2008/08/03

Kiedy przychodzą złe czasy (Jk 1,2-8)

Jakuba 1,2-8

Co robimy, kiedy przychodzą złe czasy? Jak sobie z tym radzimy? Jaka jest nasza postawa, kiedy dobrze ułożone plany zmieniają się w katastrofę?

Problemy. Niektóre są duże, a niektóre to tylko małe problemy pretendujące do bycia tymi dużymi. Ktoś powiedział kiedyś, że w każdym małym problemie znajduje się duży problem starający się wyjść na jaw.

Niezależnie od tego jak długo żyjemy na Ziemi, zawsze jest coś złego wejdzie co wchodzi nam z buciorami do życia. Zauważył to też pewien amerykański inżynier Edward Murphy, formułując swoje Prawa Murphy'ego. Jest to zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe. Być może znamy to najbardziej znane ze wszystkich praw Murphy'ego, które mówi:
• „Jeżeli coś może się nie udać - nie uda się na pewno.”
Inne prawa to na przykład:
• „Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie”,
• „Upuszczone narzędzie pada zawsze tam, gdzie wyrządzi najwięcej szkody”,
• „Chleb pada zawsze na stronę posmarowaną masłem, a jeśli nie spadnie, oznacza to, że złą stronę posmarowaliśmy”,
• „Prawdopodobieństwo, że chleb spadnie posmarowaną stroną na dywan, jest wprost proporcjonalne do ceny dywanu.”

Jednak powstał także tak zwany Komentarz O'Toole'a do praw Murphy'ego, który brzmi:
• „Murphy był optymistą”.

W Piśmie Świętym czytamy: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie.

Zauważcie, że Jakub nie mówi, że MOŻEMY pewnego dnia przechodzić próbę. On nie mówi: Poczytujcie sobie za największą radość, jeśli wam się zdarzy przechodzić próbę”. W zamian za to on zapewnia, że będziemy mieć ciężkie czasy. Wszystko, co mówi dalej, bazuje na tym zapewnieniu. My BĘDZIEMY przechodzić rozmaite próby, doświadczenia. Możemy być tego pewni. Jezus obiecuje: Na świecie ucisk mieć będziecie. I to nie jest żaden pesymizm, czy też masochistyczny optymizm. To czysty realizm.

Ile razy słyszeliśmy już mądrych kaznodziejów, którzy mówią, że - jeśli staniemy się chrześcijanami - wszystkie nasze kłopoty się skończą i życie stanie się cudowne i spokojne?Stanowczo za często taka nauka jest prezentowana na rozmaitych mityngach w różnych Kościołach. Takie Kościoły stają się pełne ludzi, którzy utrzymują uśmiech na ustach, choć w środku są poranieni. „Co słychać u ciebie” pytamy uprzejmie. „Bardzo dobrze” słyszymy odpowiedź. A w międzyczasie, każdy się ukrywa za maską zadowolenia i uśmiechu, myśląc, że tylko on sam z całej grupy musi ukrywać swój faktyczny stan. Ale każdy boi się tak samo jak on ujawnienia tego, że nie doświadcza pełnego spokoju i radości.

Nie mówię o tym, by kogoś wystraszyć. Nie próbuję jeszcze bardziej wypełnić nasze dni przygnębieniem i smutkiem. Powodem, dla którego chcę, byśmy byli świadomi tego, że złe czasy nadchodzą, jest pragnienie, byśmy byli gotowi na ich spotkanie.
Strażacy w służbie pożarnej przygotowują strażacki plan urbanistyczny miast z uwzględnieniem i monitoringiem najbardziej newralgicznych miejsc, by być najlepiej przygotowanymi na ewentualne przypadki zagrożenia pożarowego w tych miejscach. W ten sam sposób Jakub w swoim liście przygotowuje taki wstępny plan dla chrześcijan. Daje nam instrukcje jak zabezpieczyć się przed newralgicznymi punktami zagrożeń.

Co mamy robić kiedy przyjdą trudne czasy? Jak przygotować się na sytuacje pełne problemów? Co zrobić kiedy atakuje nieszczęście? Jakub odpowiada: Poczytujcie to sobie za najwyższą radość.

W tym momencie możemy być gotowi ignorować i umysłowo odrzucać Jakuba jako jeszcze jednego, słodko opowiadającego i świetnie głoszącego tzw. teologię sukcesu. Nie róbmy jednak tego. Jakub nie spogląda na świat przez różowe okulary. On nie zaprzecza temu, że prawdziwe problemy naprawdę istnieją, albo że one naprawdę potrafią zranić. On nie mówi też, że złe czasy to fajna zabawa. Nie twierdzi, że cierpienie jest radosne. Nie mówi, że mamy zaciskać zęby lub próbować ignorować ból.

Zamiast tego mówi: poczytujcie to sobie za najwyższą radość. Jak możemy to zrobić? Możemy to uczynić tylko poprzez spoglądanie ponad nimi, przez patrzenie na końcowy rezultat.

Jezus dostarcza nam doskonałego przykładu. Jeśli kiedykolwiek ktoś znalazł się w niekorzystnej sytuacji, to był to Jezus, przybity do krzyża.

On tak bardzo cierpiał, że aż modlił się: Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie (Łukasza 22,42). Ale kiedy stało się oczywiste, że to Jego Ojciec chce, by poszedł na krzyż, jaka była Jego postawa? Czy narzekał na niesprawiedliwość?

Patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary, który zamiast doznać należytej mu radości, wycierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy tronu Bożego (Hebrajczyków 12,2).

Jezus nie zwracając uwagi na wstyd jaki niesie za sobą krzyż, wycierpiał go, ale w tym samym momencie miał nadal na uwadze przyszłą radość, płynącą z tego samego krzyża.

Jeśli chcemy patrzeć na nasze cierpienia jako na „najwyższą radość”, spójrzmy ponad naszymi aktualnymi problemami, i zauważmy, że Bóg zaplanował nam przyszły rezultat tych problemów. Jaki? To prowadzi nas do kolejnego wersetu podstawy dzisiejszego kazania.

Wiedząc, że doświadczenie wiary waszej sprawia wytrwałość (Jakuba 1,3).

Wytrwałość jest sprawdzianem naszej jakości, tego, czy jesteśmy już dojrzałymi chrześcijanami. Dzieci znane są z tego jak łatwo się poddają. Wystarczy dać dziecku zabawkę, a po 15 minutach zabawy z nią, będzie robiło już coś innego. Dziecięca uwaga nie obejmuje czegoś takiego jak wytrwałość. Tego nie da się nauczyć w na lekcji w szkole. Kaznodzieja nie może mówić o wytrwałości i tym samym uczyć jej u wiernych. Wytrwałość przychodzi tylko w cierpieniu, w przeżywaniu codziennych problemów.

Niestety wiele wierzących osób posiada syndrom „Piotrusia Pana”. Pamiętacie tę postać z bajki? Był to malutki chłopiec, który postanowił nigdy nie dorosnąć – chciał być małym chłopcem na zawsze – nie chciał ponosić za nic odpowiedzialności, nie cierpieć... Niektórzy ludzie mają to samo pragnienie. Mają już dość wszelkich cierpień. Życie sprawia wrażenie nieustannej harówki na rzecz jeszcze kolejnych cierpień, i zdaje się nie przynosić żadnych radosnych korzyści. Jednak tylko poprzez wzrost możemy ujrzeć Królestwo Boże.

Wytrwałość zaś niech prowadzi do dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie mający żadnych braków.

Wytrwałość jest konieczna do wzrostu. Jeśli jesteśmy dziećmi Bożymi, jeśli weszliśmy do Bożej rodziny przez wiarę w Chrystusa, to jesteśmy w samym środku tego procesu. Cierpienie uczy nas wytrwałości, a ta z kolei wiedzie nas drogą do doskonałości. Parafrazując tytuł jednego filmu „Autostradą do Nieba”, możemy powiedzieć: „Wytrwałością do doskonałości”, do Królestwa Niebios.

Pewnego dnia będziemy dokładnie tacy jak Jezus Chrystus. Będziemy doskonali. Ale teraz jesteśmy jeszcze w stanie przejściowym. Jesteśmy gąsienicą, która zamienia się w motyla. Wzrastamy.

Żeby być wolnym od syndromu Piotrusia Pana potrzebna nam jest MĄDROŚĆ.

A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (Jakuba 1,5-8).
Jakub nie mówi, byśmy prosili Boga o uwolnienie z cierpień. On nam mówi, że mamy prosić o mądrość, która pomaga patrzeć na świat z Bożej perspektywy, z dystansem. To jak patrzenie na perski dywan. Jeśli przyglądamy mu się pod lupą, to co widzimy to brzydka mieszanina poplątanych nici. Ale kiedy staniemy i spojrzymy na dywan jako całość, docenimy jego piękno.

Taka sama jest prawda życiowa. Kiedy akurat przeżywamy jakieś kłopoty często odnosimy wrażenie ich bezsensowności. Bóg widzi coś więcej, On ma dla nas swój plan. On zaprojektował nasze życie w piękną mozaikę. Być może chce nas czegoś nauczyć, być może chce nam coś przez to przekazać, całkiem możliwe też, że nasze cierpienie pomoże komuś innemu wrócić do Boga. Możemy nigdy się nie dowiedzieć dlaczego. Jakub pisze w swoim liście jak możemy otrzymać tę mądrość:

1. Mamy Boga o tę mądrość PROSIĆ: A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana. (1,5).
Bóg jest źródłem wszelkiej prawdziwej mądrości a w Psalmie 111,10 czytamy, że początkiem mądrości jest bojaźń Pana. Bóg chce byśmy byli mądrymi, byśmy patrzyli na świat z Jego perspektywy. Dał nam swoje Słowo, bo chce się dzielić tą mądrością.

2. Jest też drugi warunek: mamy być WYTRWALI w swych prośbach: Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu. (1:6-8).

Nie da się naśladować Boga w każdy wtorek i czwartek, albo tylko w niedziele w godzinach dopołudniowych, i jednocześnie oczekiwać Bożej mądrości. Nie da się kochać Boga w ten sposób. On nie pozwoli nam na podzielną lojalność.. dla świata i dla Niego.

Poczytywać cierpienia za radość, dziękować Bogu, że uczy nas wytrwałości, dzięki czemu dążymy do doskonałości, do Królestwa Bożego da się tylko wtedy, jeśli kurczowo chwyćmy się Boga obiema rękami, tak, by świat nie miał na nas żadnego wpływu. A Bóg będzie nas pocieszał! Jak czytamy chociażby w 1 Koryntian 10,13: Bóg jest wierny i nie dopuści, abyśmy byli kuszeni ponad siły nasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyśmy je mogli znieść. Prośmy o to.
Amen.

2008/04/13

Gliniane naczynia (2 Kor 4,1–15)

II Kor 4, 1–15

Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, rozświecił serca nasze, aby zajaśiało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystusowym. Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.

Apostoł Paweł przedstawia tu jedno ze swoich ważnych porównań. Mówi o skarbie złożonym w glinianych naczyniach. W ten sposób pozwala zrozumieć, czym w naszych międzyludzkich relacjach jest Ewangelia Pana Jezusa Chrystusa. Przeciwstawia ją do naszego środowiska i do naszych wyobrażeń.

To Pawłowe porównanie jest elementem dłuższego ważnego wykładu przeznaczonego dla sług Ewangelii Chrystusa w świecie. Czyli przeznaczonego także dla nas, którzy przyznajemy się i dziś do Chrystusa. Paweł przypomina przede wszystkim, że Ewangelia Chrystusa jest czymś niezmiernie ważnym. Przyrównuje ją do skarbu - podobnie jak to czyni w swych podobieństwach Pan Jezus. Ten skarb jednak, my jako chrześcijanie, mamy w glinianych naczyniach.

Przez ten skarb Paweł ma na myśli światło Bożej chwały na obliczu Chrystusa, którym Bóg rozświecił także nasze serca. Chodzi o chwałę Ewangelii Chrystusowej, którą Bóg nam daje poznać i ze swojej łaski w nią uwierzyć, czyli wiadomość o ratunku przygotowanym przez Boga w wcielonym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Chrystusie. Mamy ten skarb. Został nam przez Pana Boga darowany. Apostoł Paweł zastanawia się nad tym, w jaki sposób właściwie otrzymaliśmy ten drogocenny skarb. Kosztowny skarb światła Bożej chwały, skarb Ewangelii jako objawienia samego Boga, nie jest przecież przedmiotem zwykłego ludzkiego posiadania! I w związku z tym szybko używa kontrastującego porównania: Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.

Kategoria skarbu złożonego w glinianym naczyniu, tj. w kruchym, łatwym do zniszczenia opakowaniu, jest dla nas czymś niezrozumiałym. Skarb, to znaczy coś niesamowicie cennego i wartościowego, w naszym pojmowaniu powinien mieć najlepsze opakowanie i najlepsze zabezpieczenie. Jeśli chodzi o ten najwartościowszy skarb, jakim jest Ewangelia Chrystusa, to jego opakowanie, by korelować ze swym przeznaczeniem, powinno być niezawodne i szlachetne. Czemu nie jest ono ze złota, srebra, czy z innego drogocennego metalu?

Po to, byśmy mogli sobie uświadomić naszą użyteczność i wartość. Jesteśmy takim lichym, rozpadającym się opakowaniem, które w żadnym wypadku nie jest w stanie samo dać sobie radę z zabezpieczeniem tego, co posiada, co ochrania. Trzeba nam więc być stale pokornie świadomym tej swojej niedostateczności i niewystarczalności. Dlaczego więc będąc tak kruchym narzędziem został nam jednak powierzony skarb?

Żeby lepiej zrozumieć znaczenie naszego zadania przypomnijmy sobie jakiekolwiek muzeum. Przepiękne wazy z chińskiej porcelany są podziwiane na całym świecie, ale czy jest jakikolwiek inny z nich użytek? Przecież nie wolno do nich nic włożyć, bo może się popsuć, turyści mają kategoryczny zakaz ich dotykania. Takie naczynia same stają się skarbami. A to znaczy, że już nie są użyteczne, nie mogą ochraniać to, co jest w środku. Gdybyśmy byli przepięknymi naczyniami ze złota czy srebra, łatwo popadlibyśmy w pychę, naszym celem byłaby chęć zwrócenia na siebie, a nie na to, co jest w środku. A my mamy ochraniać skarb, a nie sami być skarbem. Ta nasza lichość, jest paradoksalnie naszą cechą, dzięki której ćwiczymy się w pokorze i zmniejszone jest ryzyko zarażenia się pychą i egoizmem.

Zastanówmy się teraz nad dwiema kwestiami: w jaki sposób Bóg się objawił oraz jaką odezwę to objawienie wywołuje w naszym życiu z wiary.

1) W biblijnym sensie możemy Pawłowe porównanie tłumaczyć tak: również sam skarb Bożego Słowa, my ludzie, mamy tylko w glinianych naczyniach. Boże Słowo przychodzi do nas w formie słów ludzkich. Także to, co Biblia przedstawia jako świadectwo Bożego objawienia, w wieloraki sposób jest naznaczone ludzką niedoskonałością łącznie 40-tu biblijnych pisarzy. Biblia ma ślady historycznego uwarunkowania, wewnętrznej niezrozumiałości i, suma summarum, niewystarczalności dla powierzonego Bożego poselstwa. I w ten sposób „skarb Bożego słowa” mamy zachowany w księgach biblijnych tylko jako w takich właśnie „glinianych naczyniach”. I jedynie Duch Święty pomaga nam za ludzkimi słowami rozpoznawać Słowo Boże i przyjmować je jako „światło Bożego objawienia”.

W podobny sposób odnosi się to i do naszych dążeń i dbałości, które wkładamy w dociekanie sensu tekstów biblijnych, w podobny sposób odnosi się to do naszego kazania, każdego rozważania Słowa i świadectwa. I w tym wszystkim musi być widoczne, że ta moc, która wszystko przewyższa, a którą staramy się potwierdzić i poświadczyć, „jest z Boga, a nie z nas”.

