, czy też innych ludzi. Należy jednak pamiętać, że tak, jak w przypadku Joba, nie każde osobiste cierpienie jest wynikiem osobistego grzechu. Cierpienie może być także wynikiem ludzkiej wrażliwości na ból, albo wytworem środowiska, jak powodzie, huragany czy trzęsienia ziemi.
Jaki więc związek zachodzi pomiędzy cierpieniami Chrystusa a naszymi cierpieniami? W jaki sposób krzyż może przemawiać do nas, pogrążonych w bólu? Przygotowałam sześć możliwości odpowiedzi na tak postawione pytanie:
Po pierwsze: krzyż Chrystusa jest zachętą do cierpliwej wytrwałości. Pomimo iż cierpienie powinniśmy uznawać za zło, a więc zdecydowanie się mu sprzeciwiać, to jednak zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba je realnie przyjąć. Niezasłużone cierpienie jest elementem chrześcijańskiego powołania, skoro sam Chrystus cierpiał za nas, pozostawiając nam wzór i nakłaniając nas, byśmy podążali Jego śladem. On dał przykład zarówno wytrwałości, jak i zaniechania odpłaty, co może nas zachęcać w naszym chrześcijańskim biegu. Możemy „patrzeć na Jezusa”, gdyż On „wycierpiał krzyż, nie bacząc na hańbę”.
Po drugie: krzyż Chrystusa jest ścieżką wiodącą nas do dojrzałości w świętości. Czytamy w Liście do Hebrajczyków „I chociaż był synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla wszystkich, którzy są Mu posłuszni sprawcą zbawienia wiecznego” (5,8–9). Otóż cierpienia Jezusa były sprawdzianem, w którym Jego posłuszeństwo stało się w pełni dojrzałe, czyli doskonałe. Jeśli więc cierpienie było środkiem, dzięki któremu bezgrzeszny Chrystus stał się dojrzały, tym bardziej my potrzebujemy tego środka ze względu na naszą grzeszność. Tak, jak cierpienie doprowadziło Chrystusa do dojrzałości poprzez posłuszeństwo, podobnie prowadzi ono do dojrzałości i nas wierzących, przez wytrwałość. Myślę nawet, że dzięki doświadczeniom większość z nas zgodzi ze stwierdzeniem, że choć cierpienie może nie być twórcze samo w sobie, to człowiek nie wzrasta bez cierpienia.
Po trzecie: krzyż Chrystusa jest symbolem cierpienia w służbie. Jezus cichy w swym charakterze i postępowaniu oraz łagodny w kontaktach z innymi został powołany przez Jahwe, by przywieźć Izraela z powrotem do Boga i żeby być światłem dla narodów. Wytrwał w swym zadaniu, choć Jego plecy znosiły chłostę, choć ludzie rwali Jego brodę i pluli Mu w twarz. Został poprowadzony jak jagnię na rzeź i umarł, ponosząc grzechy wielu. Wyraźnie widzimy w obrazie Jezusa, że cierpienie i służba, męka i misja są ze sobą połączone. A wiemy przecież, że dzisiaj misja sługi, polegająca na zaniesieniu światłości narodom, jest powierzona Kościołowi – czyli tobie i mnie. Tak, jak ziarno musi obumrzeć, aby wydać plon, tak sługa musi cierpieć, jeżeli chce przynieść światłość narodom. Trudno czasem jest przyjąć lekcję, jakiej udziela nam ziarno pszenicy. Ale faktycznie śmierć jest czymś więcej niż drogą do życia – jest tajemnicą obfitego plonu. Jeżeli ziarno pszenicy nie znajdzie się w ziemi i nie obumrze, będzie tylko pojedynczym ziarnem. Jeżeli jednak obumrze, zwielokrotni się. Dlatego cierpienie jest nie tylko integralną częścią służby, ono jest niezbędne dla służby owocnej i skutecznej.
Po czwarte: krzyż Chrystusa jest nadzieją ostatecznej chwały. Jezus, widząc swe zmartwychwstanie, wyraźnie wybiega wzrokiem poza samą śmierć, a swą chwałę dostrzega ponad cierpieniem. I rzeczywiście, to nadzieja chwały sprawia, że cierpienie również i dla nas może stać się możliwe do zniesienia. Pamiętajmy jednak, że Pismo nie daje nam wolnej ręki, abyśmy wedle uznania twierdzili, iż każde ludzkie cierpienie prowadzi do chwały. Jezus zapowiadając wojny, trzęsienia ziemi i klęski głodu, mówił o nich jako „początku boleści” zwiastującego koniec świata. Niemniej zapowiedzi te nie odnoszą się do zbawienia poszczególnych ludzi.