2) W tym sensie możemy to Pawłowe porównanie rozumieć jako zwrócenie uwagi na niewystarczający sposób naszego ludzkiego reagowania, naszej ludzkiej odezwy na Boże Słowo: my ludzie jesteśmy tylko marnymi glinianymi naczyniami wobec skarbu Bożego objawienia w Chrystusie. Paweł tu z pewnością myśli o sobie samym, o własnej sytuacji świadka Boga w korynckim zborze. Ciężko mu było znosić to, że tamtejsi bracia i siostry mieli tendencję widzieć w swoich przywódcach wzorce doskonałości. Graniczyło to już nawet z kultem jednostki. Paweł, który przyszedł do nich jako sługa pokorny, nie pasował im do tego trendu. Już na początku swojego listu odpowiadając na ich krytykę napisał, że nie chce „panować nad ich wiarą”, ale chce im służyć Ewangelią, aby mieli radość z wiary (II Kor 1,23-24). Dlatego teraz nie waha się przenieść to porównanie glinianego naczynia również na siebie - na tę marną ludzką istotę, której jest powierzony drogocenny skarb Boży. Tę samą procedurę przeprowadza również w kontekście innych pyszałkowatych współpracowników korynckiego zboru, którzy chełpili się swoimi własnymi kwalifikacjami duchowymi, uważali się za ekstra mądrych i świętszych od reszty, a starali się przy tym forsować swój własny autorytet zamiast kłaść akcent na pierwszeństwo autorytetu Bożego. Do tego również odnosi się dodatek Pawła: aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. Właśnie za pomocą tego uzasadnienia Paweł nawiązuje do tego, co już dziś usłyszeliśmy: „albowiem nie siebie samych głosimy, lecz Chrystusa Jezusa, że jest Panem, o sobie zaś, żeśmy sługami waszymi dla Jezusa” (II Kor. 4,5). Z tego wynika nasze zadanie jako naczyń glinianych. Powierzonego nam skarbu nie mamy ukrywać, czy zakopać w ziemi, ale nieść, przenosić dalej. Dzielić się. Mamy być przekazicielami tego skarbu dla innych!

Spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: jak się przejawia to „światło chwały Bożej w Chrystusie” w naszym własnym życiu? Jakie są z nas naczynia dla Bożego skarbu, który został nam powierzony?

Z książki Wernera Gitta pt. Człowiek - fascynująca istota, przeczytam fragment: „Człowiek jest cudowną, niewyobrażalnie skomplikowaną istotą. Wyposażenie: fabryka chemiczna centralnie sterowana przez mózg, elektrownia, urządzenie klimatyzacyjne, oczyszczalnia ścieków, komputer z pamięcią i dodatkowym wyposażeniem typu „miłość/nienawiść”. Istota ta przez dziesiątki lat samodzielnie utrzymuje się przy życiu i dzięki stałej samokontroli dba o swe bezawaryjne funkcjonowanie. Skład: 100 bilionów mikroskopijnych detali idealnie do siebie dopasowanych i współdziałających ze sobą. W stanie dobrego zdrowia części te potrafią się nieustannie odnawiać, a nawet samonaprawiać. Pompa wielkości pięści (serce) utrzymuje w ruchu to cudowne dzieło, uderzając 100 000 razy na dobę i rozprowadzając po całym organizmie substancje odżywcze zawarte w 5 litrach krwi. Każdego dnia płuca dzięki procesowi oddychania pobierają z 20 000 litrów powietrza potrzebny tlen. Natomiast podczas wydechu wydalają szkodliwe gazy. Normalna temperatura w czasie aktywności wynosi 37 stopni Celsjusza.”

Oto jest to naczynie gliniane. Genialne naczynie. Wcale nie jest takie liche - ale pozornie. Bo autor tejże książki tak kończy dany fragment: „Wady: podatny na zużycie” i zniszczenie. Boże stworzenie jest doskonałe, ale my niestety już nie jesteśmy doskonali. Jesteśmy grzesznym stworzeniem po upadku. I tak oto apostolskie porównanie odsłania również naszą kruchość i lichość!

Jak wyzwalające jest więc to ostateczne zapewnienie naszego tekstu: „moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas”. Razem z apostołem Pawłem możemy w tym widzieć swą wielką nadzieję. Wraz ze świadomością swoich braków, lichości i kruchości, możemy mieć nadzieję w Bożej mocy, którą otrzymujemy z łaski. Paweł podkreśla tę moc zaraz w następnych zdaniach: „Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani” (II Kor 4,8-9). Takie były osobiste doświadczenia Pawła, które przecież i nam są bliskie. Bóg chce swą moc potwierdzać również w naszym życiu! Chce nam być pomocą w codziennych walkach i trudnościach. Jego mocy starczy po temu, by nam pomagać przezwyciężać naszą kruchość i słabość glinianych naczyń. Co jest źródłem tej pewności? Źródłem tej pewności jest śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie. W tym tkwi sedno apostolskiego świadectwa: „zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło” (II Kor 4,10). Chodzi o znak tego, który przeszedł przez ten świat w poniżeniu, trudach i przeciwnościach, oraz przez najstraszniejszą śmierć. Przez swoje zmartwychwstanie objawił jednak ogromną moc Bożą. Dlatego Paweł może zamknąć swoje świadectwo radosnym zapewnieniem: „wiedząc, że Ten, który wzbudził Pana Jezusa, także i nas z Jezusem wzbudzi i razem z wami przed sobą stawi.” (II Kor 4,14).

Jeśli świadectwo apostolskie dotknęło również naszego sumienia, możemy za każdym razem sobie znowu uświadamiać, że i my jesteśmy glinianymi naczyniami. Nie jesteśmy bohaterami wiary, którzy mogliby być zadowoleni sami z siebie. A mimo to, te liche naczynia naszego człowieczeństwa nie muszą się kruszyć, nie muszą się uszkodzić. Jeśli powierzymy je tej mocy, która wszystko przewyższa, wytrzymają, i skarb, który był do nich włożony, zachowają.
Amen.

2008/02/24

Królestwo Boże (Mt 13,44-46)

Ew. Mateusza 13,44-46

Podobieństwa te dziś wydają się dość dziwne i niezwykłe, ale w Palestynie, w czasach Jezusa, odbierano je zupełnie naturalnie. My przywykliśmy już do instytucji banków ale, choć w czasach biblijnych ona istniała, prości ludzie na ogół z niej nie mogli korzystać. Za najbezpieczniejsze miejsce przechowywania drogocennych przedmiotów uważano ziemię. Kiedy Izraelici nie chcieli, by Rzymianie im coś skonfiskowali, ukrywali to właśnie w ziemi.

Spójrzmy na właściciela ziemi. Skarb był na jego polu. Był tuż pod jego nosem, a on o tym nie wiedział! Sam pewnie był tak bogaty, że wynajmował pracowników do orania własnej roli. Każdy, kto ma większe gospodarstwo rolne, sam nie da rady i musi mieć kogoś do pomocy. Ale czy ten właściciel w ogóle nie wychodził z domu? Nie przechadzał się po swoich polach? Nie doglądał pracowników? Przecież zauważyłby taki skarb! Gdzie było jego zaangażowanie?! Zapewne był też uradowany, że ktoś chce kupić od niego rolę za ogromną sumę. Być może ta ziemia nawet nie była tyle warta, a tu znajduje się kupiec na nią! Jak łatwo ten właściciel poprzestał na małym, nie wiedział co traci…

Dzisiejsza niedziela, tzw. 3. Niedziela Pasyjna, zwraca nam uwagę na Psalm 25.15: Oczy moje patrzą na Pana, a my z tego wyciągamy lekcję: nie zachowujmy się jak ten właściciel. Patrzmy cały czas na nasz skarb, jakim jest Jezus Chrystus. W jaki sposób? Tego dowiadujemy się od bohatera pierwszego podobieństwa.

Człowiek, który odnalazł skarb, nie zrobił tego przypadkowo, lecz podczas codziennej pracy. Oczywiście natknął się na niego nieoczekiwanie, ale stało się to wtedy, gdy wykonywał swoje normalne zajęcia. Należy wnioskować, że wykonywał swoją pracę solidnie i pilnie, ponieważ kopał głęboko, a nie tylko poruszał powierzchnię gleby. W innym przypadku nie natrafiłby na skarb.

Nie byłoby dobrze gdybyśmy spotykali się z Bogiem na płytkiej powierzchni, tylko siedząc w ławkach kościelnych. Prawdziwe szczęście, prawdziwe zadowolenie, poczucie obecności Boga, obecności samego Chrystusa zjawia się podczas codziennej pracy, gdy własną pracę wykonujemy solidnie, świadomie i z ogromnym zaangażowaniem.

Był niestety jeden problem. Ten skarb nie był jego własnością, tak samo, jak to pole, na którym go odkrył. Nie wiemy do kogo należał sam skarb. Z pewnością nie należał do właściciela tego pola, gdyż nie sprzedałby tak łatwo tego pola. Być może został ukryty wiele lat wcześniej a jego prawdziwy właściciel już nie żył.

Co powinien zrobić ten mężczyzna po odkryciu tego skarbu? Ukraść? Nie powiedzieć o tym właścicielowi pola? Nie. Jego sumienie nie pozwoliło mu tego ukraść. Nie miał także przy sobie tyle pieniędzy, by kupić pole, więc najpierw poszedł, sprzedał wszystko co miał, nic nie zostawiając. Sprzedał dom, swój ubrania. Na wszystko znalazł kupca. I natychmiast wrócił i kupił to pole.

Tutaj jest sedno paraboli. Koszt tej ziemi nie grał żadnej roli, bo znalazca był całkowicie przekonany o bezcennej wartości skarbu.

Królestwo Niebios jest bardzo podobne do tego skarbu. Jest najbardziej wartościową rzeczą. Nie może być niczego innego, co mogłoby przeszkodzić nam w pozyskaniu go. Ale do tego jeszcze wrócę, najpierw spójrzmy głębiej na drugą przypowieść.

W starożytności perły zajmowały szczególne miejsce w sercach ludzi. Każdy pragnął posiadać piękną perłę, nie tylko ze względu na jej wartość, ale i piękno. Prawdziwy kupiec był gotów zwiedzić rynki całego świata, by znaleźć perłę o niedoścignionym pięknie.

Człowiek przekopujący pole nie poszukiwał skarbu. Znalazł go nieoczekiwanie. Zaś poszukiwacz perły poświęcił na to całe życie. Bez względu na to, czy odkrycie wiązało się z jedną krótką chwilą, czy było rezultatem poszukiwań całego życia, reakcja obu ludzi była taka sama: obaj gotowi byli sprzedać wszystko, by zdobyć rzecz najcenniejszą.

Bez względu na to, w jaki sposób człowiek poznaje wolę Boga w stosunku do siebie, czy w krótkim momencie Boskiego oświecenia, czy pod koniec długich poszukiwań woli tej warto się bezwzględnie i niezwłocznie podporządkować, ponieważ, jak z porównania wynika, Królestwo Niebios jest czymś najwspanialszym na świecie. Wykonywanie woli Boga nie jest zatem czymś ponurym, przykrym, nużącym. Jest to coś wspaniałego. Za wyrzeczeniem, ofiarą, samozaparciem kryje się najwyższe piękno, gdzie indziej nie spotykane. Istnieją także inne perły, ale jedna swoją wartością przewyższa wszystkie. Inaczej mówiąc, w świecie jest wiele wspaniałych rzeczy, pełnych uroku. Można znaleźć się pod urokiem wiedzy, bogactwa, sztuki, muzyki, literatury. Piękna może być przyjaźń, miłość. To wszystko jest piękne, ale nie jest pięknem najwyższym. Najwyższe piękno to akceptowanie woli Boga, oto sens Królestwa Bożego. Tym samym nie pomniejsza się innych przejawów życia. To również perły, lecz perłą najwspanialszą jest niewymuszone posłuszeństwo.

W obu omawianych przypowieściach dwa momenty odgrywają zasadniczą rolę: radość z odkrycia i gotowość oddania wszystkiego, by nabyć na własność znaleziony skarb. Być w Królestwie, wejść do niego, to, jak już wspomniałam, akceptować i wykonywać wolę Boga. Za każdą cenę warto spełniać wolę Boga. Jak w wypadku człowieka, który odkrył skarb zupełnie nagle, nasz umysł może oświecić objawienie, objawiające wolę Bożą w stosunku do nas. Zaakceptowanie tej woli może być równoznaczne z porzuceniem pewnych zamierzeń, ambicji, nieraz bardzo dla nas drogich, porzucenie pewnych przyzwyczajeń, stylu życia, z którym trudno się rozstać, narzucenie sobie dyscypliny, wyrzeczenie. Jednym słowem: wzięcie na ramiona krzyża i naśladowanie Jezusa. I widać, że naprawdę warto to zrobić.

Możemy wywnioskować dzięki tym dwóm przypowieściom kilka podstawowych informacji o Królestwie Bożym:

1. Królestwo Niebios jest bezcenne. Znalazca skarbu nie czeka na nic, ale natychmiast sprzedaje wszystko co ma. Wie, że potrzebuje zyskać skarb jak najszybciej. Jak zapewne wiecie, przy tak szybkiej ofercie sprzedaży, cen nie da się wygórować. Trzeba wszystko sprzedać bardzo szybko, cieszyć się każdą otrzymaną kwotą, nie tracić czasu targując się o wyższą cenę. Nawet najcenniejsze dla nas rzeczy (praca, majątek, hobby) musimy z łatwością oddać. Królestwo Boże jest cenniejsze niż wszystko inne.

2. Królestwo nie jest widoczne. Tak skarb, jak i perła, były ukryte. Nie były od razu widoczne dla każdego. Pierwsza parabola reflektuje o mężczyźnie który nie szukał Królestwa Bożego, ale stanął twarzą w twarz z okolicznościami. Jest człowiekiem, który usłyszał przesłanie Ewangelii w czasie, kiedy nie szukał Boga. Ale usłyszał tę wiadomość i uwierzył jej.

W księdze Izajasza czytamy: Byłem przystępny dla tych, którzy o mnie nie pytali, dałem się znaleźć tym, którzy mnie nie szukali. Oto jestem, oto jestem, mówiłem do narodu, który nie był nazwany moim imieniem. (Iz. 65,1). W czasach Jezusa, ten człowiek charakteryzował świat pogan. Nie wiedzieli nic o Bogu, nie szukali Go, ale w przeciągu kilku krótkich lat wiadomość o Krzyżu rozniosła się na każdy naród. Samarytanka była bardzo podobna. Nie przyszła szukać Jezusa. Przyszła do studni tylko napełnić czerpak wodą. A wróciła z Wodą Życia.

Jeśli przypowieść o ukrytym skarbie jest obrazem pogan, którzy nic nie wiedzieli o Królestwie, dopóki go nie znaleźli, to być może opowieść o perle jest obrazem Żydów, którzy spędzili całe życie na szukaniu Królestwa Niebios. To dla nich Boże obietnice zostały dane. Dorośli w obietnicy, którą znajdujemy w księdze Jeremiasza: A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan - odmienię wasz los i zgromadzę was ze wszystkich narodów i ze wszystkich miejsc, do których was rozproszyłem - mówi Pan - i sprowadzę was z powrotem do miejsca, skąd skazałem was na wygnanie. (Jer. 29,13-14).

Ten fragment także i nam obiecuje, że jeśli będziemy szukać Boga, znajdziemy Go. Problemem nie tkwi w tym, że Boga trudno jest znaleźć. Problemem jest, że ludzie faktycznie nie szukają. W rzeczy samej, Paweł w liście do Rzymian mówi, że nikt nie szuka Boga: Jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga. (Rzym. 3,10-11). Jedynym powodem, dla którego człowiek szuka Boga jest ten, że to Bóg jako pierwszy uczynił coś we wnętrzu tego człowieka, a on się Jemu na to otworzył.

3. Z tego wynika, że nie wystarczy odnaleźć Królestwo Niebios. Trzeba je zdobyć. Nie wystarczy tylko usłyszeć Dobrą Nowinę i powiedzieć: „Tak, to bardzo miła historia o Bożej miłości i o Jego darze z Jezusa, który umarł za nas. Tak, oczywiście, że wierzę, że ta historia jest prawdziwa.” Nie wystarczy wierzyć w poszczególne fakty o Ewangelii. Koniecznym jest zaakceptować Jezusa jako naszego Pana i własnego Zbawiciela z wszelkimi tego konsekwencjami.

4. Królestwo Boże żąda całkowitego oddania. Wspólne dla obu przypowieści było także to, że kiedy owi znalazcy raz zobaczyli skarb i perłę, zrozumieli, że nic nie może im stanąć na drodze by je osiągnąć. Żadna cena nie stanowiła przeszkody.

Przypomina mi się na tym miejscu historia o tym, jak bogaty młodzieniec przyszedł do Jezusa z pytaniem co ma zrobić, by osiągnąć życie wieczne. Dowiedział się, że musi rozdać to, co ma ubogim. Spójrzmy na tę historię do naszej strony. Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie i nie jesteśmy w stanie tego poświęcić, odpuścić sobie (kolejki przed sklepami z iPhone; tytuł artykułu w gazecie: Nie oddamy władzy dopóki nie oddamy trzech milionów mieszkań)? Czy jest coś, czego ja, Ty, staramy się bardzo mocno zachować dla siebie…?

Cokolwiek to jest, Pan nie da nam spokoju, dopóki nie wybierzemy między Nim a tą rzeczą. Prawdziwe chrześcijaństwo zawsze będzie kosztować. Bo kto faktycznie w drugiej przypowieści obrazuje Boga? Jak czytamy: Dalej podobne jest Królestwo Niebios do kupca, szukającego pięknych pereł, który, gdy znalazł jedną perłę drogocenną, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Bóg jest tym właśnie kupcem! To On sprzedał wszystko co miał, by nas odzyskać. Tak, jak kosztowało Go życie własnego Syna, tak będzie kosztować to także moje i Twoje życie. To nie znaczy, że musimy zapłacić w zamian za zbawienie. Przecież nie mamy nic, czym moglibyśmy zasłużyć na Jego pomoc a zbawienie jest darem. Ale jest także darem zmieniającym życie i wzięcie go, zmieni także nasze życie.

Jest pewna transakcja podczas zbawienia. To nie transakcja pieniężna ani dobro-uczynkowa. Dochodzi do niej, kiedy oddajemy wszystko co mamy i wszystko kim jesteśmy, aby stać się wszystkim, czym On jest. Dzieje się to wtedy, kiedy oferujemy Mu siebie samych. Kiedy to, co mamy, nie zaślepia nam oczu, gdy chcemy patrzeć na Królestwo Boże. Chociaż zbawienie jest darem, Chrystus nie da go tym, których ręce są zajęte czymś innym.

Daj Boże, bym pamiętał na swe przeznaczenie, ze drżeniem i bojaźnią dbał o swe zbawienie… Niech milszym skarbem dla mnie będzie Słowo Twoje niż świata znikomego kosztowności, stroje. (Pieśń 725, 1,5)
Amen.


Modlitwa przed rozpoczęciem pracy. Jan Kalwin

„Boże, Ojcze i Zbawicielu, jakoś raczył nakazać nam pracować, chcąc zapobiec naszej nędzy, zechciej też łaskawie pobłogosławić nasz trud, aby Twe błogosławieństwo spłynęło i na nas samych, albowiem bez niego nikt nie zazna pomyślności; niech Twa łaskawość będzie dla nas świadectwem Twej dobroci i pomocy, objawiając nam w ten sposób Twą ojcowską nad nami pieczę.

Zechciej też, Panie, wspomóc nas przez Twego Ducha Świętego, abyśmy mogli wiernie wypełniać nasz stan i powołanie, bez żadnego podstępu i oszukaństwa, abyśmy raczej podążali za Twym przykazaniem niż za chęcią wzbogacenia się; gdyby wszelako spodobało Ci się zwieńczyć nasz trud pomyślnością, daj nam też dzielność spieszenia z pomocą tym, co znoszą biedę i daj siłę wytrwania w pokorze, abyśmy nie wywyższali się nad tych, co nie zaznają tak wielkich darów Twej szczodrobliwości.

Gdy zaś zechcesz utrzymać nas w ubóstwie i biedzie ponad siły nasze, wesprzyj Swe obietnice dodatkową łaską wiary i zachowaj naszą pewność, że w Swej dobroci nas nasycisz, abyśmy nie zwątpili,
lecz cierpliwie oczekiwali pełni Twych łask doczesnych i duchowych, tak abyśmy mieli coraz więcej powodów i okazji do dziękczynienia i pełnego odpoczynku w samej tylko Twej dobroci.
Wysłuchaj nas, Ojcze miłosierdzia, przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego, naszego Pana. Amen .”

2007/09/02

Być bogatym w Bogu (Łk. 12,13–21)

Łk. 12, 13–21

Zanim przejdziemy do omawiania dzisiejszego podobieństwa, przeanalizujmy sytuację, w jakiej zostało ono wypowiedziane. Na początku 12. rozdziału Ewangelii Łukasza możemy przeczytać o tym, jak Jezus mówi do wielkiego ludu, by się nie bać się poświęcić wierze swoje życie, by nie bać się złych ludzi – bo ci mogą ubliżyć tylko ciału. Mamy myśleć jedynie o Bogu, który rozstrzyga o całej naszej przyszłości. O życiu wiecznym, które Bóg obiecał tym, którzy pozostaną Mu wierni.

Mówi się, że w obliczu śmierci wszystko zmienia się nie do poznania. W zagrożeniu życia człowiek jest zdolny zaprzeć się sam siebie, swojego sumienia. Ale Jezus zna jeszcze wyższą wartość niż szacunek do siebie. Śmierci nie musi bać się ten, kto boi się Boga. A tą bojaźnią przed Bogiem nie jest paniczny strach, ale szacunek, respekt i oddanie względem Boga. Nie ma potrzeby bać się śmierci albo złych ludzi, skoro o naszej przyszłości decyduje jedynie Bóg!

Jezus mówi o tych ważnych tematach, ponieważ one także osobiście Jego dotyczą. Idzie do Jerozolimy naprzeciw własnemu cierpieniu i śmierci, przygotowuje więc na podobne sytuacje swoich uczniów, którzy także będą cierpieć prześladowanie.

Dziś za wiarę, dzięki Bogu, nie jesteśmy już prześladowani. Ale strach o życie nie minął. Nasi przyjaciele, a czasem i my sami jesteśmy zagrożeni chorobami nowotworowymi. Kiedy zasiadamy za kierownicą nigdy nie wiemy, czy wrócimy zdrowi. W każdej chwili może runąć nam wszystko, za co dotąd Bogu dziękowaliśmy. Ale i wtedy aktualne są słowa Jezusa: Nie bójcie się! Nie bójcie się chorób, wybuchów ani pijanych kierowców. Nie bójcie się o to, co może się wam stać. Bójcie się tylko Boga. Wasze życie nie jest w rękach złych ludzi ani okrutnych przygód – o waszym życiu i przyszłości rozstrzyga tylko Bóg. Jego się trzymajcie, bo wszystko inne minie.

Właśnie w środku tej mowy Jezusa przyszedł ktoś z tłumu, przerwał Jego nauczanie i powiedział: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, aby się ze mną podzielił dziedzictwem”. Ten człowiek w ogóle nie wie o czym jest mowa! Kiedy Jezus mówi o życiu i śmierci, o istocie i sensie życia, ten człowiek myśli tylko o pieniądzach! Jakie to płytkie i przyziemne. Ale jakie to jest jednocześnie ludzkie i normalne! Przecież to są rzeczywiście ludzkie problemy, właśnie nad takimi sprawami zamartwia się dusza. Nie wiecznością, ale majątkiem. Nie Bogiem, ale dziedzictwem. I nie zmieniło się to ani trochę przez te dwa tysiące lat. Posiadłość, pieniądze, prawa autorskie, testament i dziedzictwo… – to wszystko także dziś zajmuje ludzkie myśli i burzy rodziny – jakby ludzie nie mieli nic ważniejszego od majętności.

Jezus się broni. Odmawia rozwiązania tego drobiazgu. Nie chce być i nie będzie naszym adwokatem. Są rzeczy, które musimy sami rozwiązać. Podział dziedzictwa jest uwarunkowany ugodą albo ustanowionym prawem. Kto się pokłócił z bratem musi to rozwiązać albo osobiście, albo w sądzie. Ten człowiek przyszedł pod nieprawidłowy adres. Ale Jezus ostatecznie jednak mu pomoże. Jakkolwiek nie w sprawie spadku, ale w tym, aby przeanalizował swoje życie. Jezus nie da się wciągnąć do niekończących się sporów o dziedzictwa, ale dobrze rozumie problemy ludzi i umie nam pomóc.
Tyle, że inaczej, niż tego oczekujemy.

Problemem tego człowieka nie jest, że może być bogaty, ale że uparcie o to zabiega. Zyskanie i utrzymanie majątku stało się głównym sensem jego życia. Zamiast przyjść i zapytać Jezusa, co ma zrobić, aby otrzymać życie wieczne, pyta, jak może dostać swoją część. Co prawda przynajmniej jest szczery. My może umiemy udawać, że nie zależy nam wcale na majątku, ale jeśli chodzi o wypłatę, nagrodę lub podwyżkę, jeśli można kupić coś taniej, albo nawet dostać za darmo, zapominamy o całym Bożym świecie. Wszystko jest podporządkowane temu, co sobie kupimy albo zaoszczędzimy. To jest jak zaraza, która opanowuje człowieka i mało kto może się na nią uodpornić.

Ale Jezus mówi: Człowieku, kto mnie ustanowił sędzią? On nie chce nas sądzić, ani się nad nami wywyższać. Chce nas z tego błędu wyprowadzić. Swoim podobieństwem o bogaczu pokazuje nam marność takiego chciwego postępowania. Człowiek uparcie trzyma się swojej mocy i swojego majątku, bo tym stara się zamaskować strach przed śmiercią, z którą nie może dać sobie rady.

Ale strach nie jest dobrym doradcą. Wiedzie do egoizmu, obojętności, rozczarowania i pogardy. Opanowuje człowieka, który polega sam na sobie i nie widzi żadnej trwałej przyszłości przed sobą. Kiedy człowiek zapomni o Bożym powołaniu do życia wiecznego, które daje zupełnie inną perspektywę, albo je ignoruje, jego myślenie zaczyna się poruszać w błędnym kole. Przeczytane dziś podobieństwo Jezusa może nas z tego koła wyciągnąć.

Czytamy w tym podobieństwie, że był pewien bogaty człowiek, do którego uśmiechnęło się szczęście. Jego pole obrodziło jak nigdy przedtem i w pierwszej chwili nie wiedział co ma z tym nadmiarem począć. Nie miał go nawet gdzie złożyć. Wiedział, że taki urodzaj zdarza się raz na całe życie. Nie miał żadnych długów, powodziło mu się do tej pory w miarę dobrze. Ten nadzwyczajny dar od Boga, którego sam nie potrzebował, mógł spokojnie rozdać tym, który już tyle szczęścia nie mieli. Mógł się z nimi radować i przyjaźnić przez wiele dni. Ale bogacz wymyślił coś lepszego. Wolał raczej zburzyć swoje stodoły i postawić większe, tylko po to, by móc to wszystko zachować dla siebie. Kiedy policzył ile zgromadził stwierdził, że właściwie już nie musi przez kilka najbliższych lat w ogóle pracować. To go oczarowało. Wyobrażenie pełnych magazynów pozbawiło go wszelkich obaw o przyszłość. Stodoły zastąpiły mu Pana Boga, którego teraz już właściwie w ogóle nie potrzebował, bo przecież miał wszystko.

Czy nie zastanawia nas fakt, że bogacz postanowił zburzyć wszystkie stodoły? Czyż nie mógł sobie pozwolić na wybudowanie kolejnego, nie niszcząc pozostałych? Być może faktycznie nie miał miejsca, być może chciał zagospodarować również przestrzeń nad powierzchnią ziemi i wybudować nie tylko większe ale i wyższe spichlerze. Ale abstrahując od tych dociekań, Jezus chciał przez to również pokazać nam ludzki nawyk burzenia, wyprzedzający wszelkie chęci budowania kontaktów i stosunków międzyludzkich.

Może jest to przejaskrawiony obraz, ale nie zmienia to faktu, że również my tak czasem uważamy. Chcemy być samowystarczalni. Sami sobie wierzyć, sami siebie móc obronić i się zabezpieczyć. A jedyne, co nas z tego błędu może wyprowadzić, to świadomość naszej skończoności. Dopiero wizja śmierci burzy nam domek z kart i pomaga zacząć myśleć inaczej.

Przypomnijmy sobie jakiś wypadek samochodowy. Kierowca wpada do rowu, wjeżdża w drzewo tym samym niszcząc doszczętnie auto, ale sam wychodzi z tego bez szwanku. Jaka to jest wtedy ulga! Z jaką miłością i szczęściem wtedy mówimy: „nie martw się o samochód, przecież to tylko blacha. Najważniejsze, że tobie się nic nie stało!” Strata pieniężna może i jest wysoka, ale jest to wtedy drobiazg w porównaniu ze zdrowiem kierowcy.

A teraz wyobraźmy sobie jeszcze rozmowę dwóch osób, młodego i starszego, już doświadczonego wiekiem mężczyzny. Młodzieniec mówi: „wyuczę się zawodu”. Starszy człowiek zaś pyta: „A co potem?” „Potem rozwinę interes”. „A potem?” „Na pewno stanę się sławny”. „A potem?” „Zestarzeję się, pójdę na emeryturę i będę korzystać z pieniędzy, które nazbieram na koncie bankowym”. „A potem?” „No cóż, chyba pewnego dnia umrę”. „No a potem?” – usłyszał młody człowiek ostatnie już, niepokojące pytanie.

Żaden samochód, dom, dziedzictwo, żadna funkcja czy kariera nie mogą się mierzyć z tym najwyższym darem, który otrzymaliśmy od Boga – naszym własnym życiem i obietnicą wieczności. Życiem z przyszłością.

Zwróćmy jeszcze uwagę na 21. werset tekstu kazalnego. „Tak będzie z każdym, który skarby gromadzi dla siebie, a nie jest w Bogu bogaty.” Mowa tu jest o gromadzeniu skarbów, czyli o czynności, bowiem człowiek musi się ciężko napracować, by móc żyć dostatnie. Przeciwstawione jest to byciu bogatym u Boga. Byciu, co znaczy, że człowiek nie jest w stanie zapracować na Królestwo Boże. Życie wieczne jest darem od Boga.

Nie jest ważne, czy jesteśmy bogaci na ziemi. Ważne jest jaką cenę ma nasze życie w Bożych oczach. Pan Jezus nas uczy, że z perspektywy przyszłości, z punktu widzenia Bożego Królestwa najwyższy priorytet ma inwestowanie w stosunki międzyludzkie. To jest sensem wezwania: idź i rozdaj wszystko co masz. Nie chodzi o to, by pozbawić się bezsensownie majątku i o nic więcej się już nie troszczyć. Bóg dał nam życie, abyśmy żyli dla drugich. Nasi bliźni, to są właśnie te stodoły, do których mamy wkładać nasze plony. Wszystko inne rozpłynie się jak para nad garnkiem. Niechaj słowa Jezusa będą dla nas zachętą w tę Niedzielę Diakonii, do służby miłosierdzia, do której, poprzez wyznawaną wiarę jest zobowiązany każdy chrześcijanin.
Amen.