Oczywiście bardzo łatwo jest teoretyzować. Gorzej natomiast, kiedy tracimy z oczu cel naszej wędrówki, kiedy zapada nieprzenikniona ciemność, ogarnia nas przerażenie i nie widać żadnego promyka, który dawałby nam choć cień nadziei, że cierpienie może jednak przynieść pozytywny rezultat. Jedyne, co możemy w takich chwilach uczynić, to przylgnąć do krzyża, bowiem sam Jezus pokazuje, że błogosławieństwo przychodzi przez cierpienie.
Po piąte: krzyż Chrystusa jest podstawą racjonalnej wiary. Wszelkie cierpienie fizyczne i emocjonalne stanowić będzie z pewnością próbę dla naszej wiary. Krzyż Chrystusa zapewnienia nas, że zupełną niemożliwością są klęska sprawiedliwości lub porażka miłości, ani teraz, ani w dniu ostatecznym. Gdy zatem w cierpieniu i boleści szatan nachodzi nas z myślami, byśmy złorzeczyli Bogu, to my przypomnijmy sobie kim jest ten, który nas kusi. Czy przypadkiem nie jest on już pokonany, przez Chrystusa zwyciężony? Zatem najrozsądniejszą rzeczą jest ufać Bogu.
Krzyż nie rozwiązuje problemu cierpienia, ale daje nam właściwą perspektywę patrzenia na cierpienie. Ponieważ Bóg zademonstrował swą świętą miłość i sprawiedliwość w wydarzeniach krzyża, żadne inne wydarzenie, obojętnie czy osobiste czy na skalę globalną, nie może tego przekreślić ani temu zaprzeczyć.
Ostatnim sposobem powiązania cierpień Chrystusa z naszymi jest Jego krzyż, będący dowodem na to, że Bóg w swej miłości solidaryzuje się z nami w naszym cierpieniu. Ponieważ to nie żądło cierpienia jest samo w sobie nieszczęściem. Nie jest nim nawet ból czy niesprawiedliwość, lecz pozorne opuszczenie przez Boga w cierpieniu. Ból można znieść, ale obojętności Boga – nie. Czasami wyobrażamy sobie, ze Bóg drzemie sobie smacznie na bujanym fotelu, lub że wcale nie interesuje Go fakt, iż na ziemi miliony ludzi umierają na przykład z głodu, czy jako ofiary niesprawiedliwych konfliktów. Bywa, że myślimy o Nim jako o widzu, który w zaciszu własnego bezpieczeństwa niemalże napawa się obserwowanym spektaklem zatytułowanym „cierpienie świata”. Ale krzyż zadaje kłam tej straszliwej karykaturze Boga. Nie można wyobrażać Go sobie w fotelu na biegunach, lecz na krzyżu. Bóg, który dopuszcza, abyśmy cierpieli, kiedyś sam cierpiał w Chrystusie, a obecnie dalej cierpi – wraz z nami.
Czasami czujemy się w cierpieniu tacy przybici, przygnębieni i bezsilni. A co ma powiedzieć Chrystus, który został przybity do krzyża? Lecz zesłanie Jezusa na ziemię i Jego krzyżowa śmierć, to jest właśnie Boża metoda na nasz grzech i cierpienie. Choć jest okropna ze względu na męczeństwo Jezusa, jest ona ze wszech miar adekwatna do naszego położenia. Wejście Boga w naszą okropność i cierpienie, jest adekwatne poprzez doznanie takiej egzystencji, jaką my mamy. Dlatego i w taki sposób, Jezus Chrystus stał się Bogiem do spraw ludzkich. Jest jedynym i najlepszym specjalistą w tej dziedzinie. I jeśli faktycznie czujemy się przybici pewnymi sprawami, przylgnijmy do krzyża, bowiem On to już wszystko wycierpiał a teraz nam pomoże to przetrwać. Pamiętajmy także, że ta Boża metoda jest nie tylko adekwatna do naszej doli tu i teraz, ale była niezbędna dla naszego zbawienia na wieki.
Dziękujemy Ci, Boże, że nie uratowałeś sam siebie i nie zstąpiłeś z krzyża, dziękujemy Ci, że nie jesteś tylko tam, gdzie dzieją się cuda, ale także tam, gdzie ludzie cierpią. Daj, byśmy w pokorze przyjmowali każde chwile Twojej bliskości, jak i Twojego milczenia.
Amen.
Přihlásit se k odběru:
Příspěvky (Atom)