2007/07/01

Recepta na dobre relacje międzyludzkie (Gal 6,2)

Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy. Galacjan 6,2

W całym liście do Galacjan apostoł Paweł mówi o Zakonie, według którego Żydzi mieli postępować. Dekalog jest w dużej mierze "przykazanym" savoir vivre, czyli "jak ludzie mają postępować w relacji z innymi ludźmi". Następnie Paweł mówi o usynowieniu ludzi przez Boga. Jako chrześcijanie mamy pozostawać w dobrych kontaktach z innymi ludźmi, mamy prawo do wolności... o ile nie ograniczamy wolności innych. Końcówka tego listu także nas nie rozczarowuje i również mówi o relacjach z innymi ludźmi, które mają być kierowane przez miłość.

Jako wolontariusze podczas półkolonii letnich w ubiegłym roku śpiewaliśmy razem z dziećmi fragment 5 rozdziału listu do Galacjan, który przed chwilą także i tu zaśpiewaliśmy. Przypomnę: "owocem Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć wierność, łagodność, wstrzemięźliwość". To wszystko to wspaniała recepta na wspaniałe relacje międzyludzkie. Ale o receptach będzie jeszcze dziś mowa. Najpierw skupmy się na haśle rozpoczynającego się dziś tygodnia, które jest także dzisiejszą podstawą rozważania: Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy.

O co Pawłowi chodzi? Mamy nosić brzemiona innych ludzi, nawet jeśli nierzadko mamy już dość naszych własnych?! A może jednak o coś innego...? Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy zajmujemy się problemami innych osób, nie w sensie "wchodzenia im w paradę", ale w sensie pomagania, troszczenia się o nich, to wtedy nasze problemy stają się coraz mniejsze, i mniejsze… i już nie dają wrażenia, jakoby nas przerastały. Może Paweł właśnie to miał na myśli? Pomagać sobie nawzajem, przebaczać... A także utrzymywać dobre relacje z innymi. Bo kiedy one będą właściwe, będziemy się cieszyć Bożym błogosławieństwem, zarówno w życiu, jak i w naszej służbie.

Wysłuchajmy pewnego świadectwa, które pokaże nam, że w budowaniu właściwych relacji z innymi, należy zacząć od siebie:

Niegdyś wszystkich oceniałam
faryzeuszem byłam
aż dnia pewnego doznałam szoku
bo siebie zobaczyłam.
Biblia me błędy pokazała
nikt nie usprawiedliwił
ona jak lustro – kłamać nie mogła
a ja nie miałam alibi.
Teraz gdy tylko mam ochotę
osądzić kogoś innego
zaraz udaję się przed to lustro
by spojrzeć na siebie samego.
Jest to wspaniała rzecz w istocie
by innych nie krytykować
przyglądam się sobie samemu
- Ty możesz też spróbować.


Aby zacząć od siebie, ja i ty musimy sięgnąć po takie właśnie lustro, po Pismo Święte. I tak na przykład pod pieśnią nr 556 w śpiewnikach, którą będziemy śpiewać na zakończenie tego nabożeństwa, kryje się Psalm 133,1. "O jak to dobrze i miło, gdy bracia w zgodzie żyją…". Zgoda i jedność. To nie pojawia się automatycznie. Wymaga pracy i zaangażowania. Nie mam tu na myśli jednorodności, czy też jednomyślności w KAŻDEJ sprawie. To przecież jest niemożliwe. Jest czymś pożytecznym patrzeć na tę samą sprawę z różnych punktów widzenia. Ale jak dalej czytamy w tym Psalmie, Bóg błogosławi tę rodzinę, ten zbór czy organizację, które charakteryzują się jednością, a nie kłótliwością, zazdrością...

Największą w tym przeszkodą jest nasz język. Ma on zaledwie kilkanaście centymetrów długości, przeważnie go nie widać, a jednak to nim można budować lub niszczyć więzi międzyludzkie. Ze wszystkich Bożych stworzeń człowiek jest jedynym obdarzonym umiejętnością mówienia. Psy szczekają, krowy muczą, konie rżą, ale żadne z nich nie potrafi mówić. Dar mowy jest wspaniały, ale powinniśmy nieustannie pamiętać, jak właściwie używać języka. Tym bardziej, że, jak twierdzą specjaliści, przeciętny człowiek wypowiada 30.000 słów dziennie a ktoś obliczył nawet, że średnio 13 lat życia poświęcamy na mówienie.

Słowa, które wypowiadamy mogą być "listonoszami" błogosławieństwa, przynosząc pocieszenie, zachętę, radość i wsparcie, ale także mogą być siłą destrukcyjną. Przykładem może być dzisiejsza lekcja starotestamentowa. Bracia Józefa chcieli zabić go z zazdrości, wypowiadali przy tym wiele niemiłych słów. Ten jednak po latach cierpienia, które doznał przez nich, potrafił powiedzieć słowa, które mogą być dla nas wskazówką, jak możemy postąpić w podobnych sytuacjach: "Wy wprawdzie knuliście zło przeciwko mnie, ale Bóg obrócił to w dobro, chcąc uczynić to, co się dziś dzieje: zachować przy życiu liczny lud. Nie bójcie się więc. Ja będę utrzymywał was i dzieci wasze. Tak pocieszał ich i przyjaźnie z nimi rozmawiał" (I Mj 50, 20-21). To jest dokładne zastosowanie dzisiejszego tekstu: "Jedni drugich brzemiona noście."

Zapewne znamy dużo wersetów, które traktują o mówieniu (np. Nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi, to kala człowieka, Mat. 15,11), ale chyba zdarza się i tak mnie, jak i tobie, ze zapominamy o tym, iż mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta… To, co słyszymy, jest dwa razy ważniejsze od tego, co mówimy. Pan każe nam zważać na słowa, które wypowiadamy do innych, jest nam nawet polecone "być nieskorym do mówienia", a to z tego względu, że często mówimy bez potrzebnego zastanowienia.

Łagodność i taktowność... to bardzo pomocne cechy w budowaniu więzi. Pewien sprzedawca obuwia powiedział swojej klientce: "Bardzo mi przykro, ale pani stopa jest za wielka, aby zmieścić się do tego buta". Inny sprzedawca natomiast w podobnej sytuacji powiedział: "Bardzo mi przykro, ale ten but jest za mały na pani nogę". Obydwaj mieli rację, ale tylko jeden z nich był taktowny.

Pewna wymyślona, zresztą całkiem zabawna, modlitwa brzmi następująco:

Drogi Ojcze Niebiański
Jak na razie idzie mi dziś całkiem nieźle. Nie plotkowałem. Nie straciłem panowania nad sobą. Nie byłem chciwy, zrzędliwy, niemiły, samolubny ani zachłanny. Nie byłem też niegrzeczny ani nietaktowny. Nie mówiłem bez zastanowienia i nie wypowiedziałem nic, czego nie powinienem był powiedzieć. Za wszystko to jestem Ci bardzo wdzięczny, ale za kilka minut, Ojcze, będę musiał wstać z łóżka, a wtedy będę potrzebował o wiele więcej pomocy.

Amen.

Wszyscy znamy przykazanie: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. I najprawdopodobniej zdajemy sobie sprawę z tego, że przesadzanie, "ubarwianie" historii, jest w rzeczywistości formą kłamstwa. Wypływa z chęci zrobienia wrażenia na innych przez wzbudzenie zaskoczenia, zainteresowania, a być może także z chęci manipulacji. Efekty takiego postępowania są być może nie od razu widoczne, ale zawsze wypłyną na wierzch w postaci braku zaufania, podejrzliwości.. (O plotkowaniu już wspominać nie będę). Tak zachowujemy się my wszyscy. Nie da się oczekiwać od wszystkich dookoła "ideału", podczas gdy sami nimi nie jesteśmy. Napominać kogoś, podczas gdy mamy problem z samodyscypliną. Dlatego pomocą nam może być: "Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy"… Gdy ktoś nas skrzywdzi, na przykład mową, nie stawajmy "okoniem". Nie dajmy się ponieść emocjom i nie rzucajmy kamieniami. Bo jest Ktoś, kto mówi także DO NAS, tak jak do tej cudzołożnicy: "I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz."

Ale jak w tym całym zamieszaniu "wolno – nie wolno" kierować mamy swoim językiem?
W liście Jakuba 3,8 czytamy: "nikt z ludzi nie może ujarzmić języka". Kto zatem może to uczynić? Po odpowiedź sięgamy do Psalmu 141,3: "Panie, postaw straż przed ustami moimi, pilnuj drzwi warg moich". Król Dawid, jak czytamy, zdawał sobie sprawę z tego, że tylko Bóg ma moc, by opanować jego język, tak samo jak hamulec ma moc, by zatrzymać rozpędzony samochód. Ale ten hamulec sam z siebie go nie zatrzyma. Nasza stopa ma pewną rolę do odegrania. Podczas gdy Bóg zapewnia moc do opanowania języka, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, by myśleć, czekać, modlić się, zamykać usta i szczerze pragnąć Bożej pomocy.

Gdy tracę panowanie, to także rozum tracę
Na tym, co wtedy powiem, nigdy się nie bogacę.
Gdy w złości wielkiej krzyczę i słów swych nie pilnuję
To zawsze coś się wymknie, czego później żałuję.
Nigdy jeszcze w gniewie nic dobrego się nie stało
Wiele zaś różnych rzeczy przeprosin wymagało.
Gdy patrzę na swe życie wstecz – na zysk i to, com straciła
To nigdy jeszcze – ani razu – ma złość się nie opłaciła.
Próbuję więc cierpliwą być, bo już się nauczyłam,
Że we wściekłości jeszcze nic mądrego nie zrobiłam.


Zwróćmy jeszcze naszą uwagę na poczucie humoru. Pomaga ono rozładować niejedno napięcie i spojrzeć na życie z pozytywnej perspektywy. "Wesołe serce jest najlepszym lekarstwem" mówi Salomon (Przyp. Sal. 17,22). Jednak zdarza się nam nie dbać o to z czego żartujemy i jak się odnosimy do bliźniego, szczególnie jeśli mamy "specyficzne" poczucie humoru. Nasi bliźni bywają bardzo wrażliwi i możemy zranić ich nawet wtedy, gdy udają, że się śmieją razem z nami. Sarkazm, dwuznaczność i niestosowność… to nie charakter sług Pańskich.

Te rady są przede wszystkim trudne do urzeczywistnienia dla młodzieży, która teraz jeszcze swemu szaleństwu daje upust, jako że później już nie będzie mogła za bardzo jak… Mnie jest bardzo trudno o tym mówić z tego miejsca, bo przecież należę do młodego pokolenia. Ale właśnie dlatego, że także młodzi ludzie są obecni na nabożeństwie dobrze jest podkreślać te kwestie. My chcemy się uczyć, jak mamy postępować, od starszych od nas, bardziej doświadczonych ludzi. Od was, drogie siostry i drodzy bracia.

Wysłuchajmy jeszcze recepty na dobre relacje międzyludzkie, którą zapowiedziałam na początku rozważania.

Przepis na dobre relacje międzyludzkie
Składniki:
4 szklanki zdrowej doktryny biblijnej
2 szklanki miłości
1 szklanka szczerości
1 szklanka dobrych chęci
3 łyżki zrozumienia
3 łyżki przyjaźni
3 łyżki determinacji
2 szklanki śmiechu

Zdrową doktrynę i miłość wlej do naczynia ze szczerością. Wymieszaj z dobrymi chęciami i zrozumieniem, następnie dodaj przyjaźń. Energicznie ugniataj dodając determinację. Wstaw do piekarnika i poczekaj aż wyrośnie. Po wyjęciu obficie polej śmiechem. Podawaj wielkie porcje na gorąco.

Pilnuj ust mych, drogi Boże
niech słowo przejść przez nie nie może
które przemyśleć chciałam
a szansy na to nie miałam.
Nie pozwól, kochany Panie
na ani jedno zdanie
co mówić nie przystoi
temu, kto się Ciebie boi.
Słowa zdrady, pełne złości
zamiast prawdziwej miłości
butne, pyszne i kłótliwe
pełne plotek, nieprawdziwe.
Nade wszystko jednak, Panie
takie jest moje błaganie:
chciałabym by słowa znikały
co nie dają Tobie chwały.
Spraw, bym mogła nosić
i nosiła brzemiona moich bliźnich...

2007/05/06

Przed i po (Gal 3,19–29)

Gal 3, 19–29

Czy kiedykolwiek widzieliście reklamy w stylu „przed i po”? Ukazują one najpierw zdjęcie osoby przed użyciem produktu reklamowego, na których nie wygląda zbyt ładnie. W zależności od tego, co dany produkt reklamuje, osoba jest otyła, łysa, udręczona albo po prostu nieszczęśliwa. Ale potem widzimy zdjęcie osoby już po użyciu produktu. Cudowna zmiana miała miejsce! Cokolwiek jej dolegało, teraz zniknęło bez śladu.

Apostoł Paweł czyni coś podobnego dla nas w Liście do Galacjan 3,19–29. Kreśli słowny obraz „przed i po”. Ukazuje, jakie było życie pod Zakonem i jakie jest życie teraz, kiedy jesteśmy w Chrystusie.

Życie pod Zakonem

Istnieje tendencja u chrześcijan, aby patrzeć na Zakon jako na coś, co było złe. Ale jest to nadinterpretacja funkcji, którą miał i jak się za chwilę okaże, nadal ma Zakon. Zwróćmy uwagę na następujące fragmenty Pisma Świętego:
O, jakże miłuję Zakon Twój, przez cały dzień rozmyślam o nim (Psalm 119,97). Pokój pełny mają ci, którzy kochają Twój Zakon, na niczym się nie potkną (Psalm 119,165), natomiast w Nowym Testamencie czytamy: Wiemy zaś, że zakon jest dobry, jeżeli ktoś robi z niego właściwy użytek (I Tym. 1,8). Żydzi uważali Prawo za cudowną rzecz. To ukazuje prawdziwą intencję Boga. Paweł przedstawia trzy funkcje Zakonu:

Po pierwsze - Prawo zostało dane z powodu przestępstw.

Czymże więc jest zakon? Został on dodany z powodu przestępstw, aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica; a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika. Pośrednika zaś nie ma tam, gdzie chodzi o jednego, a Bóg jest jeden. (Gal. 3,19–20).

Zakon zastał dany, bo był kłopot z grzechem. Ale co było pierwsze, grzech czy Zakon? List do Rzymian 5,13 mówi: Albowiem już przed Zakonem grzech był na świecie, ale grzechu się nie liczy, gdy Zakonu nie ma. Został dany, ponieważ miał nauczyć ludzi różnicy między tym co jest dobre, a tym co jest złe. Miał ukazać jak powinno się postępować z własnym życiem.

Żeby to lepiej zrozumieć posłużmy się przykładem. Jest pewne prawo w regulaminie studenckim pewnego uniwersytetu, które zakazuje puszczania latawców z dachu akademika. Z pozoru prawo to wydaje się śmieszne, ale zostało ustanowione, ponieważ gdyby ktoś próbował to zrobić, kto wie jakby się to zakończyło? Prawo to ma zapobiegać wypadkom, które mogłyby mieć negatywne skutki. Zakon został dany z tego samego powodu.

Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki został on przekazany:

– a został on dany przez aniołów do rąk pośrednika (Gal. 3,19). Podstawą do opowiadań o przekazywaniu Tory przez aniołów stały się najprawdopodobniej nadzwyczajne zjawiska, towarzyszące nadaniu Prawa na Synaju. Być może jednak w późniejszych czasach rabini nie wierzyli, że święty i wielki Bóg mógł osobiście zajmować się człowiekiem, stąd nauczali, że Zakon najpierw został dany aniołom.

– a został on dany aż do przyjścia potomka, którego dotyczy obietnica (Gal. 3,19)
Prawo zostało dane na okres tymczasowy. Zostało dane do czasu, aż przyjdzie coś lepszego, jeszcze wspanialszego. Zamiast działać stale, było raczej czymś prowizorycznym. Miało funkcjonować tak długo, dopóki obietnica się nie wypełni.

Samochód, którym czasami jeżdżę, ma zapasową oponę. Ale nie jest ona tak gruba, albo tak wytrzymała, jak pozostałe cztery opony. Jest stworzona tylko do tego, by po złapaniu gumy i wymianie na nią, dowieźć mnie do miejsca, w którym mogłabym zamienić ją już na normalną, wytrzymałą. Zakon jest bardzo podobny do tej zapasowej opony. Jest stworzony do tego, by zaprowadzić nas tam, gdzie mamy się znaleźć i gdzie możemy otrzymać coś lepszego.

Wobec tego, Prawo przychodzi do ludzi jakby z „trzeciej ręki” (Bóg – aniołowie – Mojżesz – lud). Jednak obietnica, pochodzi bezpośrednio od Boga. W dzisiejszej lekcji starotestamentowej czytaliśmy, jak Bóg swą obecnością poprzez dymiący piec i płonące pochodnie, przesuwał się między połaciami poświęconych zwierząt, aby ratyfikować przymierze z Abrahamem.

Po drugie – Prawo zostało dane, aby zamknąć wszystkich pod grzechem.

Czy więc zakon jest przeciw obietnicom Bożym? Bynajmniej! Gdyby bowiem został nadany zakon, który może ożywić, usprawiedliwienie byłoby istotnie z zakonu. Lecz Pismo głosi, że wszystko poddane jest grzechowi, aby to, co było obiecane, dane było na podstawie wiary w Jezusa Chrystusa tym, którzy wierzą. (Gal. 3,21–22)

Fakt, że Zakon został dany na okres pomiędzy zawarciem obietnicy a jej spełnieniem, sprowadza nas do ważnego pytania: czy Prawo stoi w sprzeczności z obietnicą Boga? Czy jest oponentem obietnicy zbawienia? Wręcz przeciwnie, mówi Pismo! To nie jest zagrywka dualistyczna: skoro jedno jest dobre, to drugie musi być złe. Prawdą jest natomiast, że Zakon nie został stworzony do tych samych celów, do których stworzona została obietnica. Nie mówimy przecież, że młotek jest zły, czy niesprawny tylko dlatego, że nie umie przepiłować drewna. Albo że drewno jest złe, bo nie może wbijać gwoździe. Mówiąc podobnie, Prawo nie zostało stworzone do tego, by dać życie, ożywić, więc nie dziwmy się że tego czynić nie może.

Jednak Zakon został stworzony po to, by zamknąć, dosłownie „uwięzić” wszystko pod grzechem, aby obietnica wiary Jezusa została dana tym, którzy wierzą. (W tekście greckim mowa jest o wierze Jezusa, a nie o wierze w Jezusa).

Prawo jest jak lustro, ukazuje gdzie człowiek jest brudny. Lustro nie oczyszcza z tego brudu. Ono nie jest stworzone do tego zadania, ale to nie zmienia faktu, że oczyszczenie jest koniecznie. To prowadzi Pawła do trzeciego punktu:

Prawo zostało dane, aby przyprowadzić nas do Chrystusa.

Zanim zaś przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą Zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak więc Zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. (Gal. 3,23–25)

Mamy tu do czynienia z metaforą, zapożyczoną ze świata helleńskiego. Przewodnikiem, z greckiego: pedagogiem w ówczesnych czasach był przeważnie niewolnik, którego obowiązkiem było odprowadzać chłopca do szkoły i z powrotem do domu oraz czuwać nad jego ogólnym postępowaniem. Zatem jego głównym zadaniem nie było uczenie, a trzymanie w dyscyplinie. Paweł nawiązuje do tego obrazu i mówi, że Prawo jest jak pedagog, niańka, jak opiekunka prowadząca dziecko do szkoły, czuwająca nad jego wychowaniem. Fakt, że nie jesteśmy już pod pedagogiem nie znaczy, że nic nas już nie zobowiązuje, że możemy być bezkarni.

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się na statku przemierzającym Atlantyk. Nagle ogromny wstrząs i huk przerywa ciszę. Odzywa się alarm i okazuje się, że statek uderzył w górę lodową a teraz woda zalewa pokład. Na pewno zatonie. Ludzie wokół wpadają w panikę, kiedy statek zaczyna przechylać się na bok. Ale my wtedy zauważamy duży metalowy znak z napisem „koło ratunkowe” oraz strzałką wskazującą na dużą skrzynię. Bez wahania zdejmujemy ciężki metalowy znak, przykładamy go do piersi, trzymając się go kurczowo i wskakujemy do wody. Jaki jest rezultat? Opadamy na dno oceanu, toniemy. Dlaczego? Co poszło nie tak? Pomieszaliśmy znak z tym, na co ten znak wskazywał.

Judaizujący robili dokładnie to samo. Trzymali się kurczowo Zakonu zamiast Tego, na którego on wskazywał. I rezultat był rujnujący.

Powodem, dla którego dorosły człowiek nie potrzebuje już takiej opiekunki, nie jest wyłącznie to, że już dorósł, ale także to, że w jego wychowaniu chodziło o to, by kiedyś takiej niańki przestał potrzebować. Prawo było taką naszą opiekunką do dziecka, ale teraz, ponieważ już dorośliśmy, żyjemy w sposób, który nie wymaga już niańki.

Życie w świetle wolności

Zwróćmy uwagę na pewną zmianę gramatyczną w 26. wersecie - zmianę osoby. Do tego momentu Paweł mówił w pierwszej osobie liczby mnogiej: MY zostaliśmy zamknięci… Prawo stało się NASZYM pedagogiem… Już nie JESTEŚMY pod pedagogiem. Ale teraz następuje zmiana. Apostoł przestawia się na drugą osobę liczby mnogiej. Mówi: wszyscy JESTEŚCIE synami Bożymi.. wszyscy, którzy ZOSTALIŚCIE ochrzczeni... JESTEŚCIE w Chrystusie. To jest znamienne. Do tego momentu autor Listu do Galacjan opisywał żydowskie doświadczenia życia pod Zakonem. To były doświadczenia, których Galacjanie nie podzielali. Nigdy nie byli pod Zakonem. Byli poganami. Ale uzyskali doświadczenie zbawcze i weszli do niego bez pomocy Zakonu.

1. Wszyscy jesteście synami Bożymi

Tekst grecki mówi nam: Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusie Chrystusie (Gal. 3,26).

Co to znaczy? To znaczy, że jeśli wierzymy w Jezusa Chrystusa, jesteśmy synami Bożymi w Jezusie Chrystusie. To jest różne od bycia tylko dzieckiem. Gdy wyobrazimy sobie jakiegoś syna, to może to być albo: jeszcze małe dziecko, nastolatek, albo już dorosły człowiek. Natomiast słowo „dziecko” zakłada wyłącznie wiek dziecięctwa.

2. Wszyscy (którzy) zostaliście ochrzczeni

Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa. (Gal. 3,27)

Judaizujący chcieli narzucić obrzezanie jako ceremonię wprowadzania do Kościoła. Ale chrześcijanie mają nowy akt inicjujący. Jest nim akt chrztu – przy czym mowa tu nie tyle o kontakcie z wodą, co o zanurzeniu w Jezusie Chrystusie. I Paweł ukazuje, że wszyscy, którzy zanurzyli się w Chrystusa, ci przyobleczeni zostali w Chrystusa, przywdziali styl życia Jezusa Chrystusa.

Sam chrzest nie wystarczy, aby człowieka przyłączyć do Chrystusa, samo zanurzenie go w wodzie nie czyni go dzieckiem Bożym. Apostoł, który gani judaizujących za nawoływanie do obrzezania mówiąc, że nie warunkuje ono zbawienia, nie może teraz uzależniać usprawiedliwienia od chrztu. Cały List do Galacjan mówi o tym, że jesteśmy usprawiedliwieni przez wiarę, a nie przez obrzezanie, czy sam chrzest. W Gal. 3,19–29 Paweł aż 7 razy wspomina o wierze, podczas gdy o chrzcie (zanurzeniu) mówi tylko raz. To właśnie wiara zapewnia usynowienie, chrzest wskazuje na nie jedynie w sposób zewnętrzny i namacalny.

3. Wszyscy jesteście jedno

Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie. (Gal. 3,28)

Jeśli jakaś kobieta w Galackim zborze usłyszała nauczanie 26, wersetu, że wszyscy jesteśmy synami i zastanawiała się czy to także jej dotyczy, Paweł odpowiada jej właśnie w tym miejscu. Nasza wspólnota w Chrystusie działa ponad podziałami rasowymi, społecznymi czy biologicznymi wynikającymi z różnic płci. Wszyscy jesteśmy jedno w Nim. Jesteśmy sobie równi, zarówno pod względem potrzeby zbawienia, jak i tego, że Bóg daje nam to zbawienie zupełnie za darmo w Chrystusie.

4. Wszyscy jesteście potomkami Abrahama

A jeśli jesteście Chrystusowi, tedy jesteście potomkami Abrahama, dziedzicami według obietnicy. (Gal. 3,29)

Jeśli przyszliśmy w wierze do Chrystusa, który jest potomkiem Abrahama, wtedy jesteśmy z Nim jedno. A jeśli tak, to także my jesteśmy potomkami Abrahama. To, co judaizujący oferowali poganom w zamian za obrzezanie, jest dostępne i bez obrzezania, ale przez wiarę. W rzeczy samej, istnieje tylko jedna droga, dzięki której każdy może być dziedzicem obietnicy.
Amen.

2007/04/06

Wielki Piątek (1 Pt 2,20b–24)

I Piotra 2, 20b–24

PRZY KOŃCU CZASÓW MILIONY LUDZI ZGROMADZIŁY SIĘ NA ROZLEGŁEJ PRZESTRZENI PRZED BOŻYM TRONEM. WIELU Z NICH, OŚLEPIONYCH ŚWIETLISTĄ JASNOŚCIĄ, PRÓBOWAŁO SIĘ COFNĄĆ, ALE NIEKTÓRZY Z PRZODU SKUPILI SIĘ W MAŁE GRUPKI; DALECY OD POKORY, W ZAPAMIĘTANIU DYSKUTOWALI ZAWZIĘCIE.

– JAK BÓG MOŻE NAS OSĄDZAĆ? CÓŻ ON WIE O CIERPIENIU? – PYTAŁA ZUCHWALE MŁODA BRUNETKA. PODWINĘŁA RĘKAW KOSZULI, BY POKAZAĆ WYTATUOWANY NA RAMIENIU NUMER Z NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO. – BYLIŚMY TERRORYZOWANI... BICI... TORTUROWANI... AŻ W KOŃCU UMIERALIŚMY!

W INNEJ GRUPIE JAKIŚ MURZYN ROZPIĄŁ KOŁNIERZYK. – A CO POWIECIE NA TO? – ZAWOŁAŁ, POKAZUJĄC ZAROPIAŁĄ BLIZNĘ WOKÓŁ SZYI. –ZLINCZOWALI MNIE! NIE ZA ŻADNE PRZESTĘPSTWO, TYLKO ZA TO, ŻE JESTEM CZARNY!

W NASTĘPNEJ GRUPCE JAKAŚ NASTOLATKA W CIĄŻY SZLOCHAŁA: – PRZECIEŻ ZOSTAŁAM ZGWAŁCONA. DLACZEGO MAM TERAZ CIERPIEĆ? TO NIE BYŁA MOJA WINA...

NA CAŁYM OGROMNYM OBSZARZE WIELE BYŁO PODOBNYCH GRUP. WSZYSCY LUDZIE MIELI PRETENSJE DO BOGA ZA ZŁO I CIERPIENIE, JAKIE PANOWAŁO NA ŚWIECIE. JAK DOBRZE MUSIAŁO SIĘ ŻYĆ BOGU W NIEBIE, GDZIE WSZYSTKO JEST PIĘKNE I DOSKONAŁE, GDZIE NIE MA BÓLU ANI STRACHU, GŁODU ANI NIENAWIŚCI. CO BÓG MOŻE WIEDZIEĆ O TYM, CO CZŁOWIEK W ŻYCIU WYCIERPIAŁ? A SAM SZCZELNIE ODGRODZIŁ SIĘ OD TEGO WSZYSTKIEGO.

POSTANOWIONO WIĘC, ŻE KAŻDA Z TYCH GRUP WYŚLE SWOJEGO PRZEDSTAWICIELA, WYBRANEGO SPOŚRÓD TYCH, KTÓRZY DOŚWIADCZYLI NAJWIĘKSZEGO CIERPIENIA. ZACZĘLI WYSTĘPOWAĆ PO KOLEI: ŻYD, MURZYN, JAPOŃCZYK Z HIROSZIMY, JAKIŚ ARTRETYK POTWORNIE ZDEFORMOWANY CHOROBĄ, UPOŚLEDZONE DZIECKO, KTÓREGO MATKA ZAŻYWAŁA W CIĄŻY NARKOTYKI... ZGROMADZILI SIĘ NA BOKU I ODBYLI NARADĘ. W KOŃCU ZDECYDOWALI SIĘ PRZEDSTAWIĆ BOGU SWOJE STANOWISKO. BYŁO ONO RACZEJ JASNE:
ZANIM BÓG BĘDZIE MÓGŁ OSĄDZIĆ LUDZI, MUSI DOŚWIADCZYĆ TEGO WSZYSTKIEGO CO ONI. WYROK BRZMI: WYSŁAĆ BOGA NA ZIEMIĘ – NIECH TAM ŻYJE JAK CZŁOWIEK! NIECH URODZI SIĘ ŻYDEM. NIECH NAWET FAKT JEGO NARODZIN BĘDZIE PODEJRZANY. NIECH CIĘŻKO PRACUJE I NIECH NIKT TEGO NIE DOCENI, A NAWET NAJBLIŻSZA RODZINA NIECH UWAŻA GO ZA NIESPEŁNA ROZUMU. NIECH ZDRADZĄ GO JEGO NAJBLIŻSI PRZYJACIELE. NIECH ZOSTANIE NIEWINNIE OSKARŻONY, NIECH OSĄDZĄ GO NIESPRAWIEDLIWIE ORAZ NIECH ZOSTANIE SKAZANY PRZEZ STRONNICZY SĄD. NIECH BĘDZIE TORTUROWANY. NA KONIEC NIECH SIĘ PRZEKONA, CO NAPRAWDĘ ZNACZY BYĆ CAŁKOWICIE SAMOTNYM. WTEDY DAMY MU UMRZEĆ. NIECH UMRZE TAK, ŻEBY NIE BYŁO ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI CO DO JEGO ŚMIERCI. NIECH BĘDĄ OBECNI ŚWIADKOWIE, KTÓRZY TO POTWIERDZĄ.

GDY JUŻ WSZYSCY PRZEDSTAWICIELE LUDZKOŚCI DODALI SWOJE DO WYROKU, ZOSTAŁ ON WOBEC WSZYSTKICH ODCZYTANY. WŚRÓD ZGROMADZONYCH TŁUMÓW DAŁ SIĘ SŁYSZEĆ GŁOŚNY POMRUK APROBATY. ALE JAKOŚ ZARAZ POTEM NASTAŁA DŁUGA CISZA. NIKT NIE WYPOWIEDZIAŁ ANI JEDNEGO SŁOWA. NIKT SIĘ NIE PORUSZYŁ. NAGLE BOWIEM WSZYSCY ZROZUMIELI, ŻE TEN WYROK ZOSTAŁ JUŻ NA BOGU WYKONANY.


Ta historia bardzo dobitnie przypomina nam momenty, gdy sami w głębokim cierpieniu przeżywamy chwile zwątpienia, bądź gdy nawet skarżymy się Bogu, że nas opuścił w naszej męce, zapominając przy tym, że skazanie na potworność cierpienia faktycznie zostało już na Bogu wykonane.

Podczas porannego kazania usłyszeliśmy, iż krzyż i cierpienie należą do drogi Jezusa Chrystusa tak, jak i do naszej wiary. Zjawisko cierpienia dotyka każdego z nas. Cierpieniem może być trudne dzieciństwo, które zaowocowało emocjonalnym niepokojem, towarzyszącym człowiekowi przez całe życie. Cierpieniem może być wrodzone upośledzenie umysłowe czy psychiczne. Cierpieniem może też być nagła choroba, zwolnienie z pracy, niespodziewana utrata bliskiej osoby. Być może żyjemy samotnie wbrew naszej woli, jesteśmy ofiarami nieszczęśliwej miłości, udręki w małżeństwie czy depresji.

W Biblii na każdej niemalże stronie znajdujemy słowa mówiące o grzechu i cierpieniu, jednak ich celem nie jest wyjaśnianie pochodzenia tych rzeczy, lecz udzielenie nam pomocy w ich pokonaniu. Ogólnie rzecz biorąc cierpienie jest obcym elementem w świecie stworzonym przez Boga i dla cierpienia nie będzie już miejsca w Królestwie Bożym. Jest ono często wynikiem grzechu, czy to naszego, czy też innych ludzi. Należy jednak pamiętać, że tak, jak w przypadku Joba, nie każde osobiste cierpienie jest wynikiem osobistego grzechu. Cierpienie może być także wynikiem ludzkiej wrażliwości na ból, albo wytworem środowiska, jak powodzie, huragany czy trzęsienia ziemi.

Jaki więc związek zachodzi pomiędzy cierpieniami Chrystusa a naszymi cierpieniami? W jaki sposób krzyż może przemawiać do nas, pogrążonych w bólu? Przygotowałam sześć możliwości odpowiedzi na tak postawione pytanie:

Po pierwsze: krzyż Chrystusa jest zachętą do cierpliwej wytrwałości. Pomimo iż cierpienie powinniśmy uznawać za zło, a więc zdecydowanie się mu sprzeciwiać, to jednak zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba je realnie przyjąć. Niezasłużone cierpienie jest elementem chrześcijańskiego powołania, skoro sam Chrystus cierpiał za nas, pozostawiając nam wzór i nakłaniając nas, byśmy podążali Jego śladem. On dał przykład zarówno wytrwałości, jak i zaniechania odpłaty, co może nas zachęcać w naszym chrześcijańskim biegu. Możemy „patrzeć na Jezusa”, gdyż On „wycierpiał krzyż, nie bacząc na hańbę”.

Po drugie: krzyż Chrystusa jest ścieżką wiodącą nas do dojrzałości w świętości. Czytamy w Liście do Hebrajczyków „I chociaż był synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla wszystkich, którzy są Mu posłuszni sprawcą zbawienia wiecznego” (5,8–9). Otóż cierpienia Jezusa były sprawdzianem, w którym Jego posłuszeństwo stało się w pełni dojrzałe, czyli doskonałe. Jeśli więc cierpienie było środkiem, dzięki któremu bezgrzeszny Chrystus stał się dojrzały, tym bardziej my potrzebujemy tego środka ze względu na naszą grzeszność. Tak, jak cierpienie doprowadziło Chrystusa do dojrzałości poprzez posłuszeństwo, podobnie prowadzi ono do dojrzałości i nas wierzących, przez wytrwałość. Myślę nawet, że dzięki doświadczeniom większość z nas zgodzi ze stwierdzeniem, że choć cierpienie może nie być twórcze samo w sobie, to człowiek nie wzrasta bez cierpienia.

Po trzecie: krzyż Chrystusa jest symbolem cierpienia w służbie. Jezus cichy w swym charakterze i postępowaniu oraz łagodny w kontaktach z innymi został powołany przez Jahwe, by przywieźć Izraela z powrotem do Boga i żeby być światłem dla narodów. Wytrwał w swym zadaniu, choć Jego plecy znosiły chłostę, choć ludzie rwali Jego brodę i pluli Mu w twarz. Został poprowadzony jak jagnię na rzeź i umarł, ponosząc grzechy wielu. Wyraźnie widzimy w obrazie Jezusa, że cierpienie i służba, męka i misja są ze sobą połączone. A wiemy przecież, że dzisiaj misja sługi, polegająca na zaniesieniu światłości narodom, jest powierzona Kościołowi – czyli tobie i mnie. Tak, jak ziarno musi obumrzeć, aby wydać plon, tak sługa musi cierpieć, jeżeli chce przynieść światłość narodom. Trudno czasem jest przyjąć lekcję, jakiej udziela nam ziarno pszenicy. Ale faktycznie śmierć jest czymś więcej niż drogą do życia – jest tajemnicą obfitego plonu. Jeżeli ziarno pszenicy nie znajdzie się w ziemi i nie obumrze, będzie tylko pojedynczym ziarnem. Jeżeli jednak obumrze, zwielokrotni się. Dlatego cierpienie jest nie tylko integralną częścią służby, ono jest niezbędne dla służby owocnej i skutecznej.

Po czwarte: krzyż Chrystusa jest nadzieją ostatecznej chwały. Jezus, widząc swe zmartwychwstanie, wyraźnie wybiega wzrokiem poza samą śmierć, a swą chwałę dostrzega ponad cierpieniem. I rzeczywiście, to nadzieja chwały sprawia, że cierpienie również i dla nas może stać się możliwe do zniesienia. Pamiętajmy jednak, że Pismo nie daje nam wolnej ręki, abyśmy wedle uznania twierdzili, iż każde ludzkie cierpienie prowadzi do chwały. Jezus zapowiadając wojny, trzęsienia ziemi i klęski głodu, mówił o nich jako „początku boleści” zwiastującego koniec świata. Niemniej zapowiedzi te nie odnoszą się do zbawienia poszczególnych ludzi.
Oczywiście bardzo łatwo jest teoretyzować. Gorzej natomiast, kiedy tracimy z oczu cel naszej wędrówki, kiedy zapada nieprzenikniona ciemność, ogarnia nas przerażenie i nie widać żadnego promyka, który dawałby nam choć cień nadziei, że cierpienie może jednak przynieść pozytywny rezultat. Jedyne, co możemy w takich chwilach uczynić, to przylgnąć do krzyża, bowiem sam Jezus pokazuje, że błogosławieństwo przychodzi przez cierpienie.

Po piąte: krzyż Chrystusa jest podstawą racjonalnej wiary. Wszelkie cierpienie fizyczne i emocjonalne stanowić będzie z pewnością próbę dla naszej wiary. Krzyż Chrystusa zapewnienia nas, że zupełną niemożliwością są klęska sprawiedliwości lub porażka miłości, ani teraz, ani w dniu ostatecznym. Gdy zatem w cierpieniu i boleści szatan nachodzi nas z myślami, byśmy złorzeczyli Bogu, to my przypomnijmy sobie kim jest ten, który nas kusi. Czy przypadkiem nie jest on już pokonany, przez Chrystusa zwyciężony? Zatem najrozsądniejszą rzeczą jest ufać Bogu.

Krzyż nie rozwiązuje problemu cierpienia, ale daje nam właściwą perspektywę patrzenia na cierpienie. Ponieważ Bóg zademonstrował swą świętą miłość i sprawiedliwość w wydarzeniach krzyża, żadne inne wydarzenie, obojętnie czy osobiste czy na skalę globalną, nie może tego przekreślić ani temu zaprzeczyć.

Ostatnim sposobem powiązania cierpień Chrystusa z naszymi jest Jego krzyż, będący dowodem na to, że Bóg w swej miłości solidaryzuje się z nami w naszym cierpieniu. Ponieważ to nie żądło cierpienia jest samo w sobie nieszczęściem. Nie jest nim nawet ból czy niesprawiedliwość, lecz pozorne opuszczenie przez Boga w cierpieniu. Ból można znieść, ale obojętności Boga – nie. Czasami wyobrażamy sobie, ze Bóg drzemie sobie smacznie na bujanym fotelu, lub że wcale nie interesuje Go fakt, iż na ziemi miliony ludzi umierają na przykład z głodu, czy jako ofiary niesprawiedliwych konfliktów. Bywa, że myślimy o Nim jako o widzu, który w zaciszu własnego bezpieczeństwa niemalże napawa się obserwowanym spektaklem zatytułowanym „cierpienie świata”. Ale krzyż zadaje kłam tej straszliwej karykaturze Boga. Nie można wyobrażać Go sobie w fotelu na biegunach, lecz na krzyżu. Bóg, który dopuszcza, abyśmy cierpieli, kiedyś sam cierpiał w Chrystusie, a obecnie dalej cierpi – wraz z nami.

Czasami czujemy się w cierpieniu tacy przybici, przygnębieni i bezsilni. A co ma powiedzieć Chrystus, który został przybity do krzyża? Lecz zesłanie Jezusa na ziemię i Jego krzyżowa śmierć, to jest właśnie Boża metoda na nasz grzech i cierpienie. Choć jest okropna ze względu na męczeństwo Jezusa, jest ona ze wszech miar adekwatna do naszego położenia. Wejście Boga w naszą okropność i cierpienie, jest adekwatne poprzez doznanie takiej egzystencji, jaką my mamy. Dlatego i w taki sposób, Jezus Chrystus stał się Bogiem do spraw ludzkich. Jest jedynym i najlepszym specjalistą w tej dziedzinie. I jeśli faktycznie czujemy się przybici pewnymi sprawami, przylgnijmy do krzyża, bowiem On to już wszystko wycierpiał a teraz nam pomoże to przetrwać. Pamiętajmy także, że ta Boża metoda jest nie tylko adekwatna do naszej doli tu i teraz, ale była niezbędna dla naszego zbawienia na wieki.

Dziękujemy Ci, Boże, że nie uratowałeś sam siebie i nie zstąpiłeś z krzyża, dziękujemy Ci, że nie jesteś tylko tam, gdzie dzieją się cuda, ale także tam, gdzie ludzie cierpią. Daj, byśmy w pokorze przyjmowali każde chwile Twojej bliskości, jak i Twojego milczenia.
Amen.

2006/07/09

Mundial (1 Kor. 12,12)

Albowiem jak ciało jest jedno, a członków ma wiele, ale wszystkie członki ciała, chociaż ich jest wiele, tworzą jedno ciało, tak i Chrystus. I Kor. 12,12

Przez cały miesiąc trwały Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej i dziś kończą się meczem finałowym. Cztery lata przygotowań, miesiące eliminacji i tylko jeden miesiąc rozgrywek. Ze 197 reprezentacji, które wzięły udział w kwalifikacjach, jedynie 32 dostały się do mistrzostw i wyłącznie jedna zdobędzie puchar. Piłka nożna stała się niewątpliwie najbardziej ekscytującą grą na całym świecie. Giną w niej różnice społeczne, polityczne czy religijne a wyjaśnienie tego fenomenu pochłania nie tylko naukowców ale i teologów =)

Ale zacznijmy od podstaw. Najważniejszą postacią w drużynie piłkarskiej jest trener. Doświadczony we wszystkim, powołujący zespół, uczący, pocieszający, podnoszący na duchu i karzący nieposłuszeństwo. Jest mózgiem całej drużyny a równocześnie jej opiekuńczym ojcem. A to jest przecież jeden z możliwych opisów Boga Ojca! Dla nas jest On Trenerem przez wielkie ‘T’. Kiedyś odpowiedzieliśmy już na Jego powołanie nas do Zespołu, czy posługując się terminem starotestamentowym – zastępu, i staliśmy się dziećmi Bożymi. Ale nie było to łatwe...

Zanim odbędą się mistrzostwa piłkarskie, podczas wielomiesięcznych rozgrywek eliminacyjnych decyduje się, kto na nie pojedzie. Trwają więc zacięte walki o miejsce na liście trenera. I liczą się tu osiągnięcia, wytrzymałość i doświadczenie. Bycie powołanym jest wspaniałym wyróżnieniem, ale i wielkim wyzwaniem. Usłyszeliśmy dziś jak Wielki Selekcjoner, nasz Bóg, powołał Jeremiasza i Dwunastu Apostołów. A w jaki sposób to zrobił? On nie zważał na ich wcześniejsze osiągnięcia, ale miał względem nich plan. Znał On także wszystkie wady swoich wybrańców, a mimo to chciał ich użyć. Byli oni Bogu potrzebni takimi, jakimi ich stworzył.

Jeremiasz bał się reakcji swojego otoczenia, dlatego nie chciał przyjąć Bożego powołania. Uważał, że jest nieprzydatny i że nie dorósł do wysokości zadania. Ale Bóg nie zmienił zdania w stosunku do Jeremiasza i wzmocnił go obietnicą, że jest z nim i uratuje go. Tego, kogo powołał nie zostawia samego. Oczyszcza z win, czyli pracuje nad wybranym, aby jego życie coraz bardziej odpowiadało zadaniu, jakie przed nim postawił, by należał do Jego drużyny.

Według danych Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej z 2000 roku na całym świecie grają w piłkę około 242 miliony osób, co stanowi ponad 4 % światowego społeczeństwa. Sama Federacja liczy 214 związków piłkarskich i powierzchniowo obejmuje obszar większy niż teren zajmowany przez kraje należące do ONZ. Natomiast w różnych atlasach religijnych i zestawieniach religioznawczych też można wyczytać ile osób należy do Bożej Drużyny, ale tak naprawdę wie to jednak tylko Sam Trener.

Z tekstu kazania dowiadujemy się, że w tej drużynie każdy ma swoje zadanie i miejsce: Albowiem jak ciało jest jedno, a członków ma wiele, ale wszystkie członki ciała, chociaż ich jest wiele, tworzą jedno ciało. Kapitanem naszej Drużyny jest Jezus Chrystus a tak, jak na boisku mamy bramkarza, obrońców, pomocników czy napastników tak i na arenie życia doczesnego każdy z nas obdarzony jest innym darem i talentem. Różnimy się wiekiem i doświadczeniem, ale razem tworzymy zespół. Marek Citko odnosząc się do wspomnianych różnic ujął to w ten sposób: „prawda jest taka, że w zespole może być trzech, czterech młodych, ale sama młodzież żadnego meczu nie wygra”. Nauka wypływa z tego podwójna. Młodzi, przebojowi i impulsywni ludzie sami nie stawią czoła przeciwnikowi, bo mądrość i doświadczenie jest jednakowo ważne, ale również i starsi bez młodych mają nikłe szanse na wygranie. I w tej drużynie jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Za działalność zboru, za atmosferę na salce młodzieżowej...

Jest jeszcze wiele ludzi na świecie, którzy nie przyjęli powołania do Bożej Drużyny. Być może boją się, że Bóg zwraca uwagę na ich słabą kondycję czy niedoświadczenie, i nie dowierzają temu, że w Jego rodzinie jest miejsce dla każdego!

Przed powołanymi stoi bardzo ważne zadanie – mistrzostwa, na które trzeba się przygotować podczas treningów. Na tych treningach Pan przekształca swoich wybranych, gdy to konieczne, bo: On nie zawsze powołuje najzdolniejszych, ale zawsze uzdalnia powołanych. A my, czytając Biblię, zapoznajemy się z regułami gry. Dzięki Modlitwie Pańskiej wiemy, jak mamy się modlić. Uczymy się zasady fair play, bo nasze zachowanie nie jest obojętne Bogu. On nam mówi: Wszystko, co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie (Mat. 7, 12). Jest to dobrą podstawą dla budowania naszych wzajemnych międzyludzkich relacji. Powiedzenie stworzone przez ludzi mówi: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Ale Jezus żąda więcej. Nie mówi tylko, aby nie wyrządzać drugiemu krzywdy, ale: Kto umie dobrze czynić, a nie czyni, dopuszcza się grzechu (Jak. 4, 17). Stawiajmy się zatem stale w położeniu innych. Tak, jak byśmy chcieli, żeby w ich sytuacji z nami postąpiono, tak i my czyńmy. I żadne podstawianie nogi, faulowanie, czy też jego wymuszanie nie wchodzi w grę! Bo karą za to jest żółta a nawet i czerwona kartka, czyli wyrzucenie z boiska. A sędzią w naszym meczu również jest Bóg Wszechmogący. To On będzie sądzić żywych i umarłych, a przez te kartki chce nam coś powiedzieć, jak czytamy w księdze Joba: Wszak Bóg przemawia raz i drugi, lecz na to się nie zważa... (Joba 33, 14).

Być może dostaliśmy kiedyś taką kartkę za złe zachowanie i zapewne, niestety, nie raz ją jeszcze dostaniemy. Ale pamiętajmy, że, jeśli będziemy siedzieć na ławce, nagrody nie otrzymamy, gra przecież toczy się dalej. Czyli koniecznie pokutujmy, by jak najszybciej wrócić do gry o największą stawkę – o nasze życie.

Jak już powiedziałam, Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej liczy 214 związki piłkarskie. Drużyn jest wiele, ale czy my jako parafianie, koło młodzieży, czy też mieszkańcy Zelowa gramy w jednej drużynie? W tej najważniejszej, Bożej Drużynie? Czy nie zdarza się, że stajemy niekiedy po przeciwnych połowach boiska? Albo, czy gramy zespołowo, czy jednak tylko w swoje gierki, dla własnych celów?

Raz widzimy w piłce nożnej zasadę fair play oraz równych szans, a innym razem dominuje na boisku idea bicia rekordów, zasada celu, którym jest zwycięstwo. I tak sportowe osiągnięcia coraz bardziej stają się tylko towarem, a kopanie w piłkę ujściem drzemiącej w człowieku agresji. Bardzo głośno mówi się teraz np. w Polsce i we Włoszech o aferze korupcyjnej i kupowaniu meczów. Czasem odbijają się jeszcze echa wpadek dopingowych wśród piłkarzy. Wykorzystywanie gry dla własnych celów może skończyć się nieszczęściem.

Gdy gra się nie zgodnie z zasadami, często dochodzi do urazów. Kontuzjowany piłkarz nie może kontynuować już gry i potrzebny jest mu lekarz.

Ile razy my przeżywaliśmy kontuzje, problemy, choroby i pytaliśmy się dlaczego tak się stało? – A Pan Bóg nie raz daje cierpienie, żeby wzmocnić naszą wiarę.
Czasem krzyczymy: „Panie, zachowaj mnie w zdrowiu, a po strzeleniu bramki będę Cię wychwalał jak Ronaldhino, będę Cię sławił na oczach tysięcy, milionów widzów!” – Ale Bóg kiwa głową: „Nie dziecko, Ja nie chcę twoich goli, majstersztyków i geniuszu — Ja chcę ciebie”.

Tak jak można osiągnąć sukces na boisku, tak i my zostaliśmy stworzeni, aby grać i zwyciężyć w najważniejszym meczu, jakim jest nasze życie. Wygrana to pewność tego, co spotka nas po końcowym gwizdku naszego życia. Bo największym sukcesem człowieka wierzącego jest to, że będzie zbawiony, reszta sukcesów jest maleńka. Dlatego zadaniem drużyny jest grać – czyli wyznawać i dzielić się swoją wiarą z innymi. Nazwijmy po imieniu w co wierzymy, co przeżyliśmy, doświadczyliśmy, i nie zapierajmy się tego, bo to zakłóca naszą społeczność z Kapitanem, Jezusem Chrystusem. Bóg mógłby posłać swego anioła na ziemię, aby o Nim opowiadał. Powierzył jednak to ważne zadanie do wypełnienia naśladowcom swojego Syna, dlatego możemy wyznawanie postrzegać jako nasz szczególny przywilej. W Ewangelii Mateusza czytamy, że Jezus przyzna się tylko do tych, którzy wyznają Go na ziemi. Kto zaś zaprze się Go, tego i On zaprze się w niebie (Mt. 10, 32-33).

Stanisław Terlecki wyraził niedawno opinię, że z piłką jest tak, jak Chrystus powiedział: Błogosławię Cię, Panie, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi, a objawiłeś maluczkim. Piłka nożna jest grą od Jezusa dla prostych ludzi. Dlatego każdy Brazylijczyk ma na koszulce serce i napis „Kocham Jezusa”. Niektórzy piłkarze z reprezentacji Brazylii po wygraniu tytułu mistrzów świata przed czterema laty włożyli koszulki z napisami: „Należę do Jezusa” i „Jezus cię kocha”. To się nazywa wyznawanie Boga!

Ale gwizdek sędziego przebrzmiał, mecz się już dawno zaczął. Tak więc nie stójmy w miejscu a biegnijmy naprzód. Słuchajmy Kapitana, pomagajmy sobie nawzajem, razem zmagajmy się z przeciwnikiem i nie dajmy mu strzelić nam bramki, mało tego – nie strzelmy sobie gola samobójczego, lecz na co dzień wiernie wyznawajmy Pana Zastępów, który jest naszym Trenerem. I walczmy o najwspanialsze ze wszystkich trofeów - o wieniec żywota.
Amen.

2006/04/14

Całkiem niedawno we śnie (1 Pt 2,24-25)

I Piotra 2,24-25

CAŁKIEM NIEDAWNO WE ŚNIE WIDZIAŁAM TO WZGÓRZE. W NIM, TAMTEN KRZYŻ NA GOLGOCIE, POSTAWIONO DLA MNIE. TO JA WYCIĘŁAM DREWNO Z LASU, POCIĘŁAM JE NA KAWAŁKI, ZBIŁAM W CAŁOŚĆ, A W DODATKU POSTAWIŁAM NA TYM WZGÓRZU. SWOIM ŻYCIEM PODPISAŁAM NA SIEBIE WYROK ŚMIERCI. PODCZAS ROZPRAWY SĄDOWEJ OSKARŻYCIEL NIE ZAPOMNIAŁ O ŻADNYM Z MOICH WYSTĘPKÓW. ZACZĘŁO SIĘ DOŚĆ NIEWINNIE: PLOTKA, PÓŁPRAWDA, ZANIEDBANIE... ALE JUŻ PRZY PIERWSZYM SŁOWIE, Z TWARZY SĘDZIEGO, DAŁO SIĘ WYCZYTAĆ PRZERAŻENIE POŁĄCZONE Z CZYMŚ, CZEGO NIE MOGŁAM SOBIE WYTŁUMACZYĆ. ZDAWAŁO MI SIĘ, ŻE W JEGO OCZACH ZAKRĘCIŁA SIĘ ŁZA... JEDNAK PROKURATOR BEZLITOŚNIE KONTYNUOWAŁ: WAGARY, ŚCIĄGANIE NA KLASÓWKACH, KŁAMSTWO, BRAK SZACUNKU DO RODZICÓW, FAŁSZERSTWO, KRADZIEŻ, OCZERNIANIE...

NIE MOGŁAM JUŻ TEGO SŁUCHAĆ. NAGLE POJAWIŁY SIĘ WYRZUTY SUMIENIA. CZUŁAM, ŻE JEST JUŻ NA TO ZA PÓŹNO, ALE TO BYŁO TAK NOWE UCZUCIE DLA MNIE, IŻ MYŚLAŁAM, ŻE MI POMOŻE. MÓJ PŁACZ PRZERODZIŁ SIĘ W KRZYK, ALE NIESTETY NIE POTRAFIŁAM ZAGŁUSZYĆ MOWY OSKARŻENIA. ROZEJRZAŁAM SIĘ PO SALI; NIE MIAŁAM OBROŃCY A NA WIDOWNI SIEDZIELI POKRZYWDZENI WŁAŚNIE PRZEZE MNIE LUDZIE. BYLI TAM WSZYSCY MOI ZNAJOMI ALE WIELU TWARZY NIE MOGŁAM ROZPOZNAĆ. BAŁAM SIĘ SPOJRZEĆ IM W OCZY. WTEDY PIERWSZY RAZ TAK NAPRAWDĘ, POMYŚLAŁAM, ŻE ŚNIĘ. ZDAWAŁO SIĘ TO TRWAĆ WIEKI A JA WCIĄŻ I WCIĄŻ SŁYSZAŁAM SWOJE PRZEWINIENIA. DOPIERO PO DŁUGIM CZASIE USŁYSZAŁAM PYTANIE, KTÓRE ZACZĘŁO SIĘ ODBIJAĆ W MOJEJ GŁOWIE NICZYM ECHO: CZY PRZYZNAJESZ SIĘ DO WINY?

SĘDZIA NIE POTRAFIŁ JUŻ UKRYĆ SWOICH ŁEZ. PATRZYŁ NA MNIE TAK WYMOWNIE... I WTEDY SOBIE PRZYPOMNIAŁAM... ON MIAŁ OCZY TEJ STARUSZKI, KTÓRĄ OKRADŁAM. I TEGO BIEDAKA, KTÓRY PROSIŁ O POMOC, ALE JEJ ODE MNIE NIE OTRZYMAŁ. TO BYŁY ŁZY MOICH RODZICÓW, GDY SIĘ DOWIEDZIELI, ŻE ICH OSZUKAŁAM. USTA SĘDZIEGO MIAŁY WYRAZ ZAWODU, JAKI SPRAWIAŁAM MOIM BLISKIM.

NAGLE TE USTA STANOWCZO WYRZEKŁY JEDNO ZDANIE: WINNA JEST ZARZUCANYCH JEJ CZYNÓW I PONIESIE ZA TO ŚMIERĆ. WTEDY KTOŚ Z SALI ZACZĄŁ KRZYCZEĆ „UKRZYŻUJ, UKRZYŻUJ!”
BYŁAM PRZERAŻONA. WIEDZIAŁAM, ŻE TEN WYROK JEST SPRAWIEDLIWY, ALE Z GŁĘBI SERCA BŁAGAŁAM SĘDZIEGO O UŁASKAWIENIE. COŚ W JEGO OCZACH DAWAŁO MI ISKRĘ NADZIEI, RESZTKAMI WYOBRAŹNI WIDZIAŁAM GO MÓWIĄCEGO: JUŻ DOBRZE, JUŻ DOBRZE, JA PONIOSĘ ZA CIEBIE ŚMIERĆ I BĘDZIESZ ZNOWU WOLNA. ALE TAK SIĘ NIE STAŁO. ZAMIAST SŁÓW O WOLNOŚCI USŁYSZAŁAM, ŻE NA PROŚBĘ O PRZEBACZENIE JEST JUŻ ZA PÓŹNO.

Wtedy obudziłam się ze snu. Proszę, obudźmy się razem z tego snu, z tego braku nadziei i marazmu. Bo nie miał on szczęśliwego zakończenia. Nie było w nim już żadnej deski ratunku. W tym śnie nie przyznałam się przed sądem do winy, dlatego nie było mi dane nadzwyczajne złagodzenie kary. W tym śnie nie było nikogo, kto mógłby się za mną wstawić, obronić mnie. Jednak nasz „sen”, czyli nasze życie, jeszcze się nie skończyło. My mamy czas przyznać się do winy i iść po ratunek pod krzyż. Pod krzyż, na którym zawisł Chrystus.

Z tekstu biblijnego, który wybrałam na dzisiejsze nabożeństwo, dowiadujemy się nie tylko, że mamy upragnionego obrońcę, Jezusa, ale również, jak być chrześcijaninem, czyli jak ma przebiegać nasza resocjalizacja.

Dzięki Chrystusowi uczymy się, że chlubą nie jest cierpieć sprawiedliwie, ale cierpieć niewinnie. Cierpieć sprawiedliwie to jakby się chwalić wśród znajomych, że dostało się lanie za nieposłuszeństwo rodzicom. Jaki w tym sens?! W Chrystusie nie znaleziono grzechu a mimo to Go ukrzyżowano. Czy On był chwalipiętą?? Nie.

A my? Jak często wywyższamy się nad innych? Jak często oddajemy złem za złe, gdy nam ktoś ubliża? A gdy jesteśmy terroryzowani przez naszych zwierzchników, czy sami nie dokuczamy naszym podwładnym? Czym jest np. fala w wojsku, czy też tak zwane kotowanie pierwszoklasistów? Jakże trudno przychodzi nam odpuszczenie, gdy łatwo można się zemścić. A Biblia uczy, byśmy szli za Jezusem, który gdy Mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził (w. 23).

Niekiedy zastanawiamy się też dlaczego przydarza się nam coś złego i wówczas niedaleko nam do oskarżania Stwórcy. Pytamy Boga dlaczego akurat nam się to przytrafiło, dlaczego na to pozwolił i często odwracamy się od Niego. Ale nawet, jeśli jesteśmy przekonani, tak jak Job, że nic złego nie uczyniliśmy, spójrzmy na krzyż. Czy ten, który na nim zawisł był winny swej śmierci?

W pewnym sensie Bóg, powołując nas do istnienia wydał na nas wyrok śmierci, dał nam przecież wolność wyboru a my, jak głupcy, i tak naszym życiem podpisujemy sami na siebie ten wyrok śmierci. Jednak poprzez śmierć Jezusa możemy być wprowadzeni do nowego życia. Tylko przez nasz udział w śmierci Chrystusa możemy być uczestnikami Jego wskrzeszenia. Tylko przez przyznanie się do winy i szukanie ratunku w Jezusie, możemy otrzymać ułaskawienie.

Razem ze Zbawicielem, my na tym krzyżu mamy umrzeć dla grzechu, by odrodzić się dla sprawiedliwości, czy innymi słowy – by nie pakować się w kolejne tarapaty. Tej szansy, danej nam przez Boga w Chrystusie nie możemy zmarnować. Jeśli na tej sali jest ktoś, kto żyje jeszcze w areszcie grzechu to to, co teraz powiem, jest skierowane właśnie do ciebie. To tylko dzięki cierpliwości Stwórcy i Jego zwlekaniu przed dokonaniem ostatecznej zagłady świata, masz odroczenie kary wiecznej. Twoim adwokatem jest Szatan, - ale nie myśl, że pozwoli się tobie z tego więzienia wydostać, bo on w dalszym ciągu jest też twoim oskarżycielem. A ty każdym czynem pogarszasz swoje położenie. Bo Bóg nie jest jakąś tam prywatną osobą, a grzech – jedynie krzywdą osobistą: Bóg jest twórcą praw, które łamiesz, a grzech jest buntem przeciwko Niemu. Ale mimo wszystko masz jeszcze możliwość zmienić mecenasa, wybrać tego, który za wszelką cenę chce ciebie wydostać z tego zesłania. Mało tego. On już złożył apelację i może wygrać Twoją sprawę, jeśli ty będziesz tego chciał. Spójrz na to wzgórze i ten krzyż. Tam jest droga do wolności.

Po kazaniu zaśpiewam pieśń, która dotyczy rozważanego dziś tekstu. Nauczyłam się jej niedawno na jednym z nabożeństw w Pradze a jej wolne tłumaczenie brzmi tak:

Twoje grzechy kiedyś cię dogonią
Będziesz chciał spalić za sobą mosty
Ale wszystko to, co złe, ciągniesz za sobą w ciemnościach duszy.
Twoje grzechy kiedyś cię dogonią

Nie wiesz, czy jest sens się znowu starać
Wahasz się też, czy znowu nie zacząć grać
A może już czas zacząć żałować swoich grzechów?

Twoje grzechy kiedyś cię dogonią
Będziesz chciał spalić za sobą mosty
Ale wszystko to, co złe, ciągniesz za sobą w ciemnościach duszy.
Twoje grzechy kiedyś cię dogonią

Mimo wszystko, ja chcę dać tobie coś ważnego
Chcę znowu cię prowadzić
Bo twoje grzechy Ktoś już na siebie wziął
Twoje grzechy na siebie Ktoś wziął


Ale niektórzy z nas nie są już zostawieni samopas, nie są takimi zbłąkanymi owcami. Mamy już swojego Pasterza, stróża naszych dusz, i wiemy, że tylko przez przynależność do Bożego stada możemy się bezpiecznie paść na dobrych pastwiskach. Bo nasz Dobry Pasterz gromadzi swoje stado, troszczy się o zaginione owce, chroni przed niebezpieczeństwami i wilkami, leczy chorych oraz poświęca się dla nas, swoich podopiecznych.

I choć rzeczywistość często bywa bardziej skomplikowana, może się nam wydawać, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, albo że musimy dorzucić swoje trzy grosze do rozmowy, bo inaczej urażono by naszą osobę; mimo że nawet czasem na Bożym pastwisku jesteśmy samotni i zagubieni, czy też zbulwersowani, gdy widzimy w nim podziały oraz kłótnie i znów zaczynamy wątpić w znaczenie krzyża, to nie zapominajmy, że Chrystus umarł na krzyżu właśnie za to wszystko, za występki nasze i innych. Zatem z wyrozumieniem dla bliźnich i dla samych siebie uczmy się stale na nowo wyznawać swoje grzechy oraz odpuszczać innym tak, jak On odpuścił nam.

Nasza rozprawa sądowa jest bardzo podobna do mojego snu, ma tylko zupełnie inne zakończenie. Sędzia po ogłoszeniu wyroku śmierci na nas, wstał, zdjął swoją togę, i w nasze miejsce, właśnie zamiast nas, On pozwolił się skuć kajdankami i poszedł na śmierć. Właśnie dziś wspominamy wykonanie naszego wyroku śmierci. Stało się to, co miało się stać. Dlatego wolą Bożą jest to, byśmy z wdzięcznością i radością patrzyli na ten krzyż, bo ostatnim słowem nie będzie cierpienie czy śmierć, ale zwycięstwo i życie wieczne.

Umarł.
A to ja się Go zaparłam.
Umarł.
A to ja miałam zawisnąć na tym krzyżu.
Umarł.
A ja, dzięki temu, żyć będę.

Amen.

2004/12/31

Stary rok (Iz. 30,15-17)

Iz. 30,15-17

Rok 2004 powoli zbliża się do swojego kresu i zebraliśmy się tu, by jego zakończenie przeżyć z naszym Panem i we wspólnocie ze swoimi przyjaciółmi, braćmi i siostrami. Ten okres nie jest dla nas jakimś zwykłym biciem zegara dwanaście razy czy też normalną zmianą kalendarza. Przeciwnie, chcemy ten czas przeżyć odświętnie, w zadumie, starając się ogarnąć mijający rok, podsumować go i wyciągnąć wnioski na przyszłe lata. Pomocą do tej oceny lub samooceny staje się teraz dla nas przeczytany przed chwilą tekst, który został wyznaczony do rozważania podczas dzisiejszego nabożeństwa.

Cały 30. rozdział księgi Izajasza, rozdział, który zawiera odczytane wersety, mówi o tym, że lud izraelski pragnął zawrzeć przymierze, ale nie z Bogiem. Pragnął mieć zabezpieczone dobro, pomyślną przyszłość, unormowane stosunki z sąsiadami, dobrą pracę, okazałe domy, zdrowe dzieci, dużą emeryturę… Naprawdę chciał otrzymać zbawienie w pełnym wymiarze. Ale, mimo okazywanego mu przez Boga miłosierdzia, wyświadczanego temu ludowi w ciągu całej jego historii, wybrany lud odwrócił się do Niego plecami i pomocy szukał w cieniu Egiptu zamiast w cieniu Wszechmogącego. Potrzebował całego koszyka łask, pomyślności i sukcesów, tylko, że łasił się o nie u silnych sąsiadów, płaszczył się, by uzyskać zabezpieczenie pokoju, zawieszenie broni i litości od ludzi. Boga odstawili na boczny tor. Nie uważał Go za odpowiedniego sprzymierzeńca. Zapewne zaufanie do Boga już wtedy nie było trendy...

Z fragmentu, który przed chwilą czytaliśmy, dowiadujemy się, że Pan dał im jeszcze jedną szansę upamiętania, aby mogli być zbawieni i uratowani. Bóg jak niepoprawny optymista, wciąż wierzył, że te Jego ukochane dzieci, które wciąż bezgranicznie kocha, te dzieci, w które tyle zainwestował, pójdą po rozum do głowy i wrócą do Niego. Ale Izraelczycy nie skorzystali z tej szansy upamiętania ponieważ bardziej polegali na swojej armii i jej orężu niż na Bogu, bardziej polegali na paktach i układach międzynarodowych niż na Panu Wojsk Niebieskich.

W życiu każdego z nas Bóg jest obecny. Czasami odczuwamy bardziej Jego działanie, czasami słabiej. Ale On chce być blisko każdego Swojego stworzenia. Z każdej ludzkiej istoty chce uczynić Swoje dziecko. Wciąż się nad tym koncentruje i wszystko, co nas spotyka wykorzystuje w tym celu, byśmy poznali Go osobiście i uznali Jego panowanie w naszym życiu. Mimo to nie spełniamy wszystkich Jego oczekiwań. Szalenie często odwracamy się do Boga plecami i szukamy pomocy u kogoś innego…

Pomyślmy - jak to wyglądało w roku 2004? Bóg dał nam mnóstwo szans – cały 2004 rok – by nam umożliwić upamiętanie i nawrócenie. Bóg zrobił co mógł, byśmy ponowne oddali Chrystusowi dowodzenie nad naszym życiem. Mało tego, Pan dzisiaj nas nawołuje: „Jeżeli się nawrócicie i zachowacie spokój, będziecie zbawieni, w ciszy i zaufaniu będzie wasza moc”! Bóg posługuje się zdaniem warunkowym a to znaczy, że naprawdę chce zawrzeć ze swoim stworzeniem umowę, przymierze, w którym ze Swojej strony zapewnia nam zbawienie i moc.

Zwróćmy więc teraz uwagę na cztery aspekty, przez spełnienie których Pan zapewnia nam Swoje największe dary. Są to: nawrócenie, spokój, cisza i zaufanie.

Nawrócenie – w języku hebrajskim słowo to znaczy również odwrót, wycofanie się, zrezygnowanie z czegoś, co było dotąd naszym udziałem, zaprzestanie posługiwania się złym stylem życia, zmianę kierunku. Bóg stawia wymóg całkowitego odwrócenia się od drogi, na której być może jesteśmy – drogi kłamstwa, chciwości, zawziętości, próżności, wywyższania się, egoizmu itp. Boży wymóg jest jasny - mamy kroczyć drogą żywota, którą jest Jezus Chrystus. To tylko w Nim i przez Niego możemy być zbawieni.
Którą drogą szliśmy w 2004 roku?

Spokój – Słowo to znaczy również odpoczynek. By móc nam dać Swoje zbawienie – Szalom, Swój pokój, Bóg od nas oczekuje, że my się uspokoimy przed Nim, odpoczniemy od swojego biegania, szaleństwa pracy, wysiłku, szału zakupów, pędu poganiającego nas kalendarza zajęć i spraw. Bóg chce mieć Swoje miejsce w twoim i moim relaksie, urlopie, wolnej sobocie a już szczególnie – w niedzielę… Kochani, czy mijający rok był wielką gonitwą za czasem, pieniądzem, pracą; a może za lekarzami i zdrowiem; a może za kolejnym sukcesem bądź awansem? Jak często w naszym planie dnia pojawiał się odpoczynek, nie ten fizyczny, ale duchowy, który ma wartość ponadczasową – to znaczy modlitwa. Nie jest to zwyczajne zajęcie, to odpoczynek, namiastka tego, co może być nam dane w Królestwie Niebieskim. Bóg ma zawsze dla nas czas. Jak długo każemy Mu czekać na audiencję u siebie...?

To jest niesamowicie zachęcające - warto takich odpoczynków mieć mnóstwo w ciągu dnia!

Cisza – rzeczownik użyty w oryginalnym tekście Starego Testamentu oznacza nie tylko zwykłą ciszę, ale też całkowite milczenie. Jak to? Bóg pragnie, byśmy nic nie mówili? Dlaczego? Po pierwsze ponieważ za dużo mamy szumu wokół siebie. Za dużo robimy szumu wokół swojej osoby…. Szum przeszkadza się skupić. Hałas zagłusza cichy szept a Bóg nie ma w zwyczaju podnosić głosu, gdy chce nas zaprosić na randkę ze Sobą… A to wszystko dlatego, bo On chce też nam coś powiedzieć. Marzy o tym, byśmy zechcieli posłuchać tego, co ma nam do powiedzenia. Kiedy znajdziemy czas na taki pełen odpoczynek duchowy to wsłuchajmy się w Jego słowa – to są najpiękniejsze wyznania miłości. To najgłębsze apele o jej odwzajemnienie… Ta cisza przerodzi się w prawdziwą rozmowę, dialog z Wszechmogącym. Bóg chce, aby nasza modlitwa nie była tylko monologiem, lecz by nasze uszy były nastawione przede wszystkim na Jego Słowo.

Czy rok 2004 był przepełniony słuchaniem Boga? Być może odeszliśmy od Niego już tak daleko, że Go nie słyszymy? Jeśli tak jest, to może zacznijmy od początku: po pierwsze nawrócenie, po drugie spokój, po trzecie cisza...

Zaufanie – czyli także wiara, przeświadczenie, poleganie na kimś. Jak łatwo stracić czyjeś zaufanie – każde z nas tego doświadczyło. Ileż to razy zawiedliśmy się na kimś i przestaliśmy jej, bądź jemu, wierzyć, ponieważ postawa tej osoby nie odpowiadała naszym wyobrażeniom. Zakładaliśmy, że będzie inaczej. Snuliśmy inne plany, a tu „bęc”. Podobnie jest z naszym zaufaniem wobec Boga. Tracimy je ponieważ mamy swoje wyobrażenie co do tego jak Bóg „powinien” się zachować względem nas, naszego bliźniego, świata. My „wiemy”, że nie powinien dopuścić „takiej” choroby, „tego” nieszczęścia, „tamtego” kataklizmu… A gdy one jednak mają miejsce i nic nie wskazuje na to, by się coś mogło zmienić na lepsze – czujemy straszny zawód i... tracimy zaufanie wobec Boga. Utrata zaufania wobec Boga naprawdę łatwo przychodzi. Tylko, że – na tym polega Boże przymierze z człowiekiem - by mieć udział w zbawieniu niezbędna jest z naszej strony pełna ufność, że Bóg będzie się o nas troszczył. Przeświadczenie to nie może posiadać żadnych wątpliwości i obiekcji. „Kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez wiatr tu i tam miotanej. Przeto niech nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma”, jak to mówi Jakub w Nowym Testamencie.

Czy wobec tego możemy powiedzieć przed sobą i przed Panem, że rok 2004, to czas całkowitej naszej ufności w Boże działanie?

Tekst dzisiejszego kazania mówi nam, że Izraelczycy nie chcieli się nawrócić, nie chcieli zrobić tego, co im proponował Bóg i być zbawionymi. Dla nich zapewnienia o Bożej opiece nie były atrakcyjne. Oni chcieli zbawienia „po swojemu”.

Czy ta historia się nie powtarza w naszym życiu? Przecież wiemy, że z życia „po swojemu”, na własną modłę, z postępowania przeciwnego Bogu - nie wyjdziemy cało. Dlatego posłuchajmy kolejnych zapewnień:

Mówiliście raczej: Nie! Na koniach umkniemy! Dlatego umykać będziecie.
- Na wierzchowcach pojedziemy! Dlatego wasi prześladowcy was wyprzedzą.

Każdy z nas przed czymś lub przed kimś ucieka, tak jak Izraelczycy. Czy jest to ucieczka przed błahą nierozwiązaną sprawą, czy większym problemem, który ciągnie się już od wielu lat. I uciekamy tak zwiększając z każdym dniem problem a jednocześnie zmniejszając możliwość jego rozwiązania. Czy nie kojarzy się to z naszym codziennym zachowaniem?

• Jak się zachowuje uczeń, gdy się dowiaduje, że zaraz będzie kartkówka? Ucieka w podręczniki, notatki kolegi.
• Jak się zachowuje człowiek, który się właśnie dowiedział, że został zwolniony z pracy i nie będzie miał z czego żyć? Nierzadko ucieka w alkohol...
• Jak zachowuje się zdradzana kobieta? Nierzadko ucieka w ustawianie dzieci po swojej stronie i we wtłaczanie w ich serduszka niechęci do złego ojca...

Pęd, miotanie się, zamęt, chaos… Ucieczka przed Bogiem, bliźnim, samym sobą. Ucieczka przed odpowiedzialnością. Ucieczka przed poczuciem winy. Ucieczka w poczucie winy. Stosowanie uników, wycofywanie się… Goni nas lęk o przyszłość, o pracę, o samopoczucie nauczyciela, przed którym czeka nas egzamin, strach przed wyjawieniem tajemnicy. Ta nieustanna ucieczka powoduje niepokój, nerwowość, nieufność, zestresowanie, depresję. To wszystko jest wynikiem naszego odwrócenia się od Pana. A dzisiejsze Słowo nas zapewnia, że to, przed czym uciekamy, kiedyś nas dogoni, być może już w nadchodzącym roku. Dlatego przyjmijmy zbliżający się rok jako dar od Boga, w którym możemy jeszcze zwolnić, możemy przestać uciekać, możemy schować się w cieniu Najwyższego.

W naszym dzisiejszym tekście mamy jeszcze zapewnienia o Bożej opiece, kolejny raz Bóg stara się nam przekazać, że jeśli się nawrócimy On sprawi, że tysiąc będzie przed nami uciekać, że z żadnego problemu nie wyjdziemy poharatani, a nawet jeszcze bardziej wzmocnieni, gdyż to Pan będzie prowadził nas i nasze życie. Co to znaczy dla nas dziś? Odpowiedź niesie nam Psalm 119, w którym czytamy, że przestrzegając przykazań Pana, stajemy się mądrzejsi, rozumniejsi i roztropniejsi od naszych nieprzyjaciół.

Czas się jednak dla każdego skończy. Kiedyś nie będzie nam już dane przeżywać tu na ziemi kolejnej zmiany dat, kolejnych świąt, urodzin. Zostaną nieliczni. Będą jak maszt na szczycie góry i jak sztandar na wzgórzu. Pozostanie tylko garstka tych, którzy unikną skażenia jako znak, że byli tu kiedyś ludzie wierzący. Z chrześcijanina pozostanie tylko kłak nerwów bez wiary, ze zdrowia psychicznego nici, a z serca – same bajpasy.

W Nowym Testamencie Jezus Chrystus przyrównał Siebie do krzewu winnego, Ojca do winogrodnika a nas do latorośli. Mówi nam, że Ojciec każdą latorośl, która w krzewie winnym nie wydaje owocu, odcina, a każdą, która wydaje owoc oczyszcza, aby wydawała jeszcze obfitszy owoc. Jeśli nasze życie będzie ciągłą gonitwą, ucieczką przed Panem, zostaniemy samotni, jak maszt na szczycie góry, albo nawet zostaniemy odcięci od społeczności z Chrystusem, jak bezowocna latorośl. Jeśli jednak naszą ucieczkę przed Bogiem zamienimy w ucieczkę do Boga, to On nie opuści nas. Ale nie przychodźmy do Pana tylko wtedy, gdy jest nam źle i jesteśmy zrezygnowani, jak mówi o tym polskie przysłowie „jak trwoga to do Boga”, ale w każdej chwili naszego życia. Gdy jesteśmy weseli, szczęśliwi, gdy będziemy niedługo świętować nadejście Nowego Roku, i wtedy bądźmy z naszym Stwórcą.

Ratunkiem dla nas jest jedynie Pan. Tylko On może nam dać życie wieczne w Swoim Królestwie, tylko On może nam zapewnić całodobową opiekę medyczną dla ducha i dla ciała. Jeśli pragniemy takiej opieki na zbliżający się rok, zapiszmy się do Jego przychodni i bądźmy spokojni – teraz możemy z ufnością wkroczyć w kolejny rok naszego życia.
Amen